W Nowy Rok przyszła sąsiadka: Czy mogę wpaść na chwilę?
Nie dostałam wypłaty.
W domu pustka, nawet dzieciom nie mam co do herbaty podać.
Siedzę sama z chłopakami, oni też chcą poczuć święto…
Małgorzata stała przy kuchence, z dumą patrząc na kaczkę z pomarańczami, właśnie wyjętą z piekarnika.
Zapach był tak intensywny, że chciało się zamknąć oczy i po prostu oddychać.
Od rana czarowała nad ptakiem: polewała sokiem, pilnowała temperatury, nie oddalała się ani na moment.
Efekt był bezbłędny.
Paweł, chodź zobacz!
zawołała męża.
Paweł wyszedł z pokoju, gwizdnął z podziwem i pokiwał głową:
Małgosiu, to jest poziom restauracyjny!
A jakże, uśmiechnęła się zadowolona.
Zaraz przełożę na półmisek, ozdobię będzie kompletna uczta.
Starannie ułożyła kaczkę na dużym ceramicznym talerzu, wokół rozłożyła pomarańczowe cząstki, dodała gałązki rozmarynu.
Wszystko wyglądało jak z okładki magazynu kulinarnego.
Stół już był zastawiony: trzy sałatki jarzynowa, śledź pod pierzyną i grecka, kanapki z czerwonym kawiorem, talerz kosztownych serów i wędlin, owoce w misie winogrona i kiwi.
Oddzielnie stała taca z domowymi kotletami i ziemniakami.
My otwieramy salę bankietową?
zażartował Paweł.
Nie, spokojnie odparła Małgorzata.
Po prostu chcę porządnie uczcić Nowy Rok.
Pracowaliśmy przez cały rok, możemy sobie pozwolić.
Mąż objął ją ramieniem:
Zgadzam się.
Dawno tak nie świętowaliśmy.
Rzeczywiście, ostatnie lata oszczędzali na remont.
Teraz remont był zakończony, zarobki się ustabilizowały, i wreszcie można było świętować bez wyrzutów sumienia.
Małgorzata rozstawiała sztućce, wyjmowała kryształowe kieliszki, które zwykle kurzyły się w szafie.
Wszystko miało wyglądać pięknie i prawdziwie odświętnie.
O dziesiątej wieczorem stół był gotowy.
Małgorzata i Paweł przebrali się, usiedli naprzeciw siebie.
Paweł nalał wino.
No to, za nas?
Za nas.
Stuknęli się kieliszkami.
Małgorzata spróbowała sałatki wyszła idealnie.
Paweł nałożył sobie kaczkę i zamknął oczy w zachwycie:
Smakuje obłędnie!
Małgosiu, jesteś czarodziejką.
Było jej miło.
Ten stół, ten spokojny wieczór, poczucie bezpieczeństwa i możliwość nieśpiesznego celebrowania wszystko wydawało się prawdziwym szczęściem.
Punkt o jedenastej rozległ się dzwonek do drzwi.
Małgorzata i Paweł zerknęli po sobie.
Kto mógł przyjść tak późno?
Paweł poszedł otworzyć.
Na progu stała sąsiadka Justyna z dwoma synami.
Była roztrzęsiona, oczy miała zaczerwienione.
Paweł, przepraszam, że tak zaczęła niepewnie.
Możemy wpaść na chwilę?
Jest naprawdę źle.
Co się stało?
zapytał ostrożnie.
Wszystko naraz zaszlochała Justyna.
Nie dali mi wypłaty.
Pracowałam na czarno przed świętami mnie oszukali.
W domu pustka, dzieciom nawet herbaty nie mam z czym podać.
Koleżanki miały przyjechać nie przyszły.
A chłopcy chcą poczuć święto
Synowie stali za jej plecami wychudzeni, w starych swetrach, milczący.
Paweł zawahał się.
Wyrzucić sąsiadkę z dziećmi w sylwestrowy wieczór to byłoby nie po ludzku.
Wejdźcie, powiedział.
Zaraz zawołam Małgosię.
Małgorzata wyszła z kuchni i od razu wiedziała, że ich spokojny wieczór się skończył.
Cześć, Justyna chłopcy.
Małgosiu, przepraszam, że tak wparowałam, Justyna nerwowo ocierała oczy.
Naprawdę nie mamy gdzie iść.
Chociaż na dwadzieścia minut?
Małgorzata spojrzała na dzieci.
Milczeli, ale wzrok mieli wbity w kuchnię, z której unosiły się zapachy.
Siadajcie do stołu, westchnęła ciężko.
Goście weszli i wszystko potoczyło się szybciej niż się spodziewała.
Mamo, popatrz tylko!
zawołał starszy.
Ile tu jedzenia!
Można kawior?
od razu spytał młodszy.
Siadajcie, rzuciła sucho Małgorzata.
Chłopcy usiedli.
Starszy złapał udko kaczki ręką:
Ciociu Małgosiu, można?
Nie czekając na odpowiedź, odgryzł wielki kawałek.
Młodszy już zajadał kanapki z kawiorem.
Pyszne!
wykrzyknął zadowolony.
Mamo, można jeszcze?
Justyna nie powstrzymała synów, sama zaczęła im nakładać:
Jedzcie, chłopcy, jedzcie.
W domu tylko makaron, tu można porządnie zjeść.
Chłopcy jedli szybko i zachłannie.
Starszy zjadł połowę sałatki jarzynowej, młodszy wykończył cały kawior.
Następne znikały wędliny, sery, szynka.
Kilka minut później półmiski były puste.
Małgorzata patrzyła na to jak na zły sen.
