Już swoje wychodziłam — To może byście go jeszcze na przechowanie oddali, jak kociaka? A co? Zapłac…

Najlepiej to byście go jeszcze oddali do hotelu dla zwierząt, jak jakiegoś kociaka. Co, zapłacicie i hulaj dusza wolność dla dorosłych, żyjcie sobie, jak chcecie wycedziła przez zaciśnięte zęby Jadwiga Czerska.

Mariola, skrzywiwszy się niechętnie, z całej siły próbowała dopiąć zamek w walizce. Bez skutku. Zaciął się. Dokładnie tak, jak każda rozmowa z teściową, gdy tylko zapowiadał się ich urlop.

Mamo, proszę, wystarczy Andrzej, mąż Marioli, rzucił pojednawczo. Staś też jedzie odpoczywać, tylko na wieś. Do moich teściów, nie do obcych. Tam będzie miał świeże powietrze, działkę, dmuchany basen i mleko prosto od krowy codziennie. W jego wieku to najlepsze.
To nie wypoczynek, tylko zesłanie! Jadwiga uniosła ręce w geście rozpaczy. Dziecko ma trzy lata, najbardziej wtedy potrzebuje rodziców! A wy co? Do Krakowa się wybieracie po muzeach się włóczyć! A syn? Nie zasługuje już na kulturę, na rozwój?

Mariola w końcu poradziła sobie z zamkiem, wyprostowała się i spojrzała teściowej prosto w oczy.

Teraz to raczej niepotrzebne odparła chłodno. Synkowi trzeba przede wszystkim rutyny, codziennej drzemki i nocnika w zasięgu ręki. A nie dziesięciogodzinnego przejazdu pociągiem i zwiedzania oraz zmiany strefy czasowej. Kiedy pani ostatni raz była z wnukiem choćby w parku, pani Jadwigo?
Swoje z synem przeszłam! dumnie wypięła brodę Jadwiga. Wszędzie go zabierałam. I jakoś przeżyłam. Najważniejsze to o innych myśleć, nie tylko o sobie.
Właśnie! Mariola niemal podnosiła głos. O innych! Tych, którzy z nami pojadą w pociągu i przez kilka godzin będą słuchać krzyków pańskiego wnuka. I tych na wycieczkach, dla których przewodnik to nie mamo, chce mi się pić, nogi bolą, kiedy do domu?. Urlop z trzylatkiem to nie urlop. To męczarnia. I dla Stasia również.

Jadwiga zacisnęła usta i odwróciła wzrok.

Wszystko jasne. Znudziło wam się rodzicielstwo. Chcecie się go pozbyć, tylko nie umiecie powiedzieć prosto z mostu, że nie jest już wam potrzebny Wystarczy się postarać, żeby wszystko pogodzić.

Mariola zamknęła oczy, w myślach licząc do setki, żeby się uspokoić. Gdyby Jadwiga wiedziała przez jaki koszmar przeszli ostatnim razem, może przemilczałaby tę rozmowę. Ale ona nie miała prawa wiedzieć przecież prawie nie uczestniczyła w wychowaniu wnuka.

Za to Mariola pamiętała wszystko doskonale. Nawet miesiąc po tamtej podróży miała drgawki oka z nerwów.

To było zeszłego lata. Naiwnie zaplanowali odwiedziny u przyjaciół na działce. Sto kilometrów zaledwie. Dzieciaków w podobnym wieku mieli, plac zabaw, sad. Wszystko zapowiadało się bajecznie.
I od samego początku wszystko poszło nie tak, jak trzeba.

Samochód nie odpalił. Przyjaciele już czekali, kiełbasa się marynuje Trzeba było gorączkowo szukać biletów na pociąg podmiejski.

Jak na złość, pogoda się popsuła. Temperatura blisko trzydziestu sześciu stopni, klimatyzacja nie działa, okna szeroko, ale niewiele to dawało. Tłok taki, że igły by nie wetknął. Nie było czym oddychać.
Staś wytrzymał dziesięć minut. Potem zaczął marudzić. Najpierw monotonnie, potem coraz głośniej narzekał na upał i nudę. W końcu postanowił biegać między siedzeniami.

Puść mnie! wrzeszczał, prężąc się na rękach Andrzeja. Tam chcę!
Stasiu, króliczku, nie można. Tam siedzą pasażerowie szeptał czerwony z wysiłku i wstydu Andrzej, próbując utrzymać wiercącego się syna.
Nie chcę siedzieć! Aaaaa!

Krzyki Stasia zagłuszały stukot kół. Ludzie najpierw się uśmiechali współczująco, potem z irytacją, a wreszcie z jawną nienawiścią. Kobieta w białej bluzce zwróciła im uwagę, a Staś z oburzenia rozchlapał sok na Andrzeja, Mariolę i właśnie na nią.

