Ulicą dziś było głośno, jak zawsze wiosną, kiedy mieszkańcy w końcu poczuli ciepło pierwszych promieni słońca. Szare, nieprzyjemne zaspy śniegu zelektryzowały się pod strumieniami wody z wózków zmywających, a potem spływały wesoło jak srebrne nici w dół, ku zaułkowi i dalej wzdłuż ulicy Zamoyskiego, aż do małego kościółka. Tam dzisiaj też panował ruch. Z mikrobusu wyskoczyła grupa ludzi kobiety w sukniach i chustkach w odcieniach błękitu, zieleni i bieli, które przy twarzy wyglądały niepozornie. Mężczyźni w eleganckich garniturach, przy szalikach i wypolerowanych butach, przeszli obok.
Z mniejszego auta wyszła kobieta, skupiona i ostrożna.
Aniu! Co ty robisz sama, Aniu! Poczekaj, podam ci rękę! pobiegł do niej jej mąż, omijając samochód.
Nie krzycz, Stasiu. Piotrek już zasnął. Lepiej nie hałasuj. Boję się, Stasiek szeptała Katarzyna. Nigdy nie kąpała noworodka! Po raz pierwszy została matką i bała się, że mały Piotrek się przestraszy i zacznie wyć, jak tydzień temu, kiedy kąpaliśmy go w wanience. Tam tak się poruszył, że lekarz przybył w pośpiechu. Na miejsce przybyła spokojna, choć znużona pediatr, Maria Wiktoria, stała w korytarzu, po chwili weszła do pokoju, gdzie młoda matka trzymała na rękach kręcące się dziecko.
Połóż, rzekła Maria.
Co? Nie słyszę, co? zamieszała się Katarzyna, przewracając oczy.
Dziecko połóż, co ty go potrząsasz jak grzechotkę? Czyżbyś pomyliła wszystkie kości w głowie? odparła lekarka w oczy Katarzyny.
Boże! podniosła brwi, przerażona, patrząc na męża.
Mąż uśmiechnął się pod nosem.
Ta Katarzyna wciąż była dzieckiem, a już urodziła syna, pierworodka, dziedzica. Jak go wychować, nikt nie wiedział ani ona, ani on.
No, położ go w końcu! wykrzyknęła położna. Tacy jesteśmy silni! szepnęła. A jak wygląda po taty!
Stasiek wyprostował się dumnie. To był już inny temat! Jego teściowa już narzekała: Katarzynowe dziedzictwo, Katarzynowiec, Rodzina Romanowów!.
Stasiek zauważył, że ich syn ma małe nosy! Uszy trochę wydzielone, ale to chwilowe.
Mały łobuz, pewnie pełen myśli! dodała Maria. Tato, po co tak stoisz? Zakryj okno, bo się przeziębimy!
Stasiek zerwał się, by zamknąć okno.
Panie doktorze, co z nim? Nigdy nie był taki niespokojny, a teraz ledwo łamiąc łzy, wyszeptała Katarzyna.
A co ci mężczyzna powinien? Gdybyś urodziła córeczkę, byłoby inaczej! A tu chłopiec, i to taki łobuz! żartowała, jednocześnie szybkim ruchem przyglądając się dziecku, rozkładając nogi i ręce, które drżały od skurczów.
Kolki podsumowała w końcu Maria. Dam wam receptę, nie kręćcie się tak, mamo! To się da naprawić. Maluch jest silny. Ale daj mu smoczek! dodała żartobliwie.
Jesteśmy zdecydowanie przeciw smoczkom! wtrącił Stasiek. To zupełnie niepotrzebne.
Przeciw? spytała obojętnie Maria. Katarzyna No, oddajcie dziecko ojcu i idźcie do kuchni. Zapakujcie, będzie lepiej.
Katarzyna niechętnie pokręciła głową, po chwili zrozumiawszy, że jest wyczerpana, podała Piotrka mężowi.
No to, kochanie, chodźmy się napić herbaty. rzuciła śmiejąc się Maria. Bo przecież dzieci
Zabrała Katarzynę pod pachę i odsunęła się.
Stasiek, przytulając syna, stał przy oknie, próbując uspokoić płaczące dziecko.
W kuchni było ciemno, chłodno i pachniało kawą.
Mamy czajnik, cukier, zaparzmy herbatę, coś jeszcze do podgryzienia rozglądała się Maria.
Katarzyna położyła dwa kubki na stole. Nie wiedziała, że położne w pośpiechu często tak robią.
Co takie? zapytała Maria.
Młoda matka westchnęła. Zaczęła rozmyślać na głos, a to już były pierwsze sygnały.
