«Nie mogę bez niej żyć»
Jestem ojcem na urlopie wychowawczym, mój synek ma dwa i pół roku. Każdego dnia wyprowadzam go na spacer po naszej małej miejscowości Sandomierz i odwiedzamy pobliski plac zabaw. Cała droga do tej oazy dziecięcej radości wiedzie przez główną ulicę miasta. Po naszej prawej stronie, wzdłuż trasy, stoją liczne sklepy spożywcze i warzywne. Zgodnie z ustalonym od dawna rytuałem, zawsze kupuję chłopcu pączka z makiem. Siadamy na ławce, a Artur z apetytem i nieopisanym zachwytem, typowym dla małych dzieci, pożera pączka, a ja mam chwilę wytchnienia.
Lubię przyglądać się przechodniom na bulwarze to dla mnie prawdziwa rozrywka. Staram się po sposobie chodzenia, ubiorze i niewerbalnych sygnałach odgadnąć, czym się zajmują ludzie mijający mnie na ulicy. Co myślą? Czym się zajmują? O czym marzą? Dokąd śpieszą? Próbuję zgadnąć.
Daleko w oddali pojawiła się znajoma para dostojny, siwobrody mężczyzna, wyglądający na około siedemdziesiąt pięć lat, i towarzyszka, której wiek trudno określić. Może ma od sześćdziesięciu do siedemdziesięciu lat. Zaraz wyjaśnię, dlaczego tak trudno mi odgadnąć jej lat.
Ponieważ codziennie, bez względu na pogodę, wychodzimy z synkiem na świeże powietrze, często widzimy tę dwoje. Jeszcze nigdy nie zauważyłem tej damy bez świeżego makijażu nie mogę jej nazwać babią. W jej kosmetyczce z pewnością znajdą się korektor, róż, tusz do rzęs, kredka do oczu i neutralne cienie. Dama farbuje włosy na jasny blond i układa je w modną fryzurę muszlę. To prawdziwa modystka już przyzwyczaiłem się do wielu jej stylizacji. Zwracam szczególną uwagę na jej dłonie. Zauważyłem, że regularnie odwiedza salon manicure. Na paznokciach co chwilę pojawia się nowy wzór od francuskiego po jaskrawoczerwony ognisty płomień. W myślach nazywam ją błękitką.
Ta rodzinna para często odpoczywa na ławce przy sklepach, gdzie regularnie bywam z synkiem.
Kobieta ma na imię Bronisława, a jej mąż Jerzy.
No ile razy mam ci powtarzać, Bronisio! Nie można wrzucać kasztanów stopą w przechodniów. Mogłabyś przypadkiem kogoś zranić. Co byś powiedziała, gdybyś sama dostała kasztan w nogę? kpił z niej mąż.
Kice! Jak możesz tak mówić? Ja tylko jesienią mogę się tak bawić! Kasztany! No nie gniewaj się, kotku! śmiała się Bronisława.
Dobrze, kupię ci, Bronisio, gumową piłeczkę. Nie, kilka piłek, żebyś mogła się nimi bawić w domu nie będziesz nikomu przeszkadzać, a ja będę się chował przed tobą do łazienki odparł Jerzy.
No nie, Jerzy! Gra w piłkę w domu to nie to samo! Nie ten smak, rozumiesz? Nie gniewaj się, proszę. Pójdę po drugiej stronie ulicy, jeśli ci nie podoba to, co robię. Możesz nawet udawać, że się nie znamy Bronisława z wkurzeniem zaciska usta i odwraca się.
Nie, muszę nad tobą czuwać. Nie chcesz w końcu wpadnąć w tarapaty i muszę ci przynosić przysmaki. Wiesz, że gotuję gęstą zupę, a ty nie będziesz jej jeść i zostaniesz głodna. Zakazuję ci odwiedzać dzieci, żebyś wiedziała, że muszę cię zawsze słuchać, nieładna! Nie, jeszcze raz nie! I nie odważ się jęczeć. Chodź tu, moja cebulowa rozkoszo, przytrzymam cię za rękę i udaję, że prowadzę cię do przychodni psychiatrycznej. Hałaśliwa jesteś! mówił z uśmiechem.