Wywołało to potężną awanturę. Kobieta wrzeszczała gorzej niż Staś. Mariola prawie ze łzami w oczach przepraszała, próbując wręczyć jej banknoty jako zadośćuczynienie. Staś ryczał, bo został bez soku. Andrzej zaciskał zęby.

Półtorej godziny piekła.

Gdy w końcu wysiedli na peronie, o żadnym odpoczynku nie było już mowy. Staś po tych przeżyciach nie chciał spać, marudził do wieczora i prawie przewrócił grill. Droga powrotna nie była ani odrobinę lepsza.
A to zaledwie półtorej godziny w podróży! A Jadwiga proponowała tydzień wycieczek z dzieckiem? Wolne żarty. To tortura dla wszystkich.

Wy go w ogóle nie wychowujecie! lubiła powtarzać teściowa, gdy Mariola próbowała tłumaczyć.

Jadwiga była typowym pedagogiem-teoretykiem. Przyjeżdżała raz na dwa tygodnie, przywoziła pomarańcze albo czekoladę (mimo alergii Stasia, o której słyszała już dziesiątki razy), pobawiła się z wnukiem piętnaście minut i znikała. Czasem jeszcze zrobiła zdjęcie do Naszej-Klasy.

Pani Jadwigo, a tak właściwie co pani za różnica, gdzie będzie Staś? raz zapytała Mariola podczas podobnej kłótni. Przecież i tak nie z panią.
A ja nie muszę! Ma rodziców, to ich obowiązek. Gdyby to była potrzeba szpital, praca pomogłabym. Ale tak podkładacie mi go jak zbędnego kota. Gdzie się da.

Można jakoś z tym żyć, ale drażniło to coraz bardziej. Jadwiga była pewna swojej racji i nie chciała nawet słuchać argumentów młodych.

Cóż, życie bywa najlepszym nauczycielem.

Cztery lata przeleciały nie wiadomo kiedy. Staś miał już siedem lat. Znał litery, chodził do szkoły, miał zajęcia dodatkowe

W życiu Jadwigi też zaszły zmiany niestety smutniejsze. Została wdową. Wcześniej jej mieszkanie tętniło życiem dźwięki telewizora i marudzenie męża. Teraz cisza. Może to właśnie samotność, a może chęć udowodnienia wszystkim a szczególnie rodzinie synowej, że jeszcze da radę sprawiła, że postanowiła zebrać się w sobie.

Przywieźcie mi wnuka, oznajmiła w końcu szczodrze. Już nie jest taki mały, dogadamy się.
Pani Jadwigo, jest pani pewna? dopytała Mariola ostrożnie. Staś to energiczne dziecko, trzeba mu uwagi, można mu puścić komputer.
Nie wyuczaj wyuczonych odburknęła teściowa. Wychowałam syna, z wnukiem też dam radę. Poczytamy książki, rozegramy w warcaby komputer niepotrzebny. Dawajcie go!

Oddali. Na całe dwa tygodnie. Sami pojechali na dwa dni na Mazury, bo Mariola czuła, że długo się nie nacieszą wolnością.

Nie myliła się.

Babcia wyobrażała sobie sielankę: siedzi grzeczny, uczesany wnuczek, wertuje encyklopedię o zwierzętach, ona obok dzierga skarpetki i co chwila mądrze komentuje. Potem jedzą zupę i wychodzą na spacer, rączka w rączkę.

Ta iluzja legła w gruzach pół godziny po wyjeździe rodziców.

Babciu, nudno mi! zameldował Staś. Masz tablet?
Nie mam. Skąd u mnie tablet?
To chodź, zagramy w apokalipsę zombie! Ty jesteś zombi, ja się bronię!
Co to za apokalipsa!? zaniemówiła Jadwiga. Stasiu, usiądź i pomaluj. Mam dla ciebie kolorowankę.
Nie chcę kolorowanki, to dla maluchów! Staś zaczął krążyć wokół kanapy. No chodź, zagraj! Babciu, popatrz, co potrafię! Patrz! No patrz! Nie patrzysz!

Nie usiedział w miejscu ani sekundy. Najpierw udawał samolot, potem tłukł garnkami, potem ciągnął babcię do zabaw, których ona kompletnie nie rozumiała. Nie interesowały go bajki, stare puzzle, ani przepisywane zeszyty. Potrzebował widza, towarzysza i animatora w jednej osobie. Co chwilę: Babciu, dlaczego?, Babciu, a pokaż mi, Babciu, patrz!

