Zwykłe planowanie letniego urlopu zamieniło się w dramat, którego nikt nie przewidywał. Ja, moja żona Agnieszka, nasz wierny, lekko już wysłużony SUV i trasa przez pół Polski ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę. Samo myślenie o wolności podróży rozbudzało we mnie dziecko: własne tempo, postoje kiedy dusza zapragnie, żadnych rozkładów jazdy czy płaczących dzieci za cienką ścianą wagonu. Zawsze tak lubiliśmy tylko my, cisza i droga.
Tym razem jednak popełniliśmy śmiertelny błąd: opowiedzieliśmy o swoich planach.
Wszystko zaczęło się na kameralnej domówce u wspólnego znajomego. W gronie znajomych, gdy luźno rzuciłem, że za dwa tygodnie ruszamy nad morze samochodem. I wtedy padło pytanie z tych, które z pozoru brzmią niewinnie:
Serio? W jakie dni? ożywił się siedzący naprzeciwko Wojtek, którego znałem jedynie z imprez, przeważnie w jego towarzystwie była też Magda. Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi.
Startujemy piętnastego odpowiedziałem, zupełnie nie czując podstępu.
Ale my też wtedy mamy wolne! rozpromienił się Wojtek. Mieliśmy jechać pociągiem, ale zostały tylko miejsca koło WC. Weźmiecie nas ze sobą? Benzyna po połowie, w dwójkę weselej zapewniam, żadnych konfliktów.
Spojrzałem wymownie na Agnieszkę jej mina wyrażała jedno: absolutnie nie. Zacząłem mamrotać, że auto pełne, często się zatrzymujemy.
Bez przesady, mamy tylko wspólną walizkę! ciągnął Wojtek. No i po kieszeni mniej zaboli. W obecnych czasach paliwo to złoto. Bądź kolegą.
Ugięliśmy się. Perspektywa oszczędności przeważyła, choć w środku kręciło mnie od sprzeciwu. Po raz kolejny miękkość charakteru miała się na nas zemścić.
Nie chcesz kłopotów nie rób przysług
Umawiamy się na piątą rano pod naszym blokiem. My już spakowani, bagażnik ułożony, niezbędne rzeczy pod ręką. Wojtek z Magdą spóźniają się czterdzieści minut. Wysiadają z taksówki Magda taszczy walizę wielkości małej lodówki i przepastny worek z przekąskami.
Mieli być tylko z jedną torbą! nie wytrzymałem.
Wiesz, kobieta musi mieć się w co przebrać zaśmiał się Wojtek.
Przeorganizowaliśmy cały bagażnik, grając w tetris.
Już po godzinie żałowałem tej decyzji. Magdzie zrobiło się duszno na cały regulator klima; dziesięć minut później Wojtek narzekał, że lodówka. Moja muzyka nie odpowiadała, magszpreche posypały się prośby o postój: toaleta, kawa, nogi muszę rozprostować, papieros.
Cały wymyślony przeze mnie plan żeby ominąć korki, by zatrzymywać się tylko raz na parę godzin rozpadł się jak domek z kart. Czuliśmy się jak taksówkarze z PKS-u.
Kulminacja nadeszła na stacji benzynowej.
Zatankowałem pod korek, jakieś 350 zł, wracam, Wojtek zjada hot-doga.
To co, dzielimy się kosztami? zagaduję.
Spokojnie, na końcu wszystko policzymy, będzie prościej machnął ręką.
Nie podobało mi się to, ale Agnieszka szepnęła: Daj spokój, rozliczą się na miejscu. Machnąłem ręką. Płatne autostrady też zapłaciłem sam, nie zapytali nawet, ile.
Przez resztę trasy pałaszowali swoje kanapki, zostawiając okruchy na siedzeniach. Na moją uwagę odpowiadali rozbawieniem:
Luz, to tylko auto, odkurzysz.
Dojechaliśmy późną nocą, zmęczeni nie drogą, lecz towarzystwem.
My po prostu jechaliśmy z wami
Nazajutrz dopadłem ich w kuchni pensjonatu z notesem, gdzie skrupulatnie zapisywałem wydatki.
No to tak: paliwo 1200 zł, autostrady i opłaty 250 zł. Razem 1450 zł. Dzielimy na pół, wychodzi po 725.
Wojtek aż zakrztusił się herbatą, a Magda spojrzała na mnie, jakbym opowiedział skecz kabaretu.
725 złotych?! Chyba kpisz! przeciągnęła.
Zupełnie poważnie, ustaliliśmy: dzielimy się kosztami.
Wojtek odłożył kubek:
Ale przecież ty byś i tak jechał! Wydatki te same, czy jedziesz sam czy z nami. Myśmy po prostu wsiedli na wolne miejsca.
Poczekaj zaczynałem kipieć. Ustalaliśmy zasady: dzielimy koszty, znosimy niedogodności. Woziłem wasze rzeczy, dostosowywałem się do postojów, wy macie pokryć połowę wydatków.
Najwyżej się razem pośmialiśmy, zabawnie było prychnęła Magda. Gdybyś wiedział, że będziesz się szarpał o pieniądze, pojechalibyśmy bla bla carem.
Inny kierowca wyrzuciłby was już na pierwszym postoju za te okruchy i narzekania nie wytrzymała Agnieszka.
Powiem tak uciął Wojtek. Damy co łaska, tysiąc, maks półtora, ale połowy nie zapłacimy. Mamy napięty budżet.
Wstałem.
Darujcie sobie. Uznam to za przysługę. Ale wracacie na własną rękę.
Jak to?! Nie mamy biletów! Ustaliliśmy przejazd w dwie strony!
Ustaliliśmy warunki. Złamaliście je. Miłego pobytu.
Resztę urlopu spędziliśmy osobno, choć mieszkaliśmy w jednym ośrodku. Przypadkiem raz trafiliśmy na nich na plaży celowo odwracali wzrok.
Na dzień przed naszym wyjazdem miałem SMS od Wojtka: No już, nie złość się. Daj nam po trzy stówki za cały przejazd. Pojedziemy razem, Magda źle znosi podróż autobusem.
Nie odpisałem.
Spakowaliśmy się, sprawdziliśmy olej, ruszyliśmy o świcie. Droga powrotna była czystą przyjemnością nasza muzyka, nasze tempo i upragniona, błoga cisza.
Od wspólnych znajomych dowiedziałem się później, kim się dla nich stałem: Porzucił starych znajomych w obcym mieście przez kilkaset złotych! Wojtek z Magdą szarpali się autobusami z przesiadkami, narzekając potem na nas, komu popadnie.
Ale doświadczenie bezcenne. Od tamtej pory, gdy ktoś choćby półżartem pyta: Jedziesz za miasto? Podrzucisz?, odpowiadam grzecznie, ale stanowczo: Przepraszam, podróżujemy tylko we dwoje.



