Samotność we dwoje

SAMOTNOŚĆ WE DWOJE

Trzydzieści osiem lat temu przyjechałam z przyszłym mężem, Januszem, do moich rodziców do Krakowa. Chciałam ich ze sobą zapoznać i powiedzieć, że planujemy złożyć wniosek o ślub w urzędzie.

Mama z tatą od razu wszystko wyczuli, kiedy tylko zobaczyli w drzwiach nieznanego chłopaka. Nigdy wcześniej nie przyprowadzałam do domu żadnego adoratora. Zawsze powtarzałam:
Po co ich pokazywać? Zdecyduję się na ślub przedstawiam.

Rodzice więc bardzo uważnie przyglądali się Januszowi, który, wyraźnie onieśmielony, siedział z nami przy stole.

Ja wyszłam na chwilę do kuchni, a tata zaraz za mną.
Popełniasz błąd. Nie powinnaś za niego wychodzić.
Dlaczego? od razu stanęłam w obronie bo jest traktorzystą?
To nie tylko o to chodzi, choć to też ma znaczenie. Jesteście zupełnie różni. O czym będziecie rozmawiać? Ty z wyższym wykształceniem, z mieszkania oficerskiego, a on? Wiejski chłopak. Pracowity, ale bardzo prosty. To się czuje. Jeśli z nim zostaniesz, między wami zawsze będzie jedno słowo: intelekt.
Daj spokój, tato. To przesądy. Ważne, że mnie kocha. A uczyć się nigdy nie jest za późno. Pomogę mu odparłam, pewna swojego zdania.
Dobrze, pamiętaj tylko: kto rodziców nie słucha sam sobie winien. Tylko później nie mów, że cię nie ostrzegałem

Ślub odbył się. Perypetie narzeczeńskie ucichły. Zaczęło się zwyczajne małżeńskie życie.

Janusz po moich długich namowach zapisał się zaocznie do technikum, ale nauki tam wcale nie podjął. Pisałam za niego prace, ślęczałam nad technicznymi zagadnieniami, choć były mi zupełnie obce. On pojechał na sesję może dwa razy i rzucił szkołę, rzucając:
Po co mi to? Chcesz ucz się sama.

Próbowałam go przekonać, ale bez skutku. Janusz uważał, że wszystko wie, a czasu na głupoty tracić nie zamierza.
Rób, jak chcesz poddałam się w końcu, dając sobie spokój z jego nauką.

Pomyślałam, że w sumie nie jest głupi, przeczytał wszystkie książki z mojej biblioteczki, polityką się interesował. W pracy go szanowali. Co z tego, że wciąż czuć było od niego wiejską prostotą? Takiego pokochałam.

Z latami wszystko się skomplikowało. Janusz nie liczył się z moim zdaniem. Wciąż próbował mnie umniejszać, okazywać, kto tu rządzi. Przy obcych mówił rzeczy, które według mnie nie powinny w ogóle padać publicznie. Mówił je z takim przekonaniem, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

Okazało się, że nie potrafi samodzielnie podjąć żadnej ważnej decyzji. Wszystkie rodzinne problemy spadały na moje barki, a on uważał to za oczywistość:
Chcesz remont to go zrób!
Potrzebny nowy lodówka? To kup!
Chcesz balkon zabudować? To się tym zajmij!.

Jedyna rzecz, z którą nie było problemu, to działka. Na ziemi Janusz pracował z pasją i potrafił.

Ktoś powie: Czemu narzekasz? To i tak dużo. Może i tak. Ale ogród to tylko trzy, cztery miesiące w roku. Poza tym resztę czasu byłam i żoną, i mężem na raz.

Za młodu tego nie zauważałam. Z czasem ta odpowiedzialność zaczęła mnie przytłaczać. A Janusz, przyzwyczajony, żeby żyć na plecach żony, nie zamierzał się zmieniać. Po co? Jemu było dobrze. Przez całe życie nie przyniósł mi tulipana na Dzień Kobiet. Kiedyś powiedział śmiertelnie poważnie:
Już cię obdarowałem. Dwa razy. Tam po mieszkaniu biegają.

Chodziło mu o nasze dwie córki.

Nie kłóciłam się, nie udowadniałam, przyjęłam to za stan rzeczy. Wymówiłam sobie nawet: On nie umie dawać prezentów, taka u niego rodzina. Przeżyję.

Janusz od zawsze był trudnym rozmówcą. Nie lubił ani nie umiał rozmawiać z ludźmi. Na początku znajomi pytali mnie czy mój mąż w ogóle mówi? Obracałam to w żart.

Jego bardzo drażniło, że umiałam porozumieć się z każdym. O wszystkich moich znajomych i rodzinie wypowiadał się bardzo nieprzychylnie. Swoich przyjaciół przez całe życie nie zdobył.

Nie tylko rozwiązywałam rodzinne sprawy, ale i całkiem nieźle zarabiałam. Nigdy nie wisiałam na jego pensji nawet w trudnych czasach znajdowałam dodatkową pracę. Wiedziałam, że z jego strony nie mam co liczyć na większy wysiłek. Mało ci? To zarób!. On chodził do pracy i tyle, mam być wdzięczna.

