Kobiece losy. Marysia Zmarła babcia Aniela, a Marysi już całkiem ciężko było na sercu. Teściowa uwa…

Damskie losy. Marianna

Odeszła babcia Aniela i zrobiło mi się jeszcze bardziej smutno. Nie przyjęła mnie teściowa do serca, ciągle powtarzała, że jestem zbyt chuda, do roboty się nie nadaję i wątpiła, czy dzieci ze mnie kiedyś będą, taką dziwną mnie uważała.

Wszystko znosiłam, ale kiedy już na duszy było zupełnie źle, biegłam do babci mojej. Babcia Aniela była dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Za tatę, który zaginął, za mamę, która po dziesięciu latach odeszła na suchoty.

Jak Stanisław spojrzał wtedy na sierotę, to tylko Bóg wie. Przystojny, silny chłopak, gospodarz z prawdziwego zdarzenia, dom dostatni. A tu patrz zakochał się w biednej, nikomu niepotrzebnej dziewczynie. Tak mnie, za plecami, teściowa Zofia nazywała.

Starałam się bardzo przypodobać. Koło domu śmigałam jak wiewiórka, do każdej roboty chętnie się brałam. Nic z tego! Nieprzychylna byłam i już!

Gdy Stanisław jeszcze był w domu, dało się jakoś żyć, ale gdy tylko wyjeżdżał do sąsiedniej wsi, to chciało się z tego domu uciekać.

Cierp, Marianko, mówiła babcia, przywykniesz.

Ale już i babci nie ma wśród żywych, lata mijają, a Zofia coraz bardziej mnie nie znosi.

Nie po jej myśli się stało, przecież dla syna dawno już wypatrzyła pannę. Ta była z dobrej rodziny, pulchniutka, z zapasem wiano. Rodziny by się połączyły, dorobek wystarczyłby i dla praprawnuków.

Ale nie! Stanisław uparty po ojcu. Słowa mu nie sprzeciwiaj. Gospodarz!

I rzeczywiście był świetnym gospodarzem. Po śmierci ojca objął wszystko w swoje ręce i jeszcze pomnożył, wdrożył wszystko, czego ojca nauczył. Matkę szanował, ale nie pozwalał jej sobą pomiatać.

Mnie Stanisław kochał do nieprzytomności. Jak mnie zobaczył, taką wiotką… Jasna twarz, niebieskie oczy, zadarty nosek oszalał na moim punkcie. Wszystkie bogactwa chciał mi u stóp złożyć.

Tych bogactw nie potrzebowałam zgodziłam się, bo widziałam, że on ma serce czyste. Sama też zakochałam się, aż do bólu.

O matce słyszałam o jej charakterze, o chciwości. Ale widząc, że Stanisław ma własne zdanie, zgodziłam się na zaręczyny.

Przeprowadziłam się do jego domu. Znosiłam wszystkie uwagi teściowej. Kiedy już uciskało mnie tak, że duszno się robiło i łzy cisnęły do oczu, biegłam do babci, żeby się wypłakać.

Siadałam na podłodze, głowę kładłam na jej kolanach i cicho wyłam jak zbity szczeniak. Palce babci głaskały mnie po włosach, a dłonie głaskały po głowie. Szeptała nade mną cichutko modlitwę do Matki Boskiej, prosząc o wstawiennictwo dla sieroty.

Posiedziałyśmy tak godzinę, smutek powoli odpływał i znowu chciało się żyć.

Nie było już do kogo iść. Babcia zasnęła i odeszła cicho, bez rozgłosu.

Wypłakałam się jak bóbr, zostałam zupełnie sama.

Mówią ludzie, że czas leczy rany. Nie leczy. Wydaje się, że wszystko przeszło, ale nachodzi ból serca i przypominają się dobre, bliskie ręce. I znowu płaczę.

Czas płynął, a u Stanisława w domu sytuacja coraz gorętsza. Zofia zatruwała mi życie, trzeci rok mieszkam, a wnuków jak nie było, tak nie ma.

To był temat okrutniejszy od piekła. Wiedziałam, jak matka szeptała synowi do ucha że jestem “zepsuta”, że dzieci nie będzie.