Takie zabawne dialogi smakowały mi w ustach i zawsze zadziwiały mnie, jak para potrafi utrzymać tak czułe relacje, mimo szarych włosów. Figlują ze sobą złośliwie, ale barwnie.
Zawsze ciekawiło mnie obserwowanie tej dwójki Bronisława opowiada mężowi jakąś historię, emocjonalnie, żywiołowo, często kwilikuje, a Jerzy jedynie kiwa głową, podtrzymując ją łokciem.
I wiecie, co mnie najbardziej zadziwia w ich związku? To rozdzierająca serce, słodka delikatność. Przenika ona każdy ich gest, oddech, dotyk, uśmiech, ruch i myśl. W tym, jak Bronisława trzyma męża za rękę, patrzy mu w oczy, kaprysi i robi wargę, widać bezgraniczną miłość i zaufanie. To samo widać, gdy Jerzy z udawaną złością mówi swojej żonie:
Uważaj na nogi, Bronisio, nie jesteś już mała! Nie chcesz wpaść i złamać ręki albo nogi, co ja wtedy będę robił?
I nie uwierzycie całują się, siedząc na ławce i spacerując po bulwarze! Zachowują się jak młodzi kochankowie, nie dostrzegając niczego poza lśniącymi od szczęścia twarzami i biciem serc, które zdają się grać w jednym rytmie! Robią to tak naturalnie, że wszystkie wątpliwości znikają tutaj panują i nadal panują namiętności nie do pobicia!
Dziś znów ta niezwykła para usiadła na ławeczce. Usłyszałem ich rozmowę:
Wejdę do sklepu po pastelowy błyszczyk do ust, może będzie na niego promocja? Idziesz ze mną? zapytała Bronisława męża.
Bronisio, idź sama, poczekam tu na ławce. Tylko nie kupuj wszystkich pomadek, zostaw trochę innym dziewczynom odpowiedział uśmiechnięty Jerzy.
Artur już zjadł pączka i podszedł do ławeczki, na której siedział mężczyzna. Jerzy wyciągnął z torby małą tabliczkę czekolady i podał mu:
Trzymaj, mały, czekoladkę. Jedz na zdrowie. A jak masz na imię?
Dziękuję bardzo podziękowałem mężczyźnie w imieniu syna Artur, on jeszcze kiepsko mówi.
Artur radośnie szeleszczał opakowaniem.
Przepraszam za ciekawość, od dawna was obserwuję. Jesteście taką niezwykłą parą. Jak udaje wam się zachować tak ciepłe relacje? Podzielcie się, proszę, sekretem spytałem, nie mogąc się doczekać odpowiedzi.
Mężczyzna milczał i patrzył na własne stopy. Pod jego stopami szeleszczały liście. Zefir porwał je w ręce i zakręcił w olśniewającym tańcu. Liście otworzyły dłonie i z gracją opaść na ziemię, niechętnie, bo podobało im się krótkie latanie.
Poznałem Bronisławę jesienią, około pięćdziesiąt pięć lat temu zaczął opowiadać Jerzy Była wtedy jesień, tak jak teraz. Bronisława spacerowała po parku, zbierając kolorowe liście. Każdy liść podnosiła, uśmiechała się do niego. W szramkowanym płaszczu, w białym kapeluszu i podniszczonych butach wyglądała na najszczęśliwszą! Trzymała w rękach garść żółtych, pomarańczowych i czerwonych liści, w kieszeni pod podszewką miał pięć złotych. W domu jedynie chleb z musztardą, a ona nimfa się uśmiecha! Bronisława rozmawia z kwiatami i dotyka żółtych główek chryzantem i czarnybor. Nieziemska, lekka, porwała moje serce na zawsze. Nauczyła mnie cieszyć się życiem, rozumiecie? Cieszyć się! Zawsze! Każdym dniem, każdą chwilą, każdą aurą, śniegiem, deszczem i słońcem. Bronisio, mimo pozornej kruchości, była ognistą, barwną jak ta jesień. Palącą. Silną. Zdecydowaną. Znała swoją wartość. Wielu ją kochało, wielu o nią walczyło, ale wybrała tylko mnie. Pokazuje prawdziwe oblicze, nie maskę, nie makijaż, nie każdemu. Pozwoliła mi dotknąć jej myśli! Tak właśnie jest!