No Nie czuję się pewnie, nie wiem, co robić wzruszyła ramionami. Bycie lekarzem to nie wszystko, bo trzeba i serce mieć.
Maria przytaknęła. Gdyby Katarzyna wiedziała, jaką była Maria na początku, nawet przy wykształceniu
Co cię uczyć? Książki, internet, wszystko, co potrzebne. Problemy są podobne u wszystkich. Widzisz, że jesteś dobrą matką: termometr w wodzie, czysty fartuch, zadbane maleństwo. Pij herbatę, póki masz czas! podała położna kubek z gorącą herbatą. Nie bój się, Piotrek po prostu się przestraszył. Możesz go też przytulić.
Nie, nie! pisnęła Katarzyna i zaraz zapłakała.
Co się stało? przestraszyła się Maria.
Jestem zmęczona. Chcę spać. Piotrek dużo je, nie lubi mokrych pieluszek, a mnie już nic nie trzyma łkała Katarzyna, krzywiąc usta jak dziecko. Dni, miesiące, lata, a nawet imię chyba już nie pamiętam. Wszystko jest mgłą. Nie dam rady, rozumiesz? Muszę zaliczyć sesję, uczę się ze Stasikiem, mam jeszcze trzy egzaminy, a nie mogę Już nic nie chce
Maria zamyśliła się, kaszląc lekko.
Gdzie pomoc? Rodzina? zapytała, stukając palcem w ekran tabletu, który szumiał i mrugał, przyjmując dane.
Są, ale teściowie daleko, nie przyjadą. My też nie mamy siły ruszać się do nich. Moja rodzina była przeciw naszemu małżeństwu, przeciw Piotrkowi No, w końcu wnuk im się spodobał, ale mama powiedziała, że to za wcześnie, że najpierw powinniśmy skończyć studia, a potem Pobiliśmy się, i mama już nie pomaga. To ja winna wszystkiego, prawda?
Katarzyna popijała herbatę, zamykając oczy.
Winna? Bo zostałaś matką? Bo niebo zesłało ci tego małego łobuza? Tak, winna, że jesteś szczęśliwa o kilka kilogramów. Nie, pięćsiedem kilogramów, co?
Cztery i trochę, uśmiechnęła się Katarzyna. Piotrek waży cztery kilogramy sześćset gramów.
No właśnie! podkreśliła Maria, mrugając. Musisz go najpierw nakarmić. Słyszałaś? Twoi mężczyźni ucichli. Może nie potrzebujesz smoczka Pożyj i idź spać. Syn już tak się wyczerpał, że będzie spał długo. A ty też potrzebujesz. Ja idę. Oto lista rzeczy, które musisz zrobić, masaż położyła kartkę przed Katarzyną. Najważniejsze, nie panikuj. Wszystko się ułoży, maluchu będzie dobrze!
Maria pogłaskała Katarzynę po chudym ramieniu i odeszła.
Katarzyna połykała kotlet, popijała go herbatą z jabłkową konfiturą Stasiek kupił taką w małej księgarni i zaraz położyła się na kanapie w kuchni. Chciała się okryć kocem, ale nie miała siły sięgnąć po poduszkę. Zasnęła tak
Wydawało się, że to było wczoraj.
Teraz Katarzyna w kremowej sukni i niskich szpilkach stoi przed kościołem, trzymając Piotrka na rękach. Dziś chłopiec ma być ochrzczony, a ona drży ze strachu.
Katarzyno, czas! Daj go tutaj. O mój słodki chłopczyku! mamrocze Stasiek, przytulając syna i ruszając w stronę gości.
Wkrótce wejdą do kapliczki, nastąpi sakrament, Piotrek zapłacze kilka razy, przekrzyknie się, a potem otworzy niebieskie oczka i spojrzy w niebo, gdzie namalowane są święci, i zamarzy. Goście uśmiechną się, matka chrzestna przyjaciółka Katarzyny, jeszcze młoda skinie głową.
Piotrek mały orzech! szepcze do Katarzyny. Brawo, kochani!
Maria Wiktoria weszła przez żelazne wrota kościelnego podwórza i podniosła ręce w geście modlitwy.
Ona, w przeciwieństwie do mężczyzny w czapce i kapturze, który z niechęcią zdjął czapkę, wiedziała, że czasem tylko Bóg lub jakaś wyższa siła może pomóc.
Proszę panie, zdejmij czapkę, to miejsce wymaga szacunku! zwróciła się do niego Maria.
Mężczyzna niechętnie zsunął czapkę, odsłaniając łysinę, i poplotkował.
Dziękuję, proszę mruknął, spoglądając na chrzczonych.