Stanisław się odpychał od tych słów, ale przecież ludziom ust nie zatka. Plotkowali, że jego ród z nim w grobie umrze, bo nie doczeka się dziedzica.

Chmurzył się Stanisław, ale jak wracał do domu i widział swoją ukochaną, wszystkie troski odpływały. Kochał mnie ponad wszystko.

Może Bóg usłyszał moje modlitwy, a może prawdziwa miłość dokonała cudu, w każdym razie w końcu zaszłam w ciążę.

Zofia wściekła była z tego powodu, a Stanisław kochał mnie jeszcze mocniej.

Teściowa chodziła po domu jak czarny kruk. Jak tylko przysiądę na chwilę już z krzykiem:

Siedzisz, leniwa? Myślisz, że jak brzuch ci rośnie, to już nic nie musisz robić? wrzeszczała, ręce w boki.

Ależ mamo, ledwie przysiadłam, całe rano robię tłumaczę się cicho.

“Zaraz, robi!” powtarzała w złości. Nie mamy służby, nie jesteś paniczka! Wody natargać potrzeba! Jak mąż wróci, to wiadra puste! Jak taka słaba, to wyjdź, nie potrzebuję dla syna słabej żony!

Bez słowa zabierałam nosidło i wiadra, szłam do studni. Targałam ciężkie wiadra, a staruszki-sąsiadki tylko głowami kręciły zza płotu: “Już i w ciąży, a Zofia okrutna, nie ulituje się!”

W końcu urodziłam dziecko. Ale i to nie na szczęście. Chłopczyk był bardzo słaby. Nie miał siły po ojcu, ledwo żył. Co chwilę siniał, przestawał oddychać, robił się jak martwy.

Sama słaba, i dziecko takie samo z pogardą rzucała Zofia patrząc na małego.

Jak można tak mówić, mamo?! Przecież to wasza krew, dziedzic Stanisława płakałam.

Oby do dziedzictwa dożył cedziła złośliwie teściowa. Wnet będziemy musieli skrzynkę robić.

Od tych słów wyłam. A Zofia tylko dolewała oliwy do ognia. Siedziała jej w głowie: jak dziecko umrze, to syn porzuci biedną dziewczynę, wtedy będzie mogła mu dać dobrą żonę, z krwi i kości!

Stanisław wracał z pracy, okazywał mi współczucie. Pozwalał odpocząć, brał na ręce synka ledwie mieścił się w jego dużych dłoniach. A malec jakby czuł opiekę ojca, uśmiechał się.

“No, niech i chory, niech tylko poczeka, zobaczą naszą siłę” myślał Stanisław.

Przyszła pora chrztu, daliśmy mu imię Wojciech. Wszystko byłoby dobrze, ale maluch nie chciał rosnąć, nie przybierał.

Pewnego razu Stanisław musiał wyjechać z rzeczami do innej wsi.

Daleka droga, prędko nie wrócę, rzekł całując mnie w czoło. Wychowuj Wojtusia, nie myśl o niczym i nikogo nie słuchaj…

I wtedy Zofia poczuła się swobodnie! Wiedziała, że przez ten czas nikt nie stanie w mojej obronie.

Najlepiej byłoby, żebym siedziała przy dziecku, grzała je przy sercu, ale gdzie tam! Teściowa wyżywała się. Wodę targać, drewno rąbać, za inwentarzem chodzić chwili spokoju.

Nocą, zamiast spać, Wojciech marudził, pół nocy nosiłam go na rękach, a świt już był, gdy trzeba było iść do zwierząt.

Żyłam na wycieńczeniu. I jakby przeczuwając, że matka umiera, dziecko też gasło. Coraz częściej siniał, dusił się.

Zapanowała już jesień, słota i przymrozki. Byłby czas powrotu męża, by matkę postawić do pionu, ale nie wracał.

A i dobrze powiedziała kiedyś Zofia. Do chorych nie warto wracać! Może znajdzie gdzieś lepszą, żywszą, ładniejszą.

Straszne myśli zagnieździły się w mojej głowie. Może teściowa ma rację? Byłam załamana.

