Pracowałam w tej samej firmie przez siedem lat. Zaczynałam jako asystentka, a awansowałam na koordynatorkę działu administracji

Pracowałam w tej samej firmie przez siedem lat.
Zaczynałam jako asystentka, a potem awansowałam na koordynatorkę działu administracyjnego.
Moja najbliższa przyjaciółka, Zuzanna Rzeszowska, dołączyła dwa lata później na moje polecenie.
To ja ją wszystkiego nauczyłam oprowadzałam po biurze, tłumaczyłam zasady działania, dawałam kontakty i nawet na początku tuszowałam jej pomyłki przed przełożonymi, żeby nie straciła pracy.
Razem chodziłyśmy na obiady, w piątki wychodziłyśmy do pubu przy ulicy Piotrkowskiej, a Zuzannie ufałam jak nikomu innemu.
Sześć miesięcy temu ogłoszono, że otwiera się stanowisko kierownicze.
Szef powiedział, że należę do grona poważnych kandydatów.
Zaczęłam przychodzić do pracy o świcie, wychodziłam, kiedy księżyc już wisiał nad Warszawą, brałam na siebie dodatkowe obowiązki.
Zuza powtarzała na okrągło: To twoje miejsce, zasługujesz na to. Powierzałam jej wszystkie moje plany, mówiłam nawet o strategiach na rozmowę kwalifikacyjną.
W dzień rozmowy kwalifikacyjnej ona też się pojawiła.
Nie powiedziała mi wcześniej ani słowa.
Zobaczyłam ją czekającą pod drzwiami gabinetu prezesa, popatrzyła na mnie i powiedziała tylko: Postanowiłam spróbować. Próbowałam nie mieć złych myśli.
Tydzień później ogłoszono wynik to Zuza została wybrana na nową kierowniczkę.
Siedziałam wtedy przy biurku, patrząc na pulsujące światło monitora, czując, jakbym znalazła się pod tonącym lodem.
Potem zaczęły dziać się dziwne rzeczy, tak jak we śnie, w którym znane miejsca zaczynają się rozpływać.
Jako szefowa, Zuzanna zmieniała procesy, których byłam autorką.
Zabrała mi kluczowe zadania, nakładała absurdalne raporty, które nikogo nie obchodziły.
Kiedyś koleżanka z sąsiedniego pokoju szepnęła mi przez okno: Zuza mówi wszystkim, że nie masz cech przywódczych, a pomysły, które prezentuje jako swoje, są twoje.
Pewnego popołudnia poszłyśmy do baru mlecznego na rogu.
Zapytałam ją wprost: Dlaczego mówisz o mnie takie rzeczy? Spojrzała na mnie szklanym wzrokiem i odpowiedziała: To tylko praca, nie przyjaźń.
Musiałam zabezpieczyć swoje stanowisko. Przypomniałam jej to wszystko, co dla niej zrobiłam.
Ona wzruszyła ramionami: To był twój wybór.
Nie prosiłam cię.
Od tego czasu atmosfera jest jak mgła nad Wisłą gęsta i niewidzialna, dusząca w płucach.
Rozmawia ze mną zimno, poprawia publicznie przy innych, zleca mi całkiem absurdalne zadania, jak liczenie spinaczy czy tworzenie raportów o raporcie.
Wracam do domu wieczorami, szlochając w autobusie za 4 złote, z trudem łapię oddech, mam ochotę po prostu zniknąć, wszystko rzucić.
Ale czuję też gniew, że może odejdę bez słowa.
Teraz stoję na rozstaju: czy trwać w milczeniu, by nie zostać bez pracy, czy odejść i spróbować zacząć od nowa, z czystą kartą i nowym snem?
Na waszym miejscu zostalibyście, czy porzucilibyście to wszystko jak stary zimowy płaszcz?

Rate article
Fajna Tajna
Pracowałam w tej samej firmie przez siedem lat. Zaczynałam jako asystentka, a awansowałam na koordynatorkę działu administracji