Biedna owieczka
– Cześć, mamo, tato wleciała do domu w niedzielny poranek nasza córka Kasia wychodzę za mąż, Piotrek mi się oświadczył, a ja się zgodziłam bez wahania.
– Matko Boska, Kasiu, no jesteś już dorosła rozłożyła ręce Zofia i spojrzała na męża Jan siedział poważny i milczał, widocznie przetrawiał nowe wiadomości od córki.
– No pewnie, już po studiach, pracuję w mieście. Piotruś mój też pracuje, więc postanowiliśmy się pobrać.
Piotrka miejskiego chłopaka, rodzice znali od dawna, mieszkał z matką w powiatowym mieście, był spokojny i grzeczny, więc nie mieli nic przeciwko takiemu zięciowi.
Organizacją wesela zajęli się Zofia z Janem, w końcu mieszkali na wsi, mieli swoje gospodarstwo. Owszem, Piotrek trochę oszczędził, ale Jan powiedział:
– Piotr, ty te pieniądze odłóż, przydadzą się wam na mieszkanie, a wesele zrobimy my z matką. Może twoja mama coś pomoże.
Matka Piotrka, Mariola, od razu powiedziała:
– Nie mam pieniędzy, samotnie wychowywałam syna, żyliśmy z jednej pensji, mogę jedynie trochę na prezenty dorzucić.
Rodzice Kasi nie krytykowali Marioli, ale Zofia od razu poczuła do niej brak zaufania. Wesele postanowili urządzić w kawiarni w mieście skromnie, ale z klasą.
Po ślubie młodzi zdecydowali się na mieszkanie na kredyt, a wkład własny ułożyli za pomocą rodziców Kasi; Mariola znów nie mogła pomóc, tłumaczyła się długami.
Kasia z Piotrkiem już żyli na swoim. Wkrótce urodziła się upragniona wnuczka, Marysia. Zofia z mężem z każdej emerytury coś kupowali wnuczce, zjeżdżali ze wsi z zapasami: mleko, śmietana, warzywa.
Czasem Zofia dzwoniła do Marioli:
– Mariolu, może złożymy się i kupimy Marysi porządny prezent, dziecko rośnie, potrzeb jest mnóstwo.
– Oj, Zosiu, nie mam pieniędzy potrafiła się nawet popłakać sama wiesz, jak ciężko samej.
Na urodziny Kasi rodzice przyjechali z siatami wypchanymi ziemniakami, marchewką, mięsem. Mariola wręczyła tysiąc złotych, Zofii się to nie podobało, więc dołożyli z mężem jeszcze pięć tysięcy w prezencie. Dla córki Zofia nie żałowała ani grosza, ani produktów, choć bolało ją, że Mariola nie pomaga.
– Jan, powiedz mi, czemu my zawsze wszystko mamy dla naszych dzieci, a Mariola nic nie daje? Jeszcze tylko narzeka i wzdycha! Przecież nikomu nie jest lekko, trzeba ryć, nie użalać się nad sobą. To by ci taka żona pasowała, co tylko na twoim karku siedzi i jęczy? A ja zasuwałam zawsze razem z tobą mąż milczał cierpliwie, jak zawsze.
Zofia nie raz zauważyła, że Mariola zawsze jest elegancko ubrana, fryzura na tip-top, paznokcie zrobione. Myślała, skąd ona ma na to wszystko? Ciągle płacze, a ubrania i kosmetyki kosztują.
Odpowiedź Jana kompletnie ją zaskoczyła.
– Dobrze, że o siebie dba. Zobacz, dzięki temu wygląda młodziej niż jest aż Zofia opadła z wrażenia.
Słowa męża ją rozjuszyły.
– Jasne! Ona ma na to czas! Mieszka w bloku, żadnego ziemniaka ani kurczaka w domu. A my na wsi: od rana ogród, dom, zwierzęta… Też zaczynam dbać o siebie, a ty zajmij się tym całym gospodarstwem. Przecież nawet nie masz na to ochoty.
Jan był spokojny, zazwyczaj nie kłócił się, wiedział już przez tyle lat jak Zofia funkcjonuje. Po tej rozmowie niewiele się zmieniło. Jan trochę pomagał, ale większość obowiązków spadała na Żonę. On pracował jako kierowca.
Marysia skończyła trzy lata. Poszła do przedszkola, ale zaczęła ciągle chorować. Ustalili, że Mariola posiedzi z wnuczką, póki nie podrośnie.
– No dobrze, jestem na emeryturze, mogę zostać zgodziła się Mariola.
Zofia się ucieszyła.
– No, nareszcie z czegoś pomagają dzieciom.
Mijały tygodnie. Zofia zauważyła, że Jan zaczął częściej jeździć do miasta.
– Zośka, zapakuj trochę śmietany, jajek, ziemniaków, zawiozę córce. I tak muszę załatwić sprawy u mechanika, odwiedzę też wnuczkę.
Zofia szykowała paczki, czuła radość, że pomaga dzieciom.
– Tam w sklepach wszystko drogie, a my mamy domowe, zdrowe.
Jan wracał późno z miasta. Wcześniej jechał tylko do mechanika, czasem coś kupić w supermarkecie, bo wybór większy. Teraz u córki i zięcia przesiadywał długo.