A wy nigdy nie kłócicie się? Nigdy? zdziwiłem się.
Dlaczego? Czasem się kłócimy. Nieporozumienia przytrafiają się każdemu, trzeba je rozwiązywać na czas, nie zwlekać, bo może być za późno. Może się okazać, że już nie ma nic do ratowania. Wszystkie urazy nie warte są długiego gniewu. Życie jest krótkie i nie warto marnować go na próżne sprawy! Kiedyś, żeby nauczyć Bronisię, karałem ją milczałem tygodniami, nie rozmawiałem. To ją bardzo raniło. Pomyślałem kiedyś te dni sprzeczki z ukochaną są jak wyrwane z kalendarza liście, które niesie wiatr. Już nigdy nie wrócą. Po co więc marnować szczęśliwe dni na głupie kłótnie! Lepiej wybaczyć i zapomnieć złe rzeczy. Przewrócić kalendarz i iść dalej.
A ty, co, nigdy się nie złości na żonę? zapytałam.
Artur pochłonął czekoladkę i nasłuchiwał rozmowy.
Właśnie tak kontynuował Jerzy Rozumiem, że to zaraża, ale nie mogę bez niej żyć! Co by się stało, gdyby mnie nie było? Zniknęłaby. A ona się tak długo przygotowuje, zmienia sukienki, swetry, buty Ja już stoję przy drzwiach, a ona po raz trzeci zmienia strój. Ale milczę. Kto jej pomoże się ubrać? Kto przyniesie herbatę na tabletki? Do kogo zwróci się po pomoc? Wpleciliśmy się w siebie korzeniami. Najgorsze dla mnie to zostać sam i przeżyć ostatnie godziny bez niej. Mój najgorszy koszmar zostawić ją samą, gdy jej dni się kończą. Bronisława to dla mnie cały świat, tak jak ja jestem dla niej. Kiedyś zachorowałem na zapalenie płuc starszym trudno z tym walczyć. Wyruszyła w śnieżycę, późnym wieczorem, gdy ziemia była śliska, szukała aptek po potrzebne leki. Przyniosła mi ciepły ręcznik, podała zastrzyki, nakarmiła łyżeczką, założyła ciepłe skarpetki. Cicho, nic nie mów, Bronisio wychodzi ze sklepu. Niech to zostanie między nami. Masz cudownego malucha.
Podszedł do nas zaróżowiona Bronisława.
Wiesz, Jerzy, nie mają tam tego odcienia pomadki, którego potrzebuję. Ten różowy, ten czerwony, ten fioletowy nie pasują mi drwiła dama bez wieku.
O co milczysz, Bronisio? Co w rękach trzymasz? Proszę, podaj mi torbę, weź rękawiczki, bo palce Ci zmarzły. Niech Cię ogrzeję, a stawy nie będą bolały rozpłynął się Jerzy już jedziemy do domu, nieszczęściu moje. Czas na obiad. Do zobaczenia, Arturze! Słuchaj, mamo.
Pożegnaliśmy się. Syn jeszcze długo machał za odchodzącą parą.
Po bulwarze szli dwaj. To nie byli dwaj osobni ludzie, lecz jedno ciało cały świat utkany z czułości, cierpliwości, współodczuwania i miłości.
Takie subtelne umiejętności kochania to prawdziwa sztuka i warto tego doświadczyć! Zgadzasz się?



