Dlaczego los zesłał jej takie cierpienie? Z każdym rokiem dojrzewająca Luba wiedziała, że nigdy ni…

Za co jej taki los przypadł

Z każdym rokiem, jak stawałam się starsza, coraz mocniej czułam, że nie chcę żyć jak moja matka, Waleria. Była młodą kobietą, lecz już wyglądała na dużo starszą, przez wiecznie pijanego męża, mojego ojca, Stefana.

Ja miałam siedemnaście lat, a po maturze nie poszłam ani na studia, ani do pracy bałam się zostawić mamę samą. Już nieraz myślałam, żeby uciec z domu, ale szkoda mi było matki. Ojciec, gdy wpadał w złość, był nieprzewidywalny. Wiedziałam: jeśli zniknę, kto jej poda szklankę wody, kto przyłoży lód do siniaka?

Tamtego dnia ojciec wrócił znowu zalany w trupa, przysiadł ciężko przy kuchennym stole. Mama bez słowa położyła mu talerz z zupą, ale zaraz zobaczyłam, jak naczynie leci na podłogę o mało co jej nie trafiło.

Znowu ta twoja zupa! chrypiał, patrząc na nią przekrwionymi oczami.

Podskoczyłam i pomogłam mamie zbierać kawałki talerza, a ojciec ledwo się podniósł i kopniakiem odepchnął mamę. Do mnie rzucił szorstko:

Jutro z rana pojedziemy na ryby, przyniesiemy jej trochę, przynajmniej na zupę się przyda.

Marzyłam, by zapomniał o swoim pomyśle, ale obudziłam się od jego szturchnięcia, stał nade mną.

Wstawaj, bo brań przegapimy, o świcie biorą najlepiej.

Wstałam pospiesznie, a wtedy w drzwiach pokazała się mama z wiadrem mleka, właśnie co wydoiła krowę.

Stefan, wyjrzałeś za okno? zapytała. Za chwilę burza, gdzie ty chcesz na rzekę w taką pogodę?

Postawiła wiadro na ziemi, stanęła w przejściu.

Nie puszczę. Córkę utopisz.

Ale ojciec pchnął ją mocno, aż upadła, rozlewając mleko, po czym chwycił mnie brutalnie i wepchnął za drzwi. Spojrzałam na niebo od zachodu zlatywała czarna chmura. Gdy wsadzałyśmy się do łódki, wzmógł się zimny wiatr. Zrobiło mi się straszno, ale ojciec wiosłował zawzięcie dalej na środek, na głębię, bo tam lepiej bierze.

Pod drugim brzegiem było już blisko, tłukł grad i lał deszcz, wiatr szalał. Trzęsąc się ze strachu, chwyciłam burtę łódki.

Mój ojciec mówił, że na takiej pogodzie ryby biorą najlepiej! krzyczał, gdy brzeg był już o krok.

Wstał nagle z wędką, ale fala przewróciła łódkę. Ojciec wpadł do wody. Widziałam, jak jedna fala po drugiej przykrywa go, machał rękami bezsilnie. Zdesperowana sięgnęłam po wiosło, by podać mu je, ale sama wpadłam do lodowatej wody, łódka się przewróciła i wtedy coś uderzyło mnie w głowę.

Ocknęłam się w jakiejś małej, wilgotnej izbie, leżałam na łóżku. Wszedł brodaty mężczyzna, oddychałam ciężko, nie miałam sił się ruszyć.

O, obudziłaś się, no i dobrze mruknął, rozpalając w piecu. Zasnęłam znowu, śniła mi się młoda kobieta rozpoznałam w niej mamę.

Gdy ocknęłam się po raz kolejny, brodaty podszedł i kubkiem poił mnie gorzkim naparem z ziół.

Pij, poczujesz się lepiej, musisz coś zjeść mówił łagodniej.

Długo dochodziłam do siebie. W końcu stanęłam na nogi, podeszłam do okna była już późna jesień. Miałam na sobie za dużą piżamę. W lustrze zobaczyłam, że włosy mam splecione w warkocz. Byłam w drewnianej chacie. Byłam bardzo głodna, więc wyszłam do drugiej izby.

