Myślałam, że moje małżeństwo płynie spokojnie, dopóki przyjaciółka Jadwiga nie wtrąciła: Po co ci ten facet w ogóle?.
Wyszłam za mąż bardzo młodo, w wielkiej miłości. Przez cztery lata spotykaliśmy się, zanim mówiliśmy sobie tak. Przeszliśmy już razem sporo.
Mieszkamy w Warszawie od ponad sześciu lat. Mam pełne zaufanie do mojego męża, a on do mnie. Marek jest słodki, troskliwy i zawsze podbija mi ręce przy sprzątaniu. Nie jest najodważniejszy ani najprzysadzisty, przystojny też nie trzeba go określać, ale ma serce jak złoto i całą falę pozytywnej energii, która podtrzymuje mnie w najgorszych chwilach.
Jednak Marek jest niezdecydowany jak nieudany quiz w telewizji, nie potrafi podjąć decyzji i nie chce wychodzić ze swojej strefy komfortu. Przez sześć lat nie zmienił się ani trochę wciąż unika zmian, nie dba o zdrowie i waha się przy każdej nowości.
Jest ode mnie starszy prawie dziesięć lat; ja mam dwadzieścia sześć wiosen i uwielbiam życie. Mam świetną pracę w korporacji, własny Skodę Octavię i spłacamy kredyt hipoteczny na nasz dom w wysokości trzystu tysięcy złotych.
Kiedy więc Jadwiga zapytała: Po co ci on w ogóle?, poczułam, jakby się rozpadło moje prywatne szczęście. Teraz siedzę, patrzę na Marka i myślę: Po co mi on tak naprawdę?.



