Nie chcę
Wszystko już na mojej głowie! Ile jeszcze można? oburzała się Lidia.
Jej mąż, jak zwykle, nie odpowiedział nic, pogrążając się w ciszy, jakby chował głowę w piasek, licząc, że kłopoty same się rozwiążą. Zwykle się nie rozwiązywały to Lidia wszystko ogarniała. Pracowała zdalnie z mieszkania, przy komputerze. Miała elastyczny grafik. Na początku zarabiała niewiele, ale potem zdobyła nowe umiejętności, przez co jej zarobki znacznie wzrosły zarabiała dużo więcej od męża. Z jej wypłat szły spłaty kredytu za samochód, opłaty za wakacje, sprzęt AGD, ubrania. Potem przyszedł urlop macierzyński. Lidia, niemal nie zwalniając tempa, donosiła i urodziła dziecko. Bywało ciężko, ale bała się stracić dobre dochody.
Mały poszedł do żłobka. Było lżej, więc Lidia z zapałem rzuciła się w wir pracy. Teraz trzeba było też płacić za ten żłobek, ale Lidia wybrała najlepszą opcję, chciała dla syna tego, co najlepsze. Mąż, jak zwykle, pozwalał jej decydować za siebie i za niego.
Na co dzień mieszkali w osobnym mieszkaniu, które Lidia dostała jeszcze po babci. Jej mąż, Marek, własnego mieszkania nie miał. Przed ślubem pomieszkiwał z mamą i bratanicą córką swojej starszej siostry. Siostra zmarła trzy lata wcześniej, jakoś tak wyszło. To dobiło mamę Marka, panią Stanisławę. Jej zdrowie się pogorszyło, ciśnienie szalało.
Kiedy Marek się ożenił z Lidią i wyprowadził, bratanica już studiowała i w zasadzie miała własne życie. Spotykała się z koleżankami, jeździła na wycieczki, randkowała, nie odmawiała sobie niczego i rzadko bywała w domu.
Z problemami Stanisława zwracała się do rodziny syna. A właściwie do Lidii. Bo od reszty nie było pożytku. Bratanicy, Weronice, jednak stale dogadzała spełniała jej wszystkie zachcianki. Bo to sierota, urodzona poza małżeństwem. Tamten temat był u nich tabu teściowa nie lubiła do niego wracać. I nic w tym dziwnego, bo co tu wspominać?
I tak toczyło się ich życie. Wszystko było w miarę, dopóki Stanisława nie wylądowała w szpitalu po silnym skoku ciśnienia. Skutki były poważne stała się osobą leżącą. W szpitalu ją podratowali przez trzy tygodnie, ale prognozy nie były optymistyczne.
Marek jak zawsze zostawił sprawę żonie.
Kobiety jakoś lepiej się na tym znają rozłożył ręce.
Na czym? zdumiała się Lidia.
No opieka nad chorymi, rehabilitacja mruknął i podrapał się po głowie.
Jestem projektantką, a nie pielęgniarką, wiem tyle co ty westchnęła Lidia. Dobra, pojadę, pogadam z lekarzem.
Teściowa Lidii nie kochała. Żyły w stanie cichego zawieszenia broni. Na początku się sprzeczały, nawet mocno, ale potem uznały, że lepiej nie zaogniać sytuacji, skoro nie mieszkają razem. Obie miały swoje racje, ale nie wypowiadały ich na głos. Lidia znosiła teściową z grzeczności i szacunku, teściowa ją bo była świetną żoną dla Marka, a takich jak ona, to ze świecą szukać. Poza tym wiedziała, że Marek jako żywiciel rodziny, delikatnie mówiąc, nie przoduje. Cały dochód pochodził od synowej.
Wnuka widziała rzadko. To podnosiło jej się ciśnienie, to bolała głowa, zazwyczaj wtedy, kiedy miała na chwilę zostać z malcem. Lidia nie liczyła więc na pomoc teściowej.
Teraz jednak wszyscy liczyli na Lidię. To ona odebrała Stanisławę ze szpitala (bo przecież pracuje z domu i może się urwać, a Marka z pracy nie puszczą tak o) i zawiozła ją do domu. Postanowiono, że rodzina Marka na pewien czas zamieszka u Stanisławy, by pomagać.
I tak się zaczęło Lidia schudła przez trzy tygodnie tak, że stała się cieniutka jak wieszak. Jakoś doginała w pracy, a do tego opiekowała się teściową. Gotowała rosoły, przecierała warzywa, karmiła ją łyżką, myła, obracała.
Weronika, ukochana wnuczka, z marsową miną wślizgiwała się do pokoju i przesiadywała tam aż do nocy, byleby nie zaangażować jej do pomocy. Rano: uczelnia, potem wyjście na miasto. Babcia to babcia a ona swoje życie ma.
Marek też pomagał umiarkowanie. Lidia próbowała apelować do jego sumienia:
To twoja mama! Pomóż chociaż trochę, sama nie daję rady!
Ja nie mogę To kobiece sprawy mamrotał Marek. Byłem w sklepie, kupiłem jedzenie. Co jeszcze?
Te kobiece sprawy były rzeczywiście poważne. Stanisława nie wracała do zdrowia, narzekała, była rozdrażniona. Grymasiła i często wypowiadała się o Lidii w sposób, którego, zdaniem Lidii, przed chorobą by się nie dopuściła. Usłyszała nowe rzeczy o sobie. Okazało się, że (wedle teściowej) Lidii niesamowicie się poszczęściło z wykształceniem i pracą. Siedzi sobie w domu przy komputerze, popija herbatkę, a na konto wpływają niemałe pieniądze. A Mareczek biedny chłopak, nie miał szczęścia. Nie trafił na dobrych nauczycieli w szkole, potem nie dostał się na studia, po prostu miał pecha.
