Jedna córka dla dwojga

Jedyna córka dla dwóch matek
Między Jolantą a Krzysztofem miłość zapłonęła od razu, jak iskra. Spotykali się dopiero miesiąc, gdy podczas spaceru Krzysztof nagle powiedział:
Joluś, bądź moją żoną a ona zaniemówiła.
Jak to, żoną? przecież znamy się dopiero miesiąc.
I co z tego? Tego miesiąca mi wystarczyło, żeby zrozumieć jesteś moim przeznaczeniem Bez Ciebie nie istnieją dla mnie żadne inne dziewczyny.
Oj, Krzysiu właściwie jestem na tak powiedziała cicho, tuląc się do niego.
Córko, czy nie pochopnie podjęłaś decyzję? dopytywała mama Jolanty, Chyba nie jesteś w ciąży?
Mamo, co Ty Nie! Po prostu Krzysztof powiedział, że nie umie beze mnie żyć, ja zresztą też Taką mamy miłość, mamo.
Wkrótce ci, którzy dziwili się ich nagłemu ślubowi, przekonali się, że lepiej nie mogli trafić. Wszystko układało się im dobrze Krzysztof był niezwykle czuły wobec żony, ona również kochała i troszczyła się o męża.
Ich miłość była szczera i głęboka, lecz nad szczęściem zawisł jeden cień oboje bardzo pragnęli dziecka, a wyczekiwana ciąża nie nadchodziła.
Krzyś, powinniśmy się zbadać, może jest jakiś powód, że nie mogę zajść w ciążę?
Zgadzam się odparł natychmiast mąż.
Ileż było nadziei, wizyt u lekarzy, wyjazdów i modlitw wszystko na próżno. Jolanta nie mogła zajść w ciążę.
Jolciu, myślałem, żeby pojechać do domu dziecka. Może zaadoptujemy kogoś i wychowamy jak własne? zaproponował niepewnie Krzysztof.
Jestem za! od razu odpowiedziała żona od dawna o tym myślałam, ale bałam się, że możesz być przeciwny Ja również tego pragnę.
No to jedziemy powiedział Krzysztof znam taki dom dziecka pod Warszawą; mijam go w drodze z delegacji, właśnie wtedy o tym pomyślałem.
Kiedy przyjechali do domu dziecka, spośród wielu wycofanych i zmęczonych dzieci, jedna trzyletnia dziewczynka, jasna, o niebieskich oczkach, podbiegła do Jolanty i objęła ją za nogi.
Mamusiu radośnie powiedziała, a Jolanta nie mogła już jej puścić.
Tak w ich domu pojawiła się córeczka, Ludmiła rezolutna i pogodna dziewczynka, której śmiech rozbrzmiewał jak strumień. Jolanta nareszcie poczuła się naprawdę szczęśliwa macierzyńskie uczucia mogła okazać w całej pełni. Bardzo kochała Ludkę. Krzysztof również świata poza córką nie widział.
Wszystko układało się dobrze. Mieszkali w miasteczku koło Łomży, gdzie większość sąsiadów znała się wzajemnie. Oczywiście, sąsiedzi wiedzieli, że Ludka jest adoptowana. Gdy była mała, nie było nigdy problemu. Z czasem Ludka dorastała, chodziła już do szkoły, aż pewnego dnia ktoś powiedział jej, że jest nieprawdziwą córką.
Ludka miała wtedy czternaście lat. Wróciła ze szkoły, rozpłakała się i zrobiła awanturę.
Mamo, dlaczego z tatą ukrywaliście, że nie jestem waszą córką? Wiem już, że wzięliście mnie z domu dziecka
Córeczko, uspokój się. Chcieliśmy ci to powiedzieć, tylko czekaliśmy, aż dojdziesz do wieku, gdy łatwiej to zaakceptujesz. Ale skoro już Zawsze tego się obawialiśmy.
Ludka płakała, długo milczała, a potem zamknęła się w sobie i zaczęła odnosić się do rodziców z dystansem. Bywała opryskliwa, trzaskała drzwiami, czasem nawet odzywała się niegrzecznie.
Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego. Krzysztof zginął w wypadku. Jolanta długo nie mogła dojść do siebie po wiadomości, że jej mąż stracił życie podczas powrotu z delegacji z Białegostoku było tuż przed świętami Bożego Narodzenia, sroga zamieć, samochód wpadł w poślizg.
Krzysztof często wyjeżdżał w delegacje; jeśli przedłużał pobyt, przysyłał kartkę nie było jeszcze telefonów. Jolanta miała wtedy czterdzieści sześć lat. Ludka zamiast wspierać matkę, jakby całkiem wymknęła się spod kontroli znikała z domu, nie słuchała, odpowiadała szorstko.
Jolanta ze wszystkich sił próbowała nawiązać z córką kontakt, płakała, prosiła, ale nigdy nie podniosła na nią głosu. Tak mijały kolejne miesiące. Ludka szybko się zmieniała. Pewnego dnia, już po maturze, oznajmiła mamie:
Wyjeżdżam do Warszawy powiedziała stanowczo.
Jolanta spojrzała na nią ze zmęczeniem, ściskając w dłoni ścierkę.
Idziesz na studia, córeczko?
Nie, pojadę szukać swojej biologicznej matki
Jolanta aż wstrzymała oddech.
Ale po co, Ludko? Czy nie jestem ci matką?
Ludka odwróciła się do okna, długo milczała.
Muszę się dowiedzieć, kim ona jest. To dla mnie ważne, muszę zrozumieć, czemu mnie oddała, dlaczego mnie zostawiła. Mam do tego prawo.
Masz, córeczko zgodziła się Jolanta, wiedziała, że nie zdoła jej powstrzymać.
W końcu była już prawie dorosła. Ludka szybko spakowała kilka rzeczy do torby, pocałowała Jolantę w policzek i obiecała czasem przyjeżdżać. Wyszła z domu i udała się na przystanek autobusowy. Jolanta patrzyła za córką ze smutkiem. Została sama.
Mijały dni, tygodnie, lata. Czas wlókł się nieubłaganie. Jolanta od dawna była już na emeryturze, długie zimowe wieczory spędzała wylegując się na starym fotelu, przeglądając kartki od Krzysztofa, które trzymała w pudełku po ptasim mleczku przewiązanym wstążką. Nie było ich wiele, z ostatniej z gałązkami świerku odczytywała pożółkłe słowa: Joluś, zatrzymam się trzy dni dłużej, tęsknię i całuję, twój Krzyś.
Jolanta gładziła kartkę drżącymi palcami, przytulała ją do piersi, jakby tuliła zmarłego męża. Minęło już wiele lat, wszystko się zmieniło, prawie ćwierć wieku od śmierci Krzysztofa.
Siedziała przy oknie, wspomnienia zalewały jej duszę. Ostatnio bardzo podupadła dawniej siadała z sąsiadkami na ławce przed sklepem, teraz wychodziła rzadko, kiedy naprawdę musiała pójść na zakupy.
Zasłony w oknach, skrzynka pocztowa pusta, w domu cisza. Tylko czasem radość wracała, gdy przyjeżdżała Ludka z dziećmi ale to niezwykłe chwile. Poza tym wciąż sama. Na komodzie zdjęcie Krzysztofa trzymającego małą Ludkę oboje uśmiechnięci.
Ach, Krzysiu, jak wcześnie mnie zostawiłeś mówiła zostałam już całkiem sama.
W domu panowała cisza, przerywana tylko czasem przez kota Filipa, który zeskakiwał z parapetu albo cicho mruczał u nóg właścicielki. Jolanta nakarmiła Filipa i sama wypiła herbatę, postanawiając, że dziś pójdzie do sklepu. Stając przy drzwiach, spojrzała jeszcze raz na zdjęcie.
Siedziała z herbatą, gdy nagle ktoś zastukał do furtki.
Przypomniała sobie tamten poranek, kiedy Ludka postawiła ją przed faktem, że wyjeżdża do miasta, by szukać swojej matki. To był cichy, pochmurny dzień. Jolanta siedziała przy kuchennym stole, parzyła herbatę, gdy nagle ktoś zapukał do furtki.
Założyła buty, zarzuciła chustę na ramiona i wyszła na podwórze, otworzyła bramkę. Stała tam kobieta, sporo młodsza od niej, z oczami pełnymi smutku.
