Zosiu, musimy poważnie porozmawiać o wydatkach. O twoich wydatkach, a mówiąc dokładniej o tym, jak potrafisz roztrwonić pieniądze.
Zofia zastygła z filiżanką kawy w połowie drogi do ust. Była dopiero siódma rano, jeszcze się dobrze nie rozbudziła, a Konstanty stał już w drzwiach kuchni z miną prokuratora gotowego wygłosić wyrok.
O jakich wydatkach mówisz? I dlaczego uważasz mnie za rozrzutną? westchnęła, upijając łyk kawy, choć nagle straciła smak.
Za dużo wydajesz na siebie. Co tydzień znosisz torby, paczki. A to sukienka, a to krem za pięćset złotych.
Zofia odstawiła filiżankę na stół. Ostre słowa. I to bez zapowiedzi, bez zwykłego dzień dobry, kochanie.
To krem za trzysta, skoro już tak liczysz. I nie co tydzień, a raz na dwa miesiące.
Zosiu, mamy wspólny budżet.
Tonem nauczyciela wyjaśniającego uczniowi tabliczkę mnożenia. Zofia zacisnęła zęby, policzyła do pięciu. Nie pomogło.
Kostek, przypomnieć ci, ile wydajesz miesięcznie na samochód?
Zmarszczył brwi najwyraźniej nie spodziewał się kontrataku.
To co innego.
Oczywiście, że co innego. Benzyna, myjnia, jakieś dodatki, ubezpieczenie, przegląd co pół roku. Ja twoją oktawią nawet nie jeżdżę, ani razu za kierownicą nie siedziałam.
To mój dojazd do pracy odparł, krzyżując ramiona. To narzędzie pracy.
Zofia parsknęła krótkim, napiętym śmiechem.
Narzędzie pracy? A ubrania i kosmetyki to po co mi są? Dla zabawy? Też pracuję w biurze, mam spotkania z klientami. Nie pójdę tam w rozciągniętym swetrze i z wysuszoną twarzą.
Ale można przecież… oszczędniej.
Można przytaknęła Zofia. Chcesz, żebym przez trzy lata nosiła ten sam żakiet na wszystkie spotkania? A ty sprzedaj swoją oktawię i kup cinquecento. Do pracy przecież też dojedziesz, racja?
Konstanty otworzył usta, zamknął. Potarł czoło.
Przesadzasz.
Nie ja, tylko ty. Twoje wydatki to inwestycje, moje to rozrzutność. Wygodna matematyka.
Stał jeszcze chwilę, po czym machnął ręką i wyszedł z kuchni. Gdy drzwi wejściowe trzasnęły, Zofia poczuła, jak kawę całkiem odrzuciło. Wylała ją do zlewu i oparła czoło o zimne kafelki.
Świetny początek dnia. Po prostu wspaniały.
W pracy Weronika, słysząc jej opowieść, o mało nie zakrztusiła się sałatką.
Poczekaj, on naprawdę to powiedział? Z samego rana?
Zofia bawiła się widelcem kotlet na talerzu stołówkowym. Apetytu nie miała, wciąż ją trzymało od rana.
Naprawdę. Nawet kawy nie dopiłam.
Klasyk Weronika oparła się wygodnie i zmrużyła oczy. Mój były też tak chciał wszystko mieć po równo. Nowocześnie, sprawiedliwie.
I co było?
A ja mu szybko policzyłam. Mówię: jesz dwa razy tyle, co ja. Zobacz ja jogurt na śniadanie, ty jajecznica z czterech jaj z szynką. Ja na obiad sałatkę, ty dwa dania. Więc, złotko, za jedzenie płacisz proporcjonalnie.
Zofia uśmiechnęła się. Weronika mogłaby zostać prawniczką jej argumenty zawsze były nie do podważenia.
Policzylibyście?
Oj tak. Chodził z kalkulatorem trzy dni, paragony zbierał. Potem mu przeszło. A po miesiącu się rozstaliśmy.
Przez to?
To już był objaw wzruszyła ramionami Weronika i wróciła do sałatki. Jak facet zaczyna liczyć ci każdy grosz, to już nie jest z tobą. Raczej z ideą w głowie, w której jesteś tylko przeszkodą.
Zofia milczała. W słowach Weroniki było coś niepokojąco prawdziwego.
Wieczorem wracała do domu wolniej niż zwykle. Wysiadła przystanek wcześniej, by przejść się piechotą. W powietrzu unosił się zapach mokrego asfaltu i czegoś gorzkawego może liści, może spalin. Nie chciała myśleć, co będzie w domu.
Mieszkanie powitało ją ciszą. Konstanty jeszcze nie wrócił. Zofia przebrała się, wyciągnęła z lodówki kurczaka, warzywa, zaczęła gotować. Ręce działały mechanicznie krojenie, solenie, na patelnię. Głowa była pusta i to nawet dawało jej spokój.
Konstanty wszedł do kuchni koło ósmej. Zatrzymał się w drzwiach.
Dziś nie roztrwoniłaś kasy?
Zofia nawet się nie odwróciła. Mieszała warzywa.
Nie. Nic dzisiaj nie kupiłam.
Kiwnął głową i poszedł się przebrać. Zofia wyłączyła kuchenkę, nakryła do stołu. Dwie miski, sałatka, kurczak z warzywami. Porcje trochę mniejsze w lodówce pustawo, do sklepu specjalnie nie poszła.