Codziennie wpuszczała kroplę zwątpienia do mojej duszy.

Nie żal ci Stasia? spytała kiedyś. Chłopiec zaraz umrze, ty się wykończysz i mojego synka wprowadzisz w rozpacz. Puściłabyś go, Marianno…

A gdzie pójdę, mamo? Z dzieckiem! Niedługo śnieg spadnie, a Wojtuś słaby, przeziębi się, jeszcze gorzej będzie.

A będzie, niewielka strata rzuciła zimnym tonem. I tak nie żył. Odda duszę Bogu to i koniec męki. Staś sobie założy nową rodzinę, będzie miał dzieci, niejedno.

Patrzyłam, nie wierzyłam własnym uszom. Czy człowiek może coś takiego mówić?! Sama matka! Czy nie żal jej będzie, gdyby naprawdę Wojtuś umarł?

Jakby dziecko wyczuło moje myśli rozszlochał się, szybko zzieleniał, oczy wywrócił i zwiotczał.

Pomyśl, Marianno rzuciła na odchodnym teściowa. Na cudzym nieszczęściu szczęścia nie zbudujesz.

Minęło jeszcze pół miesiąca. Ziemię przykrył pierwszy śnieg, zawiały lodowate wiatry. Wyschłam na skórze, czerniejąc od zmęczenia. Czasem zaczęłam nawet teściowej odpowiadać, gdy mówiła źle o wnuku. Ale co z tego, skoro to nie był dom mój, męża też nie było. Bolały mnie słowa Zofii, że nie jestem już potrzebna ukochanemu, więc uciekł z domu. Wieści od Stasia nie było.

Jakoś nie przyszło mi do głowy, że może się coś stało. Teściowa mi wszystko rozum pomieszała. Obwiniałam się.

I sama nie żyje, i mężowi nie da mruczała pod nosem Zofia. Przelała się czara goryczy.

Bez słowa poszłam do pokoju. Spakowałam tobołek, nic zbędnego. Otuliłam Wojciecha w chustki, wyszłam.

Zofia cały czas stała nieruchomo, zlękła, by nie spłoszyć mojego nagłego postanowienia. Ona już była spokojna. Nie martwiła się o syna. Już miesiąc temu dostała wieść, że choć napadli na tabor i Stasia zranili, to jednak żyje. W szpitalu w dużym mieście leży. Ale mi nie powiedziała. Lepiej będzie, jak myślę, jak chce Zofia. A gdy Staś wróci, opowie mu, że Wojtuś już u Boga, a żona popadła w rozpacz i odeszła z domu. Szczęście, że wieczorem wyszłam plotkarki nie domyślą się, co naprawdę zaszło.

Rano już Zofia rozpuściła wieści po wsi, że Marianna oszalała, gdy dziecko zmarło i zabrawszy je, po ciemku uciekła, nie wiadomo dokąd. Płakała, zatrzymywała, ale nie posłuchałam, bo rozum straciłam.

Kilkanaście dni gadały sąsiadki, potem ucichło. Przyszła zima, nikt nie wychodził z domów, więc i temat ucichł…

***

Szłam długo, lasem, polami. Bałam się. A gdyby mnie ktoś zauważył? O siebie mi nie było żal. Serce już wypalone. O synka się bałam.

Niepotrzebnie się bałam. Noc minęła, świt się zbliżał, a gdzieś w oddali pokazały się dachy wsi.

Nie liczyłam na nocleg. Myślałam tylko, że może ktoś chlebem poczęstuje, wodą napoi, przez godzinę pozwoli dziecko nakarmić w cieple.

Z kominów snuł się gęsty dym, ulice puste. To nie lato, by ludzie po zagrodach się krzątali. Teraz mało kto nos z chaty wystawia. Może tylko po wodę.

Szłam wzdłuż ulicy, do nikogo nie potrafiłam zajść wstyd było prosić obcych. Przysiadłam przy studni.

Zza rogu przyszła kobieta z wiadrami. Wysoka, szeroka w biodrach, policzki zmarznięte miała czerwone. Patrzyła z góry. Od tego wzroku jeszcze bardziej się skuliłam.