Dzień dobry Czy to pani Jolanta? drżał głos nieznajomej.
Tak, o co chodzi?
Nieznajoma wyraźnie była spięta, przestępowała z nogi na nogę.
Ja jestem mamą Ludki to znaczy drugą mamą właściwie biologiczną mam na imię Wera Pewnie pani już wie, o co chodzi mówiła zagubiona.
Jolantę ogarnął zimny dreszcz. Tak niedawno wyjechała Ludka, a tu jej matka i jak ją odnalazła?
Coś się stało Ludce, skoro pani tu jest? zaniepokoiła się Jolanta. Znalazła panią?
Wera zaczęła mówić szybko, odrobinę chaotycznie:
Ludka jest teraz w szpitalu w Warszawie, coś z żołądkiem Byłyśmy razem w parku, nagle złapała się za brzuch, usiadła na ławce i zbladła, od razu wezwałam karetkę.
Obie milczały, wpatrzone w siebie.
Ludka już dawno mnie odszukała, tylko bała się powiedzieć pani o tym Wera pociągnęła nosem.
Oj, przecież nie będziemy rozmawiać w bramce, zapraszam do domu ocknęła się Jolanta.
Podała Wierze gorącą herbatę, a ta, siadając przy stole, wyznała:
Byłam bardzo młoda, jak urodziłam Ludkę. Rodzice byli bardzo surowi i zmusili mnie, żebym oddała córeczkę. Mój narzeczony, kiedy się dowiedział o ciąży, uciekł od razu, a rodzice grozili, że wyrzucą mnie z domu razem z dzieckiem. W szpitalu napisałam zrzeczenie się praw Tyle lat z tym żyłam Och, przepraszam, nie teraz o tym Ludka bardzo prosiła, żeby pani przyjechała do niej do szpitala.
Jolanta zerwała się na równe nogi.
Dlaczego nie zadzwoniła sama?
Ukradziono jej telefon, a właściwie całą torbę. Jak przyjechała karetka i ją zabrali, torba została na ławce, tam były też dokumenty. Gdy wróciłam, torby już nie było
Boże, biedna moja dziewczynko szeptała Jolanta.
Sama dała mi pani adres, powiedziała tylko: znajdź moją mamę.
Dwie kobiety milczały, ale w ich spojrzeniu nie było wrogości tylko troska i zmęczenie.
Jedziemy powiedziała Jolanta, zamknęła dom na klucz jedźmy jak najszybciej.
Autobus wydawał się jechać w żółwim tempie. Początkowo nie rozmawiały, potem zaczęły się zwierzać.
Ja też zostałam sama wzdychała Wera mój mąż zmarł trzy lata temu, ciężko chorował. Żyliśmy długo razem, ale dziecka już nigdy nie miałam. Wiem, to kara za to, że oddałam córeczkę. Tak, spotkała mnie zasłużona kara
Czyli obie nie mamy nikogo poza Ludką powiedziała Jolanta.
Tak już jest Jedna córka dla nas obydwu z żalem szepnęła Wera.
W szpitalu zapytano:
Do kogo panie przyszły?
Do córki, do Ludmiły Nowak odpowiedziały równocześnie.
A panie kim dla niej są?
Matkami znowu chórem. Spojrzały się i obie się roześmiały.
Dwie matki? No dobrze, proszę wejść
Bledziutka Ludka leżała pod kroplówką. Na widok matek uśmiechnęła się promiennie.
Mamo i mamo wyszeptała.
Jolanta pierwsza ucałowała córkę.
Cicho, córeczko, jestem przy tobie a Wera usiadła obok.
Teraz wszystko będzie dobrze, córciu, nie jesteś sama poprawiła kołdrę i powiedziała Wera.
Długo siedziały przy córce, rozmawiając o wszystkim.
Od tamtej pory Ludka miała dwie mamy, potem pojawił się mąż i dwóch synów. A Jolanta i Wera jedną córkę dla dwojga serc. Spotykają się razem od czasu do czasu.
Dziękuję za przeczytanie, za każde dobre słowo i wsparcie. Dobrego dnia i powodzenia wszystkim!

Rate article
Fajna Tajna
Jedna córka dla dwojga