O, no proszę, obudziła się, chodź do stołu, chleb bierz brodaty mieszał coś w garnku, pachniało świętem.

On postawił przede mną talerz zupy, sam usiadł i zaczął jeść.

Jak się tu znalazłam? spytałam nieśmiało.

Najpierw jedz, potem pogadamy

Zjadłam cicho, trudno było mu się sprzeciwić.

Nic nie pamiętasz? zapytał po chwili.

Nie pokręciłam głową.

Tyle się człowiek troszczy, a tu wszystko ci z pamięci wyleciało. Może po chorobie gdyby nie ja, to byś już leżała na dnie. Z rzeki cię wyciągnąłem.

Nie pamiętałam nic, nie miałam słów.

Imię chociaż swoje wiesz? zapytał.

Znów pokręciłam głową.

No to widzisz Aleś ty moja żona, Walentyna, Walka, tak cię wołają.

To niemożliwe wyszeptałam zszokowana, ale nic nie pamiętałam.

A jednak posłał mi krzywy uśmiech. Chodź, przypomnę ci szarpnął mnie za ramię. Długo leżałaś, dwa miesiące jak kłoda, ledwie cię do porządku doprowadziłem!

Zaciągnął mnie do izby, gdzie leżałam, wyrwałam się od niego, ale dostałam w twarz i padłam na łóżko.

Niewdzięczna, ja ci życie uratowałem, a ty się stawiasz, zaraz zobaczysz

Poczułam się poniżona, bolało mnie, byłam słaba, bez sił do walki. Po policzkach spływały mi łzy. Z podwórza słychać było piłę. Jak tylko trochę się uspokoił, ukradkiem chwyciłam z wieszaka jego kurtkę, narzuciłam na ramiona i pognałam ku lasowi, do rzeki. Zobaczyłam łódkę z silnikiem, ale zanim dotarłam, za mną rozległ się trzask gałęzi. Brodaty dopadł mnie i przewrócił w błoto.

Chwytając mnie za kark, syknął:

Co wy sobie wyobrażasz, paniusiu? Nie gniewaj się, źle zacząłem, zmartwiłem się, tyle cię leczyłem. Myślałaś, że uciekniesz? Nic z tego. Ogrzejesz się w bani, przyniosę wodę. Przypomniałaś już sobie moje imię? Klim jestem, Klim.

Szłam za nim jak zaczarowana. Nic nie pamiętałam i nawet nie próbowałam już uciekać, bo czułam się zbyt słaba po chorobie. Tylko powiedziałam sobie w myślach, że kiedyś przyjdzie odpowiedni moment.

Boże, czemu taki los mi dałeś? myślałam tylko.

Klim zarzucił mnie domową robotą. Musiałam wszystko sprzątać, gotować obiady, myć, prać, a poza tym dbać o chlew. Najgorsze było to, że wieczorami z lubością kładł mnie do łóżka jeśli się buntowałam, bił mnie, więc nauczyłam się nie protestować.

Mijał czas. Klim jeździł na ryby, na polowanie, czasem do miasteczka na targ, sprzedawał mięso i ryby. Kiedy go nie było, cieszyłam się trochę spokojem, czytałam stare, zakurzone książki. Ale gdy wracał, znowu ogarniał mnie strach.

Pewnego dnia, pod pretekstem zbierania chrustu, poszłam nad rzekę i zauważyłam jego łódkę na grubym łańcuchu wiedziałam, gdzie wisi klucz. Gdy Klim po obiedzie zasnął, chwyciłam klucz, ubrałam się ciepło i wybiegłam z chaty. Długo szarpałam się z zamkiem, aż wreszcie wsiadłam do łódki i zaczęłam odpływać. Wtedy kula przeleciała mi nad głową odwróciłam się, Klim stał na brzegu z dubeltówką, wiedziałam, że jest celny.

Wracaj, albo cię zestrzelę jak kaczkę! wrzasnął; oddał drugi strzał. Po chwili już byłam z powrotem na brzegu.

Pomógł mi wyjść i uderzył pięścią, aż upadłam. Ocknęłam się znowu w chacie.