Nabrała wody, patrzy i pyta:

A ty czyja jesteś? Cała zsiniałaś, zmarzłaś chyba?

Ja niczyja odpowiedziałam cicho tylko przechodzę. Muszę do sąsiedniej wsi skłamałam.

A tam do kogo? dopytywała dalej.

Ojca mam tam brnęłam w kłamstwo.

W taką pogodę i psu by dach nad głową dali! A ciebie z dzieckiem pogonili.

Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się na głos. Zziębniętymi rękami ukryłam twarz, nie mogłam się uspokoić.

No chodźże, idziemy ze mną rozkazała kobieta, zostawiła wiadra i podniosła mnie z ławki.

Weszłyśmy do chaty. Ciepło było w środku, w piecu trzaskało drewno, pachniało ziołami. Usiadłam na ławce, dopiero poczułam, jak bardzo jestem zmęczona.

Kobieta podeszła, rozebrała mnie, delikatnie odebrała dziecko z rąk.

Akulina jestem przedstawiła się, wyjmując maleństwo z pieluszek.

O ludzie! Jaki on malutki! zawołała. Ochrzciliście?

Tak powiedziałam wyczerpana. Wojciechem go nazwaliśmy, i osunęłam się z ławki na podłogę, tracąc przytomność.

Nie wiem, ile leżałam bez czucia. Gdy otwarłam oczy, leżałam w obcym łóżku pod pierzyną. W chacie cicho. Zerwałam się, nie było synka. Szukałam wszędzie, ani kobiety, ani Wojtusia. Rozpłakałam się w strachu, chwyciłam ubranie i wybiegłam. Wtedy otworzyła się drzwi, weszła z zimnym powiewem Akulina.

Obudziłaś się? zapytała, widząc mnie.

Gdzie syn? jęknęłam.

Nie bój się, głuptasko uśmiechnęła się. Trzy dni byłaś nieprzytomna. Bredziłaś w gorączce. Powiedz mi, jak tu się znalazłaś, a o Wojtusia się nie martw. Zaniesiona… do lasu, do mojej matki.

Po co? zapytałam przerażona.

Dla zdrowia odpowiedziała krótko. A teraz mów.

Usiadłyśmy i dostałam wielki kubek ziołowego naparu.

W końcu opowiedziałam wszystko jak na spowiedzi. O mojej miłości, o teściowej, która mnie znienawidziła, o chorobie syna. Wylałam z siebie cały ból.

Akulina słuchała uważnie.

Niezbadane są wyroki Boskie, powiedziała w końcu. Nie bój się, Marianno. Twój syn będzie zdrowy. Los prowadzi cię w górę, skoro do mnie trafiłaś. Choć twoje próby się nie kończą, najważniejsze, zachowaj w sobie światło, bo ono z każdej ciemności wyciągnie.

Tylko do synka, ciotko Akulino, bardzo chcę dusza boli.

Zaprowadzę cię. Ale wrócimy same, jego nie zabierzesz.

Dlaczego mi to robisz? Jak mam zostawić synka?! zapytałam.

Ubieraj się i chodź. Wszystko zrozumiesz.

Wyszłyśmy z domu, Akulina od razu skręciła w las. Błądziłyśmy wśród drzew.

Przypadkiem przy studni byłam zaczęła Akulina. Całą zimę z matką w lesie spędzamy. Ja wracam do wsi na wiosnę, a matka w lesie zostaje. Ale wtedy musiałam wrócić do swojej chaty. Widocznie Opatrzność cię chroni, skoro nas spotkała.

Słuchałam, nie rozumiejąc.

Wtem wyszłyśmy na polankę, gdzie stała chatka.

Otworzyła drzwi, weszłyśmy. Zwykły dom, sien, dwie izby i kuchnia.

Wróciłaś? usłyszałam głos. I wyszła do nas staruszka.

Maleńka, drobna trudno uwierzyć, że to matka postawnej Akuliny.

Zapraszam, córko, powiedziała łagodnie. Zobacz swoje dziecko, śpi słodko, nie budź go.