Z czasem dotarło do mnie, że nie mam już o czym z Januszem rozmawiać. Na te same sytuacje patrzymy zupełnie inaczej. Jeśli mnie podobał się film, on na pewno nazwie go pierdołą. Jego ulubionych nie znosiłam nawet przez dziesięć minut. O muzyce, książkach nawet nie wspomnę.

Charaktery też całkowicie odmienne: ja altruistka, oddam wszystko dzieciom, przyjaciołom, jemu. On egoista, liczył się tylko on sam. W efekcie: inne jedzenie, inne zainteresowania, uczucia wygasły, dzieci wyjechały. Za nami ponad trzy dekady wspólnego życia. Wspólnego ale osobno. Obcy ludzie pod jednym dachem.

Janusz natomiast uważa, że to ja się rozbestwiłam, nie cenię go i nie szanuję. Nieważne, że wszystko ciągnę sama mam obowiązek.

Dlatego od czasu do czasu upija się i zaczyna mi wytykać wszystko: moich nieżyjących już rodziców, całą rodzinę. Każdy mój gest ocenia i komentuje z własnej pozycji. Obraża, poniża. Sprawia mu to wręcz satysfakcję. Jak pan, który poucza swoją służbę.

Kiedy wytrzeźwieje, nie rozumie, czemu nie chcę z nim rozmawiać.
Przecież mówię prawdę!

I nie jestem w stanie mu wytłumaczyć, że to tylko jego prawda. Innej nie słyszy, nie rozumie, nie przyjmuje.

Teraz siedzę przy stole, zalewam się łzami i myślę
Jak bardzo jestem zmęczona Całe życie jak na bombie. Nigdy nie wiem, co mu strzeli do głowy, kiedy to wybuchnie. Mam dość kompromisów, przymykania oczu, wiecznego ustępowania. Rozwód? Po co? Ten człowiek nigdzie się nie ruszy będzie mi dalej zatruwał krew. Najgorsze, że on jest święcie przekonany, że ma rację. Po każdym jego szczerze choruję tygodniami, zbieram się do kupy. Przecież to rodzina, dzieci, już i wnuki. Szukam powodów, żeby jeszcze spróbować. Staram się unikać ostrych kątów, zagadać milczenie. A on odbiera to jako swoją wygraną i zaczyna wszystko od nowa.

Mam tego tak dość, że krzyczeć mi się chce A jednak nie da się odejść. Teoretycznie mogłabym, ale co potem? Jak się upije, nie panuje nad sobą. Jak mnie nie będzie, to całe towarzystwo spod sklepu tu się przeniesie. Zniszczą mieszkanie To już było.

I trzeba wytrzymać Szkoda zostawiać swój dom na pastwę losu.

Wiesz, dopóki dzieci były w domu, ta nasza różność aż tak nie doskwierała. Człowiek nie miał czasu rozmyślać czy się w siebie wsłuchiwać.

A teraz, gdy zostaliśmy sami, już nie da się tego znieść. Dwoje obcych ludzi pod jednym dachem po trzydziestu ośmiu latach

Tak, tata miał rację Intelekt On zawsze stoi pomiędzy namiPatrzę na niego z kuchennego okna, jak grzebie się przy tej swojej grządce. Niby blisko, a jednak, jakbyśmy byli na osobnych planetach. Jego świat ziemia pod paznokciami, cisza, milczenie; mój tęsknota za rozmową, za czyjąś uwagą, za byciem zauważoną, docenioną. Nikt nie nauczył nas być razem. Czy to wina jego, moja, czy obojga? Może tak miało być.

Wyciągam stary album i oglądam zdjęcia z pierwszych lat. Śmiejemy się do siebie, młodzi, pełni nadziei. Myślę o dziewczynach tam, gdzie są, mają odwagę układać własne życie po swojemu. Czułam się kiedyś ich przewodniczką, teraz uczę się od nich.

I nagle przychodzi myśl, jasna i spokojna. Że można być samotnym nawet wśród ludzi, ale można też być wolnym, nawet nie odchodząc. Moje życie, choć niedoskonałe, jest tylko moje. Nie pozwolę, by przeszłość była łańcuchem. Przestaję mu tłumaczyć świat. Przestaję oczekiwać tego, czego nigdy nie dał.

Za oknem wstaje świt. Idę zrobić sobie kawę tylko dla siebie. Siadam przy stole, oddycham głęboko. Po raz pierwszy od dawna czuję, że choć życie było wspólne, teraz mogę zacząć układać zakończenie po swojemu. Nawet jeśli w ciszy. Nawet jeśli we dwoje, ale już nie samotnie. Bo samotność można zamienić w spokój gdy pogodzisz się z tym, że nic nie musisz. Po prostu jesteś. I to wystarczy.

Rate article
Fajna Tajna
Samotność we dwoje