Już w wieku czternastu lat zmagałam się z migrenami hemiplegicznymi – rzadkimi atakami, które potrafią unieruchomić połowę ciała.

Miałam czternaście lat, gdy zaczęłam zmagać się z migrenami połowicznymi to rzadkie napady, po których połowa ciała stawała się bezużyteczna.

Od tej pory, przez całe nastoletnie lata, co miesiąc przechodziłam przez to samo: lewa strona ciała odmawiała posłuszeństwa, mowa mi się plątała, wyglądałam jak po wylewie. Migreny pojawiały się regularnie, zawsze czułam, kiedy nadchodzą. Lekarze mówili wtedy, że jestem interesującym przypadkiem, bo poza podręcznikami medycyny niewielu o takiej migrenie słyszało. Przez dziesięć lat nauczyłam się żyć z bólem, aż wszystko się zmieniło przestały być przewidywalne i nie chciały odejść. Migreny przerodziły się w przewlekłe, nie do opanowania. Straciłam jasność umysłu, pracę, i po trochu siebie.

Mam na imię Jagoda Czarnecka, urodziłam się i wychowałam w Krakowie. Zanim choroba dała o sobie znać, byłam młodszą koordynatorką projektów w rozkręcającej się pracowni architektonicznej. Kochałam swoją pracę, napięcie terminów i to poczucie sensu, które dawała mi codzienność zawodowa. Ale kiedy ból stał się codziennością, czy to jako zgniatające wiercenie za okiem, czy fala neurologicznych objawów odbierająca mi władzę nad ręką, moje normalne życie rozsypało się na kawałki. Przez niemal trzy lata lekarze podejmowali wszelkie próby leczenia. Łykałam dziesiątki leków o nazwach, których nie dało się wymówić. Zastrzyki z botoksu w skórę głowy i szczękę, blokady nerwów bolesne zabiegi przynoszące może tydzień ulgi, po czym wszystko wracało.

Nic nie pomagało.

Były dni, kiedy nie potrafiłam unieść głowy z poduszki. Kiedy mój mąż, Kacper, musiał pomagać mi wejść pod prysznic, bo słabość lewej strony sprawiała, że bałam się przewrócić. Najpierw straciłam pracę, potem samodzielność aż zaczęłam tracić wiarę we własną siłę. Jedynym, co pozwalało mi funkcjonować, były silne środki przeciwbólowe. Bałam się ich, ale bez nich nie dawałam rady. Dzięki nim mogłam pracować na pół etatu. Ledwie.

Dwa, trzy lata temu lekarze zaczęli przedstawiać mi pomysł zupełnie nowy. Dziwny. Desperacki.

Ciąża.

Trzech neurologów powiedziało mi to samo: zdarza się, że u niektórych kobiet donoszona ciąża działa jak hormonalny restart. Nie potrafili wywołać tego efektu lekami czy sztucznymi hormonami. Tylko natura mogła pomóc.

Byliśmy z Kacprem zszokowani. Marzyliśmy o dziecku, ale nie w takich okolicznościach, nie jako ostateczna medyczna próba. To jest ryzyko, przyznał dr Nowicki. Ale są przypadki, że migreny po prostu znikają.

Ta myśl nas przerażała. Ale bardziej bałam się życia, jakie już miałam.

Tak zaczęła się najtrudniejsza decyzja w moim życiu.

Z Kacprem długo unikaliśmy rozmowy. Gdy migrena znów mnie atakowała, gdy ręka odmawiała posłuszeństwa, gdy upuszczałam szklankę lub nie potrafiłam powiedzieć prostego zdania, widziałam jak Kacper zbiera się do słów, ale zawsze milknie.

Czy warto ryzykować i sprowadzić dziecko na świat, jeśli nie wiadomo, czy mi się polepszy?

Neurolog, dr Nowicki, wyłuszczył sprawę dokładnie: ryzyko ciąży z moją chorobą, powikłania, możliwość, że nic się nie zmieni. Ale powiedział też: Jagodo, nie obiecuję, ale widziałem cuda.

Ta nadzieja utkwiła mi w głowie, ciężarem, którego nie mogłam się pozbyć.

Po silnym ataku, kiedy leżałam na chłodnych kafelkach łazienki, bezwładna po lewej stronie, bezładna w mowie, Kacper siedział bez słowa i głaskał mnie po włosach. Gdy paraliż odpuścił, wyszeptałam tylko: Nie dam już rady tak żyć.

Nie próbował mnie pocieszać.

Gadaliśmy do świtu. O strachu, o odpowiedzialności, o tym nienarodzonym dziecku, czy wypada go sprowadzać na świat, jeśli moja przyszłość jest taka niepewna. W końcu Kacper powiedział coś, czego nie zapomnę: Jeżeli to pozwoli ci znów żyć naprawdę nasze dziecko nie pomyśli, że było ciężarem. Zrozumie, że cię uratowało.

Tak podjęliśmy decyzję.