Rozebrałam się i podeszłam do wskazanego kącika. W wiszącej kołysce leżał Wojtuś.

Wyglądał różowiej i zdrowiej niż w domu Stanisława.

Różowieje, różowieje zaśmiała się babcia, jakby czytała moje myśli. Odwróciłam się, zdziwiona.

Siadaj i słuchaj powiedziała. Agnieszka mnie zwą. Wieśniacy uważają mnie za czarownicę. Razem z córką tu mieszkamy w lesie, by ludzi nie straszyć.

Otworzyłam szeroko oczy.

Nie bój się! Co ludzie nie wymyślą. Lepiej sama sprawdzać prawdę. Twoja teściowa, niech ci będzie, to większa wiedźma, a w kościele bywa.

Stałam, słuchałam, bałam się odetchnąć: staruszka Agnieszka wiedziała całą moją przeszłość.

Dużo się mówi, a mało wie! Ty sama, czy wiesz, czemu syn twój taki słaby?

Milczałam.

No właśnie. A modliłaś się do Matki Boskiej. Słyszała cię, skoro do mnie trafiłaś. Ale to twoja wina!

Moja?! zadrżałam. Ale jak?

Bo w ciąży nie można po cmentarzach chodzić! A ty odwiedzałaś grób babci niemal codziennie! I “przykleił się” do ciebie zmarły. Po porodzie przeniósł się na dziecko. Z niego czerpał siły. Dlatego Wojtek się dusił.

Serce mi zamarło, osunęłam się na ławkę, biała jak ściana.

Uspokój się, powiedziała, naprawimy to. Dwa dni Wojtek u mnie pobędzie, i chorobę z niego zdejmę.

Podeszła, położyła dłonie na mojej głowie, gładziła włosy. I zrobiło się lekko jak za czasów babci.

No, zbieraj się, biedactwo rzekła Akulina. Pora wracać.

Według ich zwyczaju, po trzech dniach Wojciech wrócił do mnie zdrów, rumiany, białowłosy, jak aniołek. Cieszył się, gaworzył. Patrzyłam na niego i nie wierzyłam, że te straszne dni już nie wrócą.

Żyło mi się spokojnie u Akuliny. Nie byłam ciężarem, w domu pomogłam.

Powiedz, ciotko Akulino, czemu babcia Agnieszka mieszka w lesie? Dobre znachorki na wagę złota, zapytałam kiedyś.

Dawno to było, zaczęła. Była młoda, pomagała wszystkim. Ale ludzie są tacy… póki im dobrze, póty są wdzięczni. Ale jak choroba, od razu szukają winnych.

Zdarzyło się, że w jednej wsi zmarło dwoje niemowląt. Ktoś sobie przypomniał, że Agnieszka przy porodzie bywała. A że mnie jeszcze wtedy nie było, uznali, że z zazdrości rzuciła urok. Przyszli z ogniem. Ojciec ich powstrzymał, ale żal ją odsunął.

Potem przyjechał lekarz, wyjaśnił, że dzieci zmarły z przyczyn naturalnych. Matki były starsze, dzieci kolejne, dlatego słabe. Agnieszka przestała pomagać, choć później ludzie przyszli prosić. Nie wybaczyła.

Pewnego dnia powiedziała: “Postawcie mi chatę w lesie. Dzieci wasze będę leczyć, dorosłych nie.” Zgodzili się. Sami nie chcieli chodzić do lasu, więc jeśli dziecko zachorowało, kładli w kołysce pod drzwiami, a wracali po trzech dniach. Jeśli dziecko wróciło zdrowe, czekało na progu. Jeśli nie znaczyło, że nie da się już pomóc. Ale nigdy się nie zdarzyło, by umarło u babki tylko skrzywdzone przez ludzi matki kładły swe dzieci.

A jak leczy? Lepiej nie wiedzieć za wiele! roześmiała się Akulina. Żadnych czarów się nie lękaj.

Tymczasem w mojej starej wsi działo się.

Nadszedł czas, Staś wrócił do domu. Wbiegł, nie zdejmuąc butów, do pokoju, gdzie mieliśmy sypialnię.