Widzisz, nie rozumiesz po dobroci. Następnym razem zamknę cię w chlewie na łańcuchu

Minął tydzień tej udręki. Miałam wrażenie, że w takim życiu zupełnie stracę rozum. Zaczęłam wracać do sił, aż pewnego dnia poczułam mdłości i wybiegłam na podwórko. Klim spojrzał podejrzliwie.

Co jest, chybaś nie w ciąży?

Szybko się potwierdziło. Od tej chwili był dla mnie nieco łagodniejszy, nie kazał już dźwigać, tylko czasem się zamachnął, ale nie bił. Któregoś dnia pojechał na targ do miasta; zawsze przeprawiał się łodzią z motorem przez rzekę, potem jechał autobusem.

Wyszłam na brzeg rzeki przewietrzyć się. Było zimno, połowa listopada. Nagle usłyszałam motorówkę, przypłynęła, ale nie Klim kierował łodzią. Zobaczyłam postawnego mężczyznę z wędkami.

Luba, to naprawdę ty? zdumiał się.

Myli się pan, jestem Walka rzuciłam.

Przestań żartować! Znam cię od dziecka, nosiłem na rękach, jesteś sąsiadką z naszej wsi! Twoja mama Waleria pochowała Stefana, a ty zniknęłaś. Wszyscy myśleli, że się utopiłaś, matka serce sobie z tego zżarła upierał się Jestem wujek Franek, nic nie pamiętasz? Jak tu trafiłaś?

Mieszkam tu z mężem bąknęłam.

Myślałem, że tu od lat nikt nie mieszka nagle chwyciłam go za rękę.

Wujku Franku, zabierz mnie na tamten brzeg, wszystko opowiem Boję się, on mnie zabije.

Dobra, to szybko do łodzi! Gdy dopłynęliśmy do brzegu, padły strzały, schowaliśmy się za wzniesieniem.

Franek zaprowadził mnie do domu. W progu stała moja matka, którą pamiętałam z najgłębszych snów.

Witaj wyszeptałam.

Córeczko! rzuciła się do mnie Waleria. Franku, jak ją znalazłeś, gdzie była?

Mama nie wiedziała, jak dziękować. Franek opowiedział, jak mnie odnalazł, a ja zaczęłam powoli przypominać sobie urywki z dawnych lat, matkę, ojca, aż wróciło wszystko nawet obraz ojca tonącego w rzece. Wtedy powiedziałam, jak trafiłam do Klima i co przeżyłam.

Mamusiu, jeśli mnie odnajdzie, zabije i mnie, i ciebie… To nie człowiek, tylko bestia.

Przyszła sąsiadka Jadwiga, żona Franka, pocieszała nas:

Walka, twoja córka ma rację, musicie uciekać. Jedźcie do mojej siostry na wieś, mieszka sama. Tam się zastanowicie, co dalej. Pakujcie się, Franek was zawiezie.

Wsiadłyśmy z mamą do starego malucha, obejrzałyśmy się raz na dom i wyjechałyśmy z miejsca, gdzie zostawiłyśmy tyle cierpienia. Klim po pewnym czasie znalazł nasz wcześniejszy dom, ale zastał drzwi na kłódkę.

Kogo tu pan szuka? spytała Jadwiga.

Znajomej, nie wie pani, gdzie się podziała?

Nie wiem odpowiedziała, patrząc, jak odchodzi zawiedziony brodacz.

Franek sprzedał dom mamy, przywiózł jej pieniądze, pomógł kupić nieduży domek na wsi. On z Jadwigą pomagali sprzątać, malować, myć okna.

Odzyskałam pamięć, a przeszłość z Kliem powoli odchodziła w cień. Tylko Nikodem, mój malutki synek, przypominał mi o tamtych koszmarnych dniach, ale pokochałam go bardziej niż siebie. Babcia też. Przyszłość miała przynieść szczęście; w nowym domu mieszkał Grzegorz, który już sobie wyobrażał, jak poprosi mnie o rękę.

Rate article
Fajna Tajna
Dlaczego los zesłał jej takie cierpienie? Z każdym rokiem dojrzewająca Luba wiedziała, że nigdy ni…