Dobre chrzty, piękna para, a dziecko wspaniałe! przytaknęła położna, nie podchodząc bliżej.
Chrzty to chrzty. Dziecko tylko płacze! zakpił mężczyzna.
Nie rozumiesz, młody panie odrzuciła Maria.
Mamy go ochrzcić, czuję, że wtedy wszystko się ułoży, a nasz Szymon wyzdrowieje! krzyczała, wyczerpana.
Maria i jej mąż mieli syna Szymona, wielką radość. Młodzi, silni, Maria pediatra, piękna, pełna energii. Wszystko miało iść gładko.
Michał, przyjaciel rodziny, pił z przyjaciółmi za zdrowie chłopca, wyobrażał sobie wędkowanie, jazdę konną i wspólne wypady z Szymonem.
W pewnym momencie zadzwonił telefon z oddziału szpitalnego.
To krytyczna sytuacja, mało szans. usłyszał Michał, patrząc na uśmiechniętych gości.
Co? Nie rozumiem! szepnął przy barze, patrząc na przyjaciół.
Nie mógł pojąć, jak to możliwe, że dziecko pediatry zachorowało tak poważnie, że może umrzeć przed pierwszym miesiącem życia. Wszyscy w szpitalu, lekarze, igły, łzy Marii i gniew Michała.
Powiedz mi, Igorze, co się stało! Kto jest winny? puknął Michał w biurko, aż szklanki w szpitalnym korytarzu zadzwoniły.
Michał, nie ma sensu. Zajmij się innymi sprawami. Oni wyzdrowieją, wypiszemy Marię i Szymona, a ty zatroskasz się o jedzenie i mleko odparł Igor, patrząc na zegarek.
Zawsze nie pracujesz! Nie wierzę, że jesteś trzeźwy! ryknął Michał. A ludzie jedzą świnie! Mój wskazał w stronę pokoju, w którym leżał Szymon. Niech umrą, jeśli zostanie choć włos!
Igor wyrzucił drzwi, które się rozpadły na deski.
Od tej chwili Igor nie przychodził już na spotkania, nie jeździł na Wyspę Srebrną, obrażał się na przyjaciół.
Maria i syn zostali wypisani. Michał podjechał taksówką, wprowadził ich do mieszkania, które było sterylne jak sala operacyjna.
Michał Kocham cię! Kocham cię i Szymona! płakała Maria, całując męża.
Dziecko zapłakało, karmiło się, kąpało, zasypiało. Wydawało się, że to już koniec.
Po tygodniu jednak znowu gorączka i wysypka.
Słaby odporność. Trzeba do szpitala orzekła przybyła lekarka. Maria Wiktorio, wiesz, że wszystko może się zdarzyć. Nie płacz, dziewczyno, nie jesteśmy w stanie wszystkiego naprawić!
Dobrze, za dziesięć minut będziemy gotowi odpowiedziała spokojnie. Michał, pomóż mi Szymona podnieść.
Maria nie mogła zrobić wszystkiego sama, ręka jej drżała. Wtedy podeszła sanitariuszka Weronika, pracująca w szpitalu.
Budynek z czerwonej cegły, ponury, wielki, z dużymi oknami, wciąż ciemny w środku, wydawał się przytłaczający. Weronika opowiadała, że jej matka rodziła co roku, aż wyczerpała się, a ona sama wychowywała wszystkie rodzeństwa. Zawsze wierzyła, że każdy z nich dorasta i nie zginie.
Dziś jest ciepło! Kaczki przyleciały. Szymon się ucieszy! radośnie głaskała Weronika.
Myślę, że zostanie kibicem piłkarskim dodała, a potem odszedła przy niosąc swój metalowy wiadro.
Maria zasnęła z wizją dorosłego Szymona, silnego, ćwiczącego gimnastykę, siedzącego na trybunach i krzyczącego tak głośno, że bramkarz słyszał go na boisku.
Po przebudzeniu powiedziała mężowi: Już nie boję się. On przytulił ją mocno i pocałował.
Co ty robisz, Maria Wiktorio? Jesteś lekarzem, a pozwalasz na to! krzyczała starsza pielęgniarka, ale para nie przywiązywała wagi.
Weronika przekonała Marię, że Szymona trzeba ochrzcić.
To nie trudne, ale zapewni mu anioła przy duszyW końcu, pośród szelestów liści i cichego dźwięku dzwonków, rodzina spojrzała na malutkiego Szymona, wypuszczając w niebo modlitwę o zdrowie i spokój, i razem ruszyli ku nowemu, pełnemu nadziei życiu.