Ciąża nie przyszła łatwo. Siedem miesięcy prób, wizyt, badań, huśtawka emocji, która wyczerpała nas oboje. Kiedy wreszcie zobaczyliśmy dwie kreski, popłakałam się tak, że Kacper myślał, że coś jest nie tak. To były łzy ulgi, lęku, nadziei.

Pierwszy trymestr był okrutny. Hormony skakały jak chciały. Były dni, gdy czułam energię, innym razem siedziałam blada i słaba. Migreny nie prysły, ale coś się zmieniało. Pojawiały się rzadziej, szybciej mijały, a ból łagodniał. Nie był to cud, ale najmniejsza iskierka wystarczyła po latach rozpaczy.

W szóstym miesiącu ciąży migreny przewlekłe zeszły do dwóch, trzech tygodniowo. Było źle ale do zniesienia.

Gdy pierwszy raz przeszłam dzień bez migreny, rozkleiłam się przy kasjerce w Biedronce. Popatrzyła wtedy na mnie jak na osobę niespełna rozumu, ale nie przejęłam się tym. Takiej wolności nie doświadczyłam od pięciu lat.

Kacper znów zaczął się uśmiechać. Ja zaczęłam funkcjonować. Pozwoliliśmy sobie na ostrożny optymizm.

Ale ciąża na tym się nie skończyła.

W siódmym miesiącu przyszedł atak inny niż wcześniej. Na minutę straciłam wzrok, a gdy wrócił, nie czułam żadnej z rąk.

A potem padło słowo, przed którym się modliłam, żeby nie paść nigdy.

Rzucawka.

Diagnoza uderzyła jak obuchem. Ciąża, która miała mnie uzdrowić, stała się zagrożeniem. Rzucawka oznaczała wysokie ciśnienie, niebezpieczeństwo dla dziecka i dla mnie. Z moją historią neurologiczną sprawa się komplikowała.

Znalazłam się na oddziale w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. W pokoju pachniało środkami do dezynfekcji i zimowym powietrzem zza okna. Maszyny piszczały nieustannie, pielęgniarki sprawdzały parametry co godzinę. Nie znosiłam bycia zależną od innych.

Dziwne było to, że choć się przez wszystko bałam, migreny jeszcze słabły. Jakby mój mózg się poddał.

Ale ciśnienie nie odpuszczało.

Lekarze zaczęli rozważać wcześniejsze rozwiązanie. Chcemy dotrwać jak najbliżej terminu, mówił dr Nowicki. Ale sytuację śledzimy z każdej strony. Jesteś na granicy.

Mijały dni jak rok. Kacper praktycznie się nie oddalał spał na rozkładanym fotelu, żywił się szpitalnymi kanapkami, trzymał mnie za rękę przy każdym pomiarze ciśnienia.

W 35. tygodniu nastąpił przełom. Ciśnienie wystrzeliło, znowu poczułam ból głowy tym razem nie migreniczny, to było coś głębiej.

Lekarka weszła z powagą i spokojem: Jagodo, musimy rozwiązać ciążę. Dzisiaj.

Spojrzałam na Kacpra z przestrachem. To nie za wcześnie? Przeżyje?

Ona jest silna, szepnął, choć głos mu się załamał.

Poród wywołali w ciągu godziny. Sala była oślepiająco jasna. Pełno sprzętów i ludzi gotowych na komplikacje. Podawali mi siarczan magnezu, żebym nie dostała drgawek. Czułam się wtedy jak przykuta do ziemi.

Poród trwał dwanaście godzin.

O 3:12 w nocy nasza córka, Basia, wrzasnęła tak, że wszystkie położne odetchnęły z ulgą.

Była maleńka, ale zdrowa. Żywa. Doskonała.

Tuląc ją do piersi, czułam łzy płynące po policzkach. Kacper mnie pocałował w czoło: Udało się. Jest z nami.

Prawdziwy cud przyszedł jednak potem.

Dwa miesiące po narodzinach Basi zorientowałam się, że nie miałam migreny od tygodni. Ani cienia bólu.

Cztery miesiące dziewięćdziesiąt dni wolności od ataków.

W dziewiątym miesiącu neurolog uznał moje migreny połowiczne za w remisji.

Wróciłam do pracy, zaczęłam biegać. Zaczęłam układać życie bez strachu, że obudzę się sparaliżowana.

Są wieczory, gdy patrzę na śpiącą Basię i zastanawiam się, jak coś tak drobnego mogło tak odmienić życie. Lekarze mieli rację ciąża zmieniła wszystko. Nie natychmiast, nie za sprawą magii. Ale powoli, jak świt niedostrzegalny z minuty na minutę, lecz ewidentny, gdy spojrzeć z dystansu.

Migreny nie zniknęły po prostu.

One mnie wypuściły.

Rate article
Fajna Tajna
Już w wieku czternastu lat zmagałam się z migrenami hemiplegicznymi – rzadkimi atakami, które potrafią unieruchomić połowę ciała.