Nie rozpoznał domu nie było ani ukochanej żony, ani dziecka, nawet szalika.

Przepraszam cię, synku, zalewała się łzami Zofia. Nie dopilnowałam mojej córki i wnuka. Po twoim wyjeździe, trzeciego dnia Wojtek umarł. Marianna zwariowała, wybiegła z dzieckiem, ja ją goniłam, ale na próżno. Po całej wsi szukałam, nawet do lasu chodziłam. Jakby przepadła!

Staś słuchał, a w głowie biło. “Przepadła, przepadła…”

***

No już! odezwała się po czasie Zofia, wchodząc do syna. Ileż można leżeć jak martwy? Nie jesz, nie pijesz, na świat nie patrzysz. Taka już dola. Pogódź się, bo grzech!

Bardzo Staś przeżywał stratę całą zimę. Ale praca czekała, wiosna za oknem.

Ale choć odżył z pozoru, w sercu rana nie goiła się.

Starała się Zofia, nowe panny pokazywała. Jednak gdy raz wspomniała o ślubie, krzyknął tak, że aż spadła z ławki.

Zakazał mówić o ślubach.

Skoro jednej nie uchroniłem i syna nie uratowałem, to nawet nie próbuj mówić o rodzinie! wykrzyczał.

Dni płynęły bez smaku. Stanisław zamknął się w sobie, osowiały. Od świtu pracował, wieczorem zamykał się w pokoju.

Rok minął, drugi się kończył. Zofia patrzyła na syna, aż ją ciarki przechodziły. Ciało ciepłe, ale dusza martwa!

Myślała, że z czasem się pocieszy, nową żonę poślubi, doczeka dzieci, a tu nic.

Siedzieli we dwoje w wielkiej chacie. Syn był, a nie było z kim porozmawiać.

Sąsiadki zwoływały dzieci i wnuki, przejmowały się, wspierały.

A Zofia chodziła po wsi jak sowa, zżerana przez zazdrość!

Nie taki koniec sobie wyobrażała!

Ciężka jak kamień wina spadła na jej serce.

Zrozumiała, że własnymi rękami życie syna w piekło obróciła. Nic się już nie dało zmienić. Bała się przyznać do winy przed synem, że taki ciężar na siebie wzięła. Przestała sypiać, serce coraz częściej bolało. Czerniała, aż nagle rozchorowała się. Staś ściągnął lekarza z miasta nie pomógł. Nie ma leku na duszy ból.

Sąsiadki pomagały, choć mężczyzna trudno żeby sam babę pilnował.

Ale nie zdążyła pod koniec lata Zofia zmarła. Odeszła, nie mówiąc synowi, co się tej jesieni wydarzyło.

Został Staś sam jak palec. Dniem się jeszcze czymś zajmował, ale nocą ciemność w głowie pełzała. W końcu postanowił, że po czterdziestym dniu po matce urządzi stypę i wieczorem sam do niej dołączy…

***

No? wyniosły głos babki Agnieszki rozległ się w chacie. Po co przyszłaś? Za życia sumienia nie miałaś, to i po śmierci nie znajdziesz!

Oderwała się od roboty i spojrzała w ciemny kąt.

Wśród cienia stała zjawa, czarna jak dym, zawodziła.

Nie chcę z tobą gadać powiedziała sucho Agnieszka. Narozrabiałaś, to sama ponieś konsekwencje!

Nie zobaczy… wyszeptała tleń.

Wiem bez ciebie, że nie zobaczy! Serce go boli od ciebie, nie ode mnie.

Nie dla siebie… wyszeptał cień.

Oczywiście nie! Za siebie to już czas przeminął! O duszy trzeba myśleć za życia. Dobra, pokaż.

Po tych słowach cień spłynął na Agnieszkę.

Mignęły przed jej oczami obrazy. Staś stał nad bagnem, bez życia w oczach, a za nim diabełki tańczyły, czekały…

***

Marianna powiedziała Akulina dobrze by było nazrywać żurawiny! Matce zaniosę, przygotuje dla dzieci na zimę zdrowy napój.