Najpierw Zofia nie zwracała uwagi, ale kiedy sytuacja zaczęła się powtarzać, połączyła kropki.
– O rety, mój Jan zakochał się w Marioli… Na pewno… Trzeba to sprawdzić. Może coś mają za uszami.
Kiedy następnym razem Jan szykował się do miasta z paczkami, Zofia zapowiedziała:
– Jadę z tobą. Tęsknię za Marysią. W sklepie też muszę coś kupić spojrzała mu w oczy, aż się zmieszał.
W drodze widziała, że mąż stracił humor.
– Coś ty markotny? Stało się coś?
– A, nie, głowa mnie boli…
Gdy zadzwonili do drzwi, Mariola otworzyła w rozpiętym szlafroku, pomalowana, roześmiana. Gdy zobaczyła Zofię z Janem, uśmiech spełzł jej z twarzy.
– Ojej, nie spodziewałam się, chodźcie szybko zapięła szlafrok.
Pobawili się z Marysią, dali jej lalkę, mała pokazała zabawki, potem zasnęła. Mariola zaproponowała herbatę, usiedli do ciasta i jabłek przywiezionych przez Zofię.
Przy stole Zofia nie mogła nie uśmiechnąć się pod nosem, widząc wymianę spojrzeń Marioli z mężem. Jan nie pozostawał jej dłużny.
– No proszę, nawet się nie wstydzą. Pewnie już mają za sobą niejedną sytuację… gryzła się w środku, ale milczała.
– Idę na papierosa do klatki rzucił Jan, wstając od stołu.
Jak tylko Jan wyszedł, Zofia postanowiła nie owijać w bawełnę.
– Mariolu, nie udawaj biednej i niewinnej, ja wszystko widzę. Wiem, po co Jan tak często tu jeździ i nie jest to tylko wnuczka. Przestań zalecać się do mojego męża. Jak potrzebujesz faceta znajdź sobie i żyj. Ale mojego mi nie ruszaj! Wstyd ci powinno być, że wdajesz się w taką mieszaninę uczuć, jeszcze rodzonemu synowi życie popsujesz! Jeśli nie przestaniesz, sama przejmę opiekę nad wnuczką. Nie przystoi ci tak postępować.
Mariola spłonęła rumieńcem, nie spodziewała się, że Zofia rozgryzie ją tak szybko. Sądziła, że wiejska kobieta w tęgiej codziennej gonitwie nic nie zauważy a tu klops.
Wychodząc, Zofia powiedziała jej jeszcze, kiedy Jan już był na klatce:
– Nie rób ze mnie głupiej i naiwnej baby…
W drodze powrotnej Zofia się z mężem rozliczyła:
– Sam już nie pojedziesz. Wszystko wiem o tej twojej biednej owieczce, powiedziałam jej, co trzeba.
– Zośka, co ci się uroiło? Nic między nami nie ma, wymyśliłaś sobie tłumaczył się Jan.
– Może nie ma może jest. Ale po co ci samotna kobieta, kiedy dzieci w pracy? Jak trzeba będzie, sama zostanę z Marysią, a ty gospodarstwo prowadź sam. Wiesz, że nie żartuję.
Wieczorem zadzwoniła Kasia z wyrzutami.
– Mamo, dlaczego obraziłaś panią Mariolę? Pomaga nam z Marysią i jestem jej wdzięczna. A ty jesteś o nią zazdrosna o tatę. Przecież on tylko odwiedza wnuczkę.
Zofia się zdenerwowała, widząc, że Mariola nastawia nawet córkę przeciwko matce.
– Kasiu, jeszcze młoda jesteś, nie wszystko rozumiesz. Jakby twój mąż spędzał godziny u twojej przyjaciółki za twoimi plecami, podobałoby ci się? Mariola to dorosła kobieta i powinna rozumieć takie rzeczy. Nie wypada samotnej kobiecie gościć w domu cudzego męża i zalecać się do niego. Pamiętaj masz jedną matkę. To co robimy z ojcem to w większości moja zasługa, nie taty. A jak Mariola odmówi, sama przyjadę i zajmę się Marysią.
– Przepraszam, mamo, Mariola mi nagadała bzdur… Ona była na ciebie zła, opowiadała różne rzeczy.
– No jasne, nie dziw się. Ja też nie milczałam, prosto w oczy jej to wygarnęłam. Myślała, że nic nie kapnę… A była czerwona jak burak.
Od tej pory Jan spoważniał, jeździł do miasta tylko z informacją dla żony, często ją zabierał ze sobą, nieraz sam proponował. Zofia chętnie jeździła, żeby zobaczyć się z Marysią. Nawet Jan zaczął pomagać bardziej w gospodarstwie, oszczędzał żonę, proponował jej odpoczynek, pracowali razem.
– Chłop powinien mieć zajęcie, bo jak zaczyna się nudzić, to różne głupoty przychodzą mu do głowy. A żonę wtedy bardziej doceni myślałam z uśmiechem. A ja w końcu mam czas dla siebie i dbam o siebie, czemu mam być gorsza od Marioli?
Dziękuję za przeczytanie, życzę wszystkim dużo szczęścia i pogody ducha!