Jadwiga, przyzwyczajona do swojego rytmu, w południe miała wrażenie, że rozładowała wagon węgla.

Ale to były dopiero początki. Kulminacja nadeszła przy obiedzie. Jadwiga dumna postawiła talerz: rosół z wołowiną. Dla siebie nie gotowała, ale dla wnuka czemu nie?

Spojrzał w talerz z miną, jakby pływała w nim stara ścierka, i skrzywił się.

Nie zjem tego.
Czemu?
Tu jest cebula. Gotowana. Nie cierpię.
Co?! oburzyła się babcia. Przecież to zdrowe! Jedz, nie wymyślaj!
Nie zjem!
No to co chcesz?
Makaron chcę. Z serem. I parówkę. Pokrój ją na ośmiorniczkę.

Jadwiga uniosła brwi. Tak podać nie potrafiła.

Nie jestem żadną restauracją! odparła.

Staś wzruszył ramionami i poszedł do pokoju budować szałas z poduszek, krzeseł i lampy podłogowej.

Wieczorem Jadwidze ciśnienie skakało jak na kolejce górskiej. Chciała się położyć Staś od razu wskakiwał na łóżko, tupiąc: Wstawaj, atakują wrogowie!. Chciała włączyć wiadomości, wnuk domagał się bajek, bo nudzi mu się. Po bajkach jeszcze bardziej roznosiła go energia.

U Andrzeja i Marioli wieczór mijał natomiast cudownie. Siedzieli na tarasie domku letniego, patrzyli na słońce chowające się za sosnami, słuchali trzaskającego ognia pod kiełbasą.

Słyszysz, jaki spokój rozmarzyła się Mariola. Aż trudno uwierzyć. Może niesłusznie jadłyśmy Jadwigę?
W tym momencie zadzwonił telefon Andrzeja.

Mamo?
Natychmiast wracajcie! wrzasnęła Jadwiga. Zabierzcie mi go! Już!
Co się stało? Wszystko w porządku?
Jest koszmar! Wasz syn jest nie do wytrzymania! Rozniósł mi pół mieszkania! Nie je normalnie! Skacze po mnie jak po materacu! Zaraz dostanę zawału! Jak nie przyjedziecie w godzinę, wzywam karetkę i policję. On i ja nie mogę tak! Czekam na was!

Odebrał się sygnał zakończenia połączenia.

Mariola bez słowa odstawiła kieliszek. Wino pozostało niedopita, grill niedopieczony.

No, zbieraj się powiedział posępnie Andrzej. Nasze wakacje się skończyły.

W drodze panowała cisza. Było im przykro do łez. Przecież to Jadwiga sama chciała spróbować, a teraz robiła sceny.

Ledwo zadzwonili do drzwi, natychmiast się otwarły. Jadwiga była blada, pachniała validolem, wyglądała, jakby wyszła z frontu. Staś wybiegł rozchichotany i radosny.

Na miłość boską, zabierajcie go! wykrztusiła babcia, niemal wypychając chłopca. I więcej się na to nie godzę! Wyście dziecko potwora wychowali. Cebula mu nie taka, skakać mu trzeba, biedną babcię atakować!
On po prostu jest dzieckiem, mamo odrzekł sucho Andrzej i ujął syna za rękę. Radosny, zdrowy. Uprzedzaliśmy cię. Sama mówiłaś dasz radę.
Myślałam, że jest normalny! Jemu lekarz jest potrzebny! złapała się za serce Jadwiga. Jedźcie. Muszę się położyć, bo padnę.

W samochodzie Staś, rozsiadając się wygodnie, spytał:

Mamo, kiedy pojedziemy do dziadka Kuby i babci Helenki?
Niedługo, synku. Na pewno.
Dobrze bo babcia Jadzia dziwna jakaś. Cały czas krzyczy, nie umie się bawić. I jedzenie niedobre.

Od tej pory Jadwiga nigdy więcej nie pytała, dlaczego nie zabierają jej wnuka na wakacje ani nie oburzała się na ich wyjazdy. Teraz jedynie życzyła szerokiej drogi.

A Staś spędzał każde wakacje u rodziców Marioli. Tam kopał dżdżownice z dziadkiem, grał w wojnę z kolegami i jadł zupę babci Helenki. Bez cebuli ona znała jego gusty lepiej niż ktokolwiek.

Z teściową nie poprawiły się stosunki, ale Mariola to już przestała obchodzić. Nie była już pouczana, jak żyć, a Jadwiga została z własną nieomylnością i nieprzeczytanymi encyklopediami.

Rate article
Fajna Tajna
Już swoje wychodziłam — To może byście go jeszcze na przechowanie oddali, jak kociaka? A co? Zapłac…