Pójdę ja odpowiedziałam. Dla dzieci koniecznie nazbieram, uśmiechnęłam się do bawiącego na podłodze Wojtusia. Z samego rana ruszę, byście mi popilnowali synka.

A i cóż nie popilnuję, odpowiedziała, przytulając chłopca z takim siłaczem zabawa czysta radość. Dzieci mnie Pan Bóg nie dał, choć ty mi się pociechą stałaś. Opatrzność nam zesłała spotkanie.

Matka Boska pomogła! Gdyby nie spotkanie przy studni, już by mnie nie było. Stałaś się mi jak rodzona matka, ciotko Akulino. Dziękować ci będę do końca życia.

***

Czterdziesty dzień, wszystko zgodnie ze zwyczajem, kutia i racuchy, na cmentarzu byli. Po stypie ludzie rozchodzili się do domów. Gdy już ostatnia sąsiadka rzuciła długie spojrzenie na Stasia, który siedział pochylony na ławce, odczekał chwilę, wstał i poszedł do lasu. Szło mi się jak we śnie. Całe życie migało przed oczami. Ukochana Marianna, maleńki Wojtuś, narzekająca matka, przedwcześnie zmarły ojciec. I szczęścia było jak na lekarstwo. Za młodo sam poszedł w gospodarstwo, żony nie uchronił.

Czernina leży na duszy, nie da się wytrzymać, im szybciej skończę, tym lepiej, myślał, idąc na bagno, w sam środek lasu.

Ziemia zaraz była mokra pod nogami, wchodził głębiej. Stał, głowę pochylił. Bagno go wciągało, zimne, coraz mocniej.

Nagle usłyszał śpiew dziewczęcy, znajomy. Wśród drzew zamajaczyła biała postać, głos coraz bliżej.

Marianna szepnął idę do ciebie, ukochana.

Głos ucichł. Wizja zamarła.

Staś?! usłyszał z drugiej strony bagna głos i zobaczył Mariannę. Stała i patrzyła jakby nie wierzyła. Staś po pas zapadnięty w bagnie.

On nie mógł wydobyć z siebie słowa.

Majaczy mi się wyszeptał. Za życia nie mogłem cię zatrzymać, to i po śmierci przyszłaś po mnie.

Uśmiechnął się, myśląc, że to duch.

Marianna oprzytomniała.

Co ty, Stasiu, jaka śmierć, żywa jestem!

Zamarł. “Żywa jestem,” powtórzył i nagle zrozumiał, że to naprawdę ona, krzyknął i zaczął wyłazić z bagna. Ale bagno go trzymało.

Dopiero z pomocą Marianny, z krwawiącymi rękami, jakoś się wydostał z objęć moczarów.

Rzucił się do niej, ucałował zabłocone oblicze, łzy ciekły ciurkiem…

***

Jak się dowiedział, że i ukochana żyje i Wojtuś zdrowy, nie mógł opanować radości.

Wpadł do chaty, porwał syna, głośno płakał, Akulina ledwie go ziołami uspokoiła.

Dużo sobie opowiadaliśmy: i złego, i dobrego. Stanisław cały czas trzymał moją dłoń w swojej.

Potem przyszła kolej na mnie opowiedziałam, jak czarna rozpacz zamarzała mi duszę, odbierała chęć do życia.

Ale złe szybko znika, gdy się żyje w miłości i trosce.

A żeby już nie wracać do przeszłości, Stanisław postanowił na zawsze opuścić rodzinny dom. Gospodarstwo przeniósł do wsi, która dla mnie stała się nową ojczyzną.

Zostaliśmy na gospodarce u Akuliny, obcej z krwi, swojejszej niż rodzona matka.

***

Grób zarósł trawą, ślad po starej teściowej zaginął. I nie wiadomo, czy niespokojna dusza spoczęła, czy też dalej błąka się, sama swoją krzywdę pomnażając. Ileż nieszczęścia przyniosła, własne losy przekreślając…

Rate article
Fajna Tajna
Kobiece losy. Marysia Zmarła babcia Aniela, a Marysi już całkiem ciężko było na sercu. Teściowa uwa…