SAMOTNOŚĆ WE DWOJE
Trzydzieści osiem lat temu zaprosiłam do domu przyszłego męża, Andrzeja, by poznał moich rodziców. Chciałam im powiedzieć, że planujemy się pobrać.
Mama z tatą od razu wszystko zrozumieli, gdy zobaczyli obcego chłopaka na progu. Nigdy wcześniej nikogo im nie przedstawiałam. Zawsze powtarzałam:
Po co? Jak będę wychodzić za mąż, to wtedy poznacie mówiłam.
Nic więc dziwnego, że przyglądali się Andrzejowi bardzo uważnie, a on z widocznym zakłopotaniem siedział przy stole. Wyszłam na chwilę do kuchni, ojciec wyszedł za mną.
Popełniasz błąd. Nie powinnaś za niego wychodzić.
Dlaczego? oburzyłam się bo jest traktorzystą?
Nie tylko o to chodzi, choć to też ma znaczenie. Widzisz, może i dobry z niego człowiek, ale jesteście skrajnie różni. O czym będziecie rozmawiać? Urodziłaś się w rodzinie oficerskiej, masz wykształcenie wyższe. A on? Chłopak ze wsi, pracowity, ale prosty. Widać od razu. Jeśli z nim zostaniesz, zawsze między wami będzie jedno słowo: “intelekt”.
Daj spokój, tato. To przesądy. Najważniejsze, że mnie kocha. A nauka? Przecież zawsze można się uczyć, pomogę mu odbiłam, przekonana o swojej racji.
Rób jak wolisz. Tylko pamiętaj: “Kto rodziców nie słucha, ten w życiu błądzi”. Później nie mów, że nie ostrzegałem…
Wesele się odbyło. Skończył się czas romantycznych uniesień, zaczęła zwykła codzienność.
Po długich namowach Andrzej podjął zaocznie szkołę pomaturalną, ale nigdy się do nauki nie zabrał. Pisałam za niego prace, uczyłam się rzeczy, które były dla mnie całkiem obce. On pojechał na dwie sesje i rzucił szkołę, mówiąc:
Po co mi to? Tobie trzeba, to się ucz.
Próbowałam go przekonać, ale bez skutku. On uważał, że wszystko już wie. Szkoda mu było czasu na te głupoty.
Trudno, jak chcesz poddałam się w końcu, machnęłam ręką na jego naukę. Pomyślałam, że przecież nie jest głupi, nawet przeczytał wszystkie książki z mojej biblioteki, interesuje się polityką. W pracy go cenią. Prawda, czasem czuć od niego wsią, ale przecież takiego pokochałam.
Z upływem lat nasze relacje z Andrzejem stawały się coraz trudniejsze. Nie liczył się z moim zdaniem, ciągle próbował mi udowodnić, kto tu rządzi. Publicznie komentował sprawy, o których ja bym nawet nie wspomniała. Robił to tak pewnie, że aż mi się robiło wstyd.
Okazało się, że nie potrafi podjąć żadnej poważniejszej decyzji. Wszystkie domowe problemy spadały na mnie, a on uważał to za normalne:
Chcesz remont rób!
Potrzebny nowy lodówka? To kup!
Balkon zabudować? To twoja sprawa, jak chcesz, to zamawiaj!
Jedynie działka była jego żywiołem. Tam kochał pracować i świetnie się czuł. I to by było na tyle.
Niektórzy powiedzą: To mało? Pewnie, że nie jest mało. Ale działka to tylko kilka miesięcy w roku. Resztę czasu byłam jednocześnie żoną i mężem.
Jak byłam młoda, nie zwracałam na to uwagi. Później zaczął mnie przygniatać ten ciężar. Andrzej, przyzwyczajony do życia za żoną, nie zamierzał się zmieniać. Po co? Przecież mu dobrze. Przez całe życie nie przyniósł mi tulipana na Dzień Kobiet. Jeśli chodzi o prezenty, to raz powiedział zupełnie poważnie:
Już ci dałem największe prezenty. Dwa razy. To o naszych córkach.
Nie kłóciłam się z nim, nic nie udowadniałam. Przyjęłam to, próbując go tłumaczyć: Nie miał w zwyczaju dawać prezentów, tak go wychowano. Przetrwam.
Od początku był trudny w kontaktach. Nie potrafił i nie chciał rozmawiać z ludźmi. Pamiętam, że na początku znajomi pytali, czy Andrzej w ogóle mówi? Obracałam to w żart.
Jego drażniło, że tak łatwo nawiązuję znajomości. O wszystkich moich znajomych i rodzinie wyrażał się niechętnie. Sam przyjaciół się nie dorobił.
Poza tym nie tylko ogarniałam dom, ale też dobrze zarabiałam. Nigdy nie wieszałam się na jego pensji. Nawet w czasach kryzysu potrafiłam dorobić. Wiedziałam, że on się raczej nie wysili. Mało ci to zarabiaj! On chodzi do pracy, no to powinnam być zadowolona.
