PUDEŁKO Z ZAGINIONYMI OBIETNICAMI
Od jakiegoś czasu Zosia zaczęła podejrzewać, że oprócz niej i Tomka w ich mieszkaniu ktoś jeszcze się zalągł. I wcale nie chodziło o ducha. Duchy, według niej, to poważne istoty: jeśli już się pojawiają, to nie po to, by mieszać w codziennych sprawach.
A tu czysta proza życia typowy domowy chochlik.
Najpierw zniknęły sportowe skarpetki. Oczywiście po jednej. Jeszcze zrozumiałaby, gdyby połknęła je pralka każda gospodyni zna te numery. Ale te, białe z czerwoną lamówką, stale rzucały jej się w oczy w szufladzie. Jakby wołały: Kiedy ostatni raz nas miałaś na nogach?
A tu nagle nie ma ich. Najpierw jednej, następnego dnia drugiej.
Znalazły się po tygodniu. Dokładnie tam, gdzie być powinny. Zrolowane w ślimaczki. Na wierzchu krzywo wycięty kawałek szarego papieru z drukowanymi, lekko koślawymi literami:
Zapomniałaś o nas na 127 dni. Liczyłyśmy.
To twoja robota? zjechała Zosia Tomka, który akurat spokojnie przeglądał Wiadomości. Próbujesz mi dać do zrozumienia, że trzeba już ruszyć się na fitness?
Tomek spojrzał na nią jak na kosmitkę, stanowczo się wyparł.
Nie? No to nie Machnęła ręką, choć nie do końca mu wierzyła. W końcu z niego był niezły żartowniś.
Potem zniknęła ulubiona spinka do włosów ta, którą zawsze zostawiała na lustrze w przedpokoju. I szminka na wyjątkowe okazje, co to nosiła w torebce.
Odzyskała je w kuchennej szafce, między kaszą a makaronem. Też z karteczkami.
Na spince:
Zdecyduj się w końcu: długie czy krótkie włosy? Mam już dość zapomnienia, a potem nagłego tęsknienia.
Na szmince:
No i kiedy ostatni raz był ten wyjątkowy dzień? Jeszcze przy mnie wyschniesz.
To już przestaje być zabawne syknęła Zosia, potrząsając śpiącym na kanapie Tomkiem, czekającym na obiad.
Zwariowałaś?! burknął wystraszony. Przecież nie jestem swoim własnym wrogiem, żeby takie żarty robić!
To brzmiało sensownie. Tomek głupi nie był, a Zosi zaczęło się robić nieprzyjemnie na duszy.
Starała się więc wszystko odkładać na swoje miejsce po kilka razy sprawdzała, czasem wracała się i upewniała. Poszła nawet do lekarza. Gdy skończyły się badania, starszy pan doktor stwierdził, że ma lepszą pamięć niż on sam.
A mimo to rzeczy wciąż znikały.
Ulubione długopisy. Bluzka w paski. Krem do rąk.
I na finał pęk kluczy od działki. Po tej akcji Tomek przez cały tydzień chodził naburmuszony i wymownie wzdychał.
Zosia zrobiła się strasznie nerwowa: źle spała, podskakiwała na każdy szmer, ustawicznie przekładała telefon, klucze i portfel.
Ale w tę sobotę wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego.
Chciała wreszcie porządnie przejrzeć garderobę najwyższy czas był. I nagle, w pustym pudełku po zimowych kozakach, odnalazła wszystkie zguby. Ułożone porządnie, jak w komisowym sklepie.
Bluzka wtulona w plisowaną krótka spódnicę. Na karteczce:
Masz jeszcze w sobie taniec?
Długopisy, starannie posegregowane kolorami:
Obgryzasz nas, kiedy się stresujesz. Jesteśmy zmęczone tym napięciem.
Klucze, splecione breloczkiem, jakby trzymały się za ręce:
Po prostu się stęskniłyśmy i poszłyśmy na spacer na działce od dawna cisza. Ale w przeciwieństwie do niektórych same wróciłyśmy.
Zosia zaniemówiła.
W tych kartkach było coś złośliwego, coś mądrego i trochę smutnego jakby pisała je ona sama, na alternatywnej ścieżce życia, w której miała czas nawet na rozmowy z rzeczami.
Już chciała zamknąć pudełko, kiedy dojrzała na dnie jeszcze jeden malutki szary prostokąt. Bez żadnego dołączonego przedmiotu. Tylko notatka.
Litery drżały i rozmazywały się, jakby padały na nie łzy:
Obiecałaś tej dziewczynce z lustra, że zostaniesz malarką.
To ja ta dziewczynka.
I bardzo mi tu samotnie, w pudełku z zagubionymi obietnicami i niespełnionymi marzeniami.
Zosia długo siedziała na podłodze garderoby, przytulona do półek, i wspominała.
Jak w przedszkolu, z zaciętym językiem rysowała mazakiem domek, słońce, mamę, tatę i siostrzyczkę.
Jak podczas lekcji plastyki w szkole przeżywała magię, gdy akwarele rozpływały się po mokrym papierze.
Zapach olejnych farb w pracowni. Cisza muzeum. Każdy pociągnięcie pędzla jak melodia. Głos przewodnika.
Na początku myślała, że to będzie jej życie.
Potem że chociaż hobby.
A w końcu
Zostało nic.
Nie dlatego, że nie zdążyła. Po prostu ciągle to odkładała, zawsze było coś ważniejszego; aż te miłe dreszczyki oczekiwania zupełnie się rozwiały jak tamte skarpetki, długopisy i klucze.
Miziała ostatnią karteczkę palcem.
Miała wrażenie, jakby papier był żywy cieplejszy, pulsujący. A może to jej ręce drżały.
Czy naprawdę jeszcze jedna godzina w galerii czy kolejny serial są ważniejsze od marzeń?
W nocy Zosia przekręcała się z boku na bok. Sen nie nadchodził. Po drugiej wgramoliła się z łóżka.
Dokąd idziesz? wymamrotał zaspany Tomek.
Śpij, śpij mruknęła.
Gdzieś w garderobie widziałam stare farby, pomyślała Zosia i przechodząc obok lustra w przedpokoju, złapała spojrzenie tej dziewczynki. Trochę przestraszone. Ale już z nadzieją.