Usiedli do kolacji. Konstanty spojrzał na swój talerz, potem na Zofię.
Dlaczego tak mało jedzenia?
Zofia ostrożnie odłożyła widelec, popatrzyła spokojnie na męża.
Przecież chciałeś po równo. Masz po równo.
Konstanty mrugnął raz, drugi. Widelec zawisł w powietrzu.
Słucham?
Dosłownie. Ugotowałam i podzieliłam na dokładnie dwie równe części. To twoja porcja. Pokazała na jego talerz. Dla mnie wystarczy jeszcze na śniadanie. Ale ty… nie wiem, co zjesz jutro. Skoro wszystko po połowie, to i produkty, i wydatki. Jak mam wydawać na ciebie? To by nie było sprawiedliwe.
Odłożył widelec, policzki poczerwieniały, szczęka zadrżała pod skórą.
Zosiu, to… trochę niesprawiedliwe.
Niesprawiedliwe? Zofia uniosła brwi i oparła się wygodnie na krześle. A co jest niesprawiedliwego? To twoja propozycja, dzielę wydatki.
Ja miałem na myśli coś innego!
Na przykład, żeby ucinać tylko moje wydatki, twoich nie ruszać?
Konstanty milczał. Wyraźnie nie mógł znaleźć argumentu.
A właśnie Zofia podniosła szklankę wody ile dziś wydałeś na benzynę?
Co to ma do rzeczy?
Może jednak powiesz?
Zamyślił się, policzył w głowie.
No… ze dwie dychy pewnie. Może dwadzieścia pięć złotych.
Niech będzie dwadzieścia powiedziała Zofia, wstała od stołu. Momencik.
Wyszła do przedpokoju. Konstanty usłyszał szelest. Wróciła z jego portfelem w rękach.
Co ty wyprawiasz? poderwał się z miejsca.
Zabieram swoją połowę.
Otworzyła spokojnie portfel, wyciągnęła dwie dziesiątki, złożyła i włożyła do kieszeni dresów. Patrzył osłupiały.
Ty to poważnie?
W stu procentach. Wydałeś dwadzieścia złotych na paliwo więc i ja wezmę dwadzieścia dla siebie. Sprawiedliwie, po równo. O to ci chodziło.
Przecież to absurd!
To twój pomysł, Kostek. Ja tylko konsekwentnie go realizuję. Uśmiechnęła się i wróciła do swojej porcji. Może w końcu nazbieram na bluzeczkę.
Konstanty milczał. Mięśnie mu drgały na twarzy, żyła na szyi nabrzmiała, ale nie wykrztusił ani słowa. Zofia spokojnie zjadła swoją kolację.
Tydzień dłużył się niemiłosiernie. Każdego wieczoru Zofia gotowała dokładnie na dwie osoby, porcje dzieliła wyliczając co do grama. Konstanty patrzył z ukosa, zły, lecz milczał. Codziennie rano pytała, ile planuje wydać na benzynę, a wieczorem odbierała połowę. W środę zaczął dojeżdżać do pracy tramwajem.
W piątek wyglądał jak wilk na diecie.
W sobotę rano Zofia miała już w kopercie prawie trzysta złotych. Mąż jadł przekąski w pracy, jedzenia z domu nie starczało. Zofia o tym dobrze wiedziała jeszcze w poniedziałkowy wieczór przeanalizowała wydatki Konstantego. Po równo to po równo.
W sobotni poranek Konstanty siedział w kuchni z herbatą. Gdy Zofia weszła, spojrzał na nią z cieniami pod oczami.
Zośka… zaczął niepewnie, drapiąc się po szyi miałem rację… to znaczy, nie miałem. Przepraszam.
Zofia nalała sobie kawy, usiadła naprzeciw. Najpierw czekała na dalsze słowa, rozgrzewając dłonie o kubek.
To jakaś głupota była westchnął Konstanty. Naczytałem się różnych rzeczy, wymyśliłem tego dzielenia wydatków po połowie. Zapomnijmy o tym, dobrze?
Dobrze zgodziła się lekko. Tylko nie policzyłam jeszcze swojej domowej pracy.
Jakiej pracy?
Gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie. Jakbym to policzyła po stawkach rynkowych, byłbyś mi jeszcze winny trzy stówy. Co najmniej.
Konstanty zakrztusił się herbatą. Złapał za chusteczkę.
Ale nie będę liczyć powiedziała Zofia, upijając kawę i patrząc na niego znad kubka jeśli ty już więcej nie zrobisz z naszego domu księgowości. Umowa?
Umowa przytaknął natychmiast. Słowo honoru. Żadnej buchalterii więcej.
I bardzo dobrze.
Zofia uśmiechnęła się i sięgnęła po ciastko. Konstanty patrzył na nią, jakby właśnie uniknął katastrofy.
A Zofia pomyślała, że czasem męskie pomysły trzeba doprowadzić do końca. Pokazać ich absurd w praktyce. To nie tylko uratuje związek, ale pozwoli wyjść z kłótni z podniesioną głową. Takie jest życie i taka matematyka domowa. W partnerskim domu rachunki też muszą być uczciwe, ale serca nie da się podzielić na pół.