W końcu stało się dla mnie jasne, że nie mam już z Andrzejem o czym rozmawiać. Na te same sprawy patrzymy zupełnie inaczej. Jeśli mnie zachwycał jakiś film, on musiał powiedzieć, że totalna bzdura. Filmy, które lubił on, ja nie dawałam rady oglądać dziesięciu minut. Na temat muzyki i książek nawet nie ma co zaczynać.
Różniły nas także charaktery: ja gotowa zawsze pomagać, on skrajny egoista, dbający tylko o siebie. W efekcie: inne jedzenie, żadne wspólne zainteresowania, uczucia wygasły, dzieci rozjechały się po Polsce. Za nami ponad trzydzieści lat wspólnego życia. Wspólnego ale każde osobno. Obcy pod jednym dachem.
Andrzej z kolei uważa, że to ja jestem bezczelna, nie szanuję go i nie doceniam. Nieważne, że wszystko dźwigam na swoich barkach powinnam, przecież to mój obowiązek.
Zamiast pomagać, potrafi wypić, a potem wykrzyczeć mi całą prawdę o moich rodzicach, o rodzinie, o mnie samej. Ocenia z własnej perspektywy każdy mój czyn i słowo. Obraża, upokarza. Robi to z satysfakcją. Jak jakiś pan, który stawia służbę do pionu.
Kiedy wytrzeźwieje, dziwi się, że ciężko mi z nim rozmawiać.
Przecież mówię prawdę!
Nie dociera do niego, że to tylko jego wersja prawdy. Na inną jest głuchy, nie rozumie i nawet nie próbuje zrozumieć.
Siedzi więc teraz u mnie Oliwia przy stole, łzy lecą jej po policzkach, a ona mówi:
Jak ja mam już dość Całe życie na beczce prochu. Nigdy nie wiem, co mu strzeli do głowy. Mam dość kompromisów, dostosowywania się, tego ciągłego znoszenia. I co zrobić? Rozwód? Po co? On i tak nigdzie nie odejdzie, tylko będzie mnie dręczył dalej. Co gorsza jest święcie przekonany, że ma rację. Po każdej jego prawdzie przez kilka tygodni choruję, zbieram się w sobie. Przecież rodzina, dzieci, już i wnuki. Nadal próbuję jakoś utrzymać normalne relacje, łagodzić spory. Wydaje się, że odbiera to jako swoją wygraną i zaczyna wszystko od nowa.
Mam dość tak, że wyć się chce Ale nie bardzo mam wyjście. Można odejść, tylko co dalej? On jak wypije, to kompletnie nie panuje nad sobą. Nie będzie mnie, to cała okoliczna banda spod sklepu sprowadzi się do naszego mieszkania, zniszczą wszystko Już wiem, jak to wygląda.
Więc zostaję Szkoda mi zostawiać swój dom.
Dopóki dzieci były w domu, różnice nie były aż tak dotkliwe, nie myślałam o tym tyle. Nie miałam czasu na rozmyślania.
A teraz, gdy zostaliśmy sami, jest nie do zniesienia. Dwoje obcych ludzi pod jednym dachem Choć przeżyliśmy razem trzydzieści osiem lat
Tak Tato miał rację Intelekt Zawsze stał między namiNocą długo patrzę w ciemny sufit. Słyszę jego równy, ciężki oddech, czasem chrapanie. Czuję się tutaj przezroczysta. Czas mija, mieszkanie się postarzało, ściany pamiętają tysiące naszych kłótni i milczeń bardziej niż radości. Dzieci dzwonią rzadko, ale zawsze pytają: Mamo, jak się trzymasz? Z uśmiechem mówię, że dobrze, że mam dużo zajęć, a one nie dopytują, bo przecież wiedzą. Gdzieś w środku już pogodziłam się z samotnością, z tą zimną pustką obok własnego ciała, z poczuciem, że nigdy nie byliśmy tak naprawdę razem.
Czasem zadaję sobie pytanie, gdzie popełniłam błąd: czy wtedy, przy kuchennym stole, kiedy zignorowałam przestrogę ojca, czy później, gdy przymykałam oczy na nieprzyjemności dnia codziennego. Ale już nie chcę szukać winnych, nie chcę się żalić. Mam w sobie tylko cichą zgodę. Nauczyłam się wyciągać radość z małych spraw kubkiem gorącej kawy wypitej o świcie, widokiem ślizgających się po niebie jaskółek, telefonem od córki, która mimo wszystko mówi kocham cię, mamo.
Przeżyłam wiele, przetrwałam niejedną burzę. Zawsze myślałam, że szczęście to wielkie rzeczy miłość, szacunek, spełnienie marzeń. Dziś szczęście to święty spokój, samotny wieczór z książką i świadomość, że nawet jeśli jestem my tylko na papierze, sama ze sobą nie czuję się już tak samotna.
Może to właśnie jest dorastanie pogodzenie się z tym, na co nie mamy już wpływu, i odnalezienie drogi do własnego serca. Bo życie we dwoje potrafi być najbardziej samotne na świecie, dopóki nie nauczymy się rozmawiać sami ze sobą i wybaczyć sobie, że czasem wybieraliśmy źle. Dziś wreszcie to potrafię. I choć czekam na lepszy dzień, wiem, że nawet jeśli on nie nadejdzie, ten wieczór należy do mnie. Tylko do mnie.