Paweł próbował rozładować napięcie:
Macie niezły apetyt, dzieciaki!
Ale nikt nie zwracał na niego uwagi.
Już dobierali się do kaczki.
Duże kawałki znikały jeden po drugim.
Jest chleb?
zapytał starszy.
Małgorzata przyniosła chleb.
Chłopcy natychmiast robili kanapki.
Justyna także się nie krępowała nakładała sałatki, próbowała kaczkę, brała kotlety.
Przepraszam, że tak, mówiła z pełnymi ustami.
Ale sami widzicie, dzieci głodne.
Po dwudziestu minutach ze świątecznego stołu zostało prawie nic.
Sałatki poznikały, kaczkę rozebrano do ostatniego kawałka, kawior, sery, wędliny, owoce wszystko zjedzone przez niezapowiedzianych gości.
Małgorzata siedziała nieruchomo, z kamienną twarzą.
Dwa dni spędziła w kuchni, wydała sporą sumę złotych, włożyła serce i siły, marząc o cichym święcie z mężem.
Została z czymś zupełnie innym.
Gdy zegar wskazał za piętnaście dwunasta, Justyna wstała od stołu:
Cóż, idziemy już.
Olbrzymie dzięki!
Naprawdę nas uratowaliście!
Chłopcy szykowali się do wyjścia.
Młodszy na odchodnym złapał ciastko i spytał:
Można zabrać ze sobą?
Bierz, odpowiedziała Małgorzata beznamiętnie, nie podnosząc wzroku.
Goście wyszli, rzucili szybkie życzenia.
Drzwi się zamknęły.
Małgorzata i Paweł zostali w kuchni, patrząc na to, co jeszcze pół godziny wcześniej było świątecznym stołem.
Na talerzach tylko okruszki, miski po sałatkach puste, owoce zniknęły do ostatniego winogrona.
Zostało kilka mandarynek w misce.
Widziałeś to?
zapytała cicho Małgorzata.
Widziałem, równie cicho odpowiedział Paweł.
W pół godziny zjedli wszystko.
Absolutnie wszystko, co szykowałam dwa dni.
Małgosiu
Nawet nie podziękowali porządnie.
Żaden.
Tylko brali, żuli i prosili o więcej.
Paweł objął żonę.
Małgorzata nie płakała patrzyła na puste talerze, próbując zrozumieć.
Przy huku fajerwerków stuknęli się kieliszkami, ale święto było nieodwracalnie zepsute tak samo jak ich nastroje.
Następnego dnia Małgorzata sprzątała kuchnię: myła naczynia, chowała resztki a raczej to, co można było za resztki uznać.
Wiesz, Paweł, powiedziała, rozumiem, że czasem ludziom jest ciężko.
Rozumiem, że nie dostała wypłaty.
Ale czemu nie powstrzymała chłopców?
Czemu nie powiedziała: Dość, chłopcy, to nie nasze?
Nie wiem, wzruszył ramionami Paweł.
Może naprawdę byli głodni.
Głodny to jedno, odpowiedziała spokojnie Małgorzata.
Zachłanność drugie.
Oni nie jedli.
Oni łapali, jakby już nigdy nie mieli zobaczyć jedzenia.
Paweł milczał.
Małgorzata kontynuowała:
A ta Justyna…
siedzi, wzdycha, udaje nieszczęśliwą, a sama podsuwa dzieciom talerze: Jedzcie, chłopcy.
Czy pomyślała o nas?
Co my będziemy jeść?
Wieczorem 1 stycznia spotkała Justynę na klatce.
Tamta promiennie się uśmiechnęła:
Małgosiu, cześć!
Jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku!
Dzięki za wczoraj!
Małgorzata spojrzała na zadowoloną twarz sąsiadki i coś w niej pękło.
Cześć, odpowiedziała chłodno i minęła ją bez słowa.
Justyna zaskoczona odprowadziła ją wzrokiem.
Małgorzata wyrzuciła śmieci i wróciła do mieszkania.
Spotkałaś Justynę?
zapytał Paweł.
Spotkałam.
I jak?
Nie będę się już z nią zadawać.
Niech szuka innych sponsorów.
Minął tydzień.
Małgorzata kilka razy natknęła się na sąsiadkę w windzie i na klatce.
Za każdym razem odwracała się, jakby jej nie zauważała.
Justyna próbowała zagadywać odpowiedzią była cisza.
Małgosiu, może wystarczy się dąsać?
kiedyś rzucił Paweł.
Ja się nie dąsam, odpowiedziała spokojnie.
Po prostu zrozumiałam: litość to fatalny doradca.
Żal nam było wpuściliśmy.
Efekt?
Zdewastowany stół i zniszczone święto.
Ale oni naprawdę mają trudną sytuację…
Paweł, spojrzała poważnie na męża Małgorzata, trudności nie dają prawa zapominać o przyzwoitości.
Można było poprosić o herbatę, trochę jedzenia.
Ale oni zjedli wszystko.
I nawet nie przeprosili porządnie.
Paweł westchnął ciężko nie było sensu dyskutować.
Miesiąc minął.
Relacje z sąsiadką się nie poprawiły.
Małgorzata witała się krótko i bez uśmiechu, czasem po prostu przechodziła obok.
Justyna żaliła się innym, że Małgorzata zadziera nosa, ale jej to nie obchodziło.
Ten Nowy Rok zapamiętała na zawsze.
Pusty stół, uśmiechnięte twarze nieproszonych gości i własne poczucie pustki.
I podjęła decyzję: już nigdy nie wpuszczać do domu tych, którzy mylą gościnność z okazją do żerowania.