Stanisława zaciągnęła pasa i wzięła kredyt, by sfinansować synowi naukę. Marek kiepsko się przykładał, ledwie przebrnął, kilka razy prawie wyrzucono go z uczelni. Choć chodził na płatne studia, nadal obowiązywała frekwencja. Ile to Stanisława się nawściekała, zanim w końcu chłopiec dostał dyplom. A wszystko dlatego, że w szkole były złe nauczycielki tak teściowa tłumaczyła. Potem jeszcze śmierć córki: rozrywała się, by utrzymać rodzinę. I bratanica musiała skończyć szkołę, planować przyszłość. Na szczęście Weronika sama zdała na studia, na budżet; teściowa była z niej dumna i to był jej koronny argument w kwestii złych i dobrych pedagogów. Uczyła się w najlepszym liceum, jeszcze za czasów, gdy to córka za wszystko płaciła.
Lidia po raz setny słuchała o tym wszystkim i czuła, że dalej nie może. Wszyscy byli świetni. Wszyscy tylko nie ona. Przecież jej tylko się poszczęściło.
No, rzeczywiście szczególne szczęście, zwłaszcza do męża, myślała gorzko Lidia. Co ja w nim widziałam? Gdzie miałam wtedy oczy?. Coraz częściej o tym rozmyślała. W końcu zaproponowała Markowi zatrudnienie opiekunki dla matki i powrót do własnego mieszkania.
Opiekunkę?! zdziwił się Marek No to kosztuje… Ja tego nie udźwignę… Patrz, jak chcesz, ale jeśli zamierzasz zatrudniać, sama płać.
Między nimi od dawna panował podział wydatków: Marek płacił rachunki i kupował produkty pierwszej potrzeby, Lidia resztę. Nic dziwnego, że opiekunkę miała wynajmować za własne pieniądze. To przecież logiczne, wściekała się kobieta. Ale JAK to powiedział? Co ja, wszystkim wszystko mam załatwiać? Już przesadzacie. Chcę jeszcze żyć. Teraz przypominam własny cień. I nikogo to nie obchodzi
W pewnym momencie zrozumiała, że nie daje rady. Ani nie może, ani nie chce. Pewnego dnia powiedziała teściowej, że idzie po zakupy, spakowała rzeczy, zabrała syna z przedszkola i wróciła do swojego mieszkania.
Jak cudownie myślała Lidia, leżąc na ogromnym łóżku i wpatrując się w sufit Jestem w domu! Nic nie chcę. Tylko leżeć. Jak jestem zmęczona
Zawołała synka, Antka, na kolację. Jedli, a Lidia rozmyślała, że tam, w domu Stanisławy, pewnie już się zorientowali, że jej nie ma. Nie zostawiła teściowej samej sobie nakarmiła ją, przebrała, a za godzinę czy półtorej miał wrócić Marek. Napisała mu kartkę: Nie mogę i nie chcę tak dłużej. Odchodzę. Pani Stanisławie życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Niech się na mnie nie gniewa.
Telefon wyłączyła.
Marek pojawił się tego samego wieczora. Lidia nie wpuściła go nawet za próg, rozmawiali przez drzwi. Rozmowa była krótka. Marka nie ciekawiło, co czuje Lidia, dlaczego odeszła. Nie mówił o miłości do niej czy dziecka. Martwił się tylko, co teraz zrobi bez niej.
Radzę ci jednak wynająć opiekunkę. Zawodowa opieka jest najlepsza powiedziała Lidia zamyślona. A tak w ogóle, składam pozew o rozwód. Nie chcę już być wozem pociągowym dla wszystkich. Cześć.
Mąż odszedł z niczym. Telefon Lidia potem włączyła, bo mogli zadzwonić z pracy.
Dzwoniła Stanisława. Prosiła, by wróciła, nie zostawiała jej i Marka. Przepraszała za swoje słowa, za niewdzięczność. Ale w głosie pobrzmiewała gorycz i przekonanie, że pozałatwiać trzeba szybko, a potem wrócić do swoich obowiązków.
Lidia spokojnie stwierdziła, że nic już nikomu nie zawdzięcza. Stanisława ma syna. Ma też Weronikę. To oni powinni najżywiej angażować się w jej życie, bo tak wiele jej zawdzięczają. Teściowa rozłączyła się.
Rozwód doszedł do skutku.
Tak oto nagle Lidia stała się wolna. I, co ciekawe, nic się nie zmieniło. Wszystko robiła sama tylko było mniej obowiązków. Była wdzięczna losowi, że otworzył jej oczy na to, jak traktują ją najbliżsi.
A Stanisława zaczęła zdrowieć. Ogromna w tym zasługa świetnej opiekunki, która nie tylko dbała o nią fachowo, ale prowadziła też ćwiczenia rehabilitacyjne. Marek złapał pracę dodatkową (to tak można było! zaśmiała się gorzko Lidia, kiedy dowiedziała się przypadkiem od Weroniki) i znalazł środki na wynajęcie opiekunki. Zanim się znalazła, to Weronika pomagała babci, okazała się zaradna. Po wszystkim wszystko się ułożyło.
Widzisz, wszystkim wyszło to na dobre myślała Lidia, realizując kolejne zlecenie przy komputerze że zrzuciłam ich ze swoich barków. I mi na dobre: na przyszłość będę mądrzejsza.



