Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o moim ulubionym marcu bo wiesz, marzec w Polsce to nie tylko miesiąc, to test psychicznej wytrzymałości, tak jakby wszechświat sprawdzał, kto jest gotowy do życia po zimie.
I szczególnie, kiedy Twoja miłość jest tak dziwna jak pogoda w Warszawie raz słońce, raz śnieżny armagedon, raz po prostu ktoś wylał wiadro szarej farby na uliczne chodniki.
Zuzanna i Wojtek poznali się w marcu.
To chyba tłumaczy wszystko, bo inne pary mają romantyczne początki pod kwitnącą jabłonią, a tych dwoje spotkało się, kiedy Wojtek przypadkiem ochlapał Zuzannę wodą z bajora przed Halą Mirowską, a ona zamiast się zasmucić rzuciła mu z impetem kulą ze śniegu prosto w szybę samochodu.
Sądząc po ciężkości, mogła tam być nawet cegła.
To była miłość od pierwszego odbicia.
Marzec w Warszawie to czas, kiedy romantyzm wychodzi na ulicę w kaloszach ze sklepiku z Pragi.
Wyjdziemy na spacer?
zagaduje Wojtek przez telefon, takim słodkim szeptem.
Chyba łódki nie mam odpowiada Zuzanna, i ma rację.
To wezmę Cię na barana.
Ich randki przypominały manewry wojskowe na podmokłych terenach Mazowsza.
Wojtek przenosił Zuzannę przez jeziora roztopionego śniegu, a ona osłaniała go parasolem, który próbował odlecieć w stronę Krakowa razem z ich nadzieją na suche skarpetki.
Wiesz, mówi Wojtek, chlupiąc prawym butem na tym polega głębia uczuć.
Jesteśmy jak te dwie kaczki w parku Skaryszewskim
Kaczki odleciały do ciepłych krajów już we wrześniu, Wojtek.
Teraz jesteśmy jak dwa nieostrożne pingwiny, które przegapiły Antarktydę.
Ta ich dziwna miłość objawiała się w drobiazgach.
Głębokie uczucie w marcu to nie pierścionek w kieliszku szampana (bo i tak pływa tam lód), tylko ostatnia saszetka Gripexu, dzielona na pół.
To dla Ciebie mówi Wojtek z powagą, podając jej pół żółtego proszku.
Odrwaczałem od serca.
Dlaczego jest w sierści od kota?
To przyprawa.
Działa na odporność.
Zuzanna patrzyła na niego, w głupiej czapce z pomponem, z czerwonym nosem i szaleństwem w oczach i wiedziała to jest to, ten błąd w kodzie, który połączył dwoje śmiejących się ludzi, nawet gdy oboje walczą z gorączką (a dla faceta to przecież prawie stan terminalny).
Najbardziej romantyczny moment był pod koniec miesiąca.
Wreszcie wyszło słońce, wyciągając spod śniegu wszystko, co zima skrzętnie ukryła.
Miasto wyglądało jak scenografia do filmu o rewolcie ekip sprzątających.
Stali na moście nad Wisłą.
Wiatr wiał jak szalony, próbując zerwać z Wojtka kurtkę.
Zuzanna krzyknął Wojtek, przekraczając hałas wiosny chciałem Ci powiedzieć jesteś dla mnie jak jak pierwszy przebiśnieg!
Tak, blady i walczysz z syfem?
skomentowała Zuzanna, poprawiając szalik, który już trzy razy owijał jej głowę.
Wojtek się zawahał.
Nie tak samo wytrwała.
Mimo tego przeklętego marca, jesteś ze mną.
Nawet po tym, jak wpadł Ci telefon do śniegu, który okazał się kałużą.
Zuzanna spojrzała na niego, kichnęła (w idealnym rytmie z przejeżdżającym tramwajem) i się roześmiała.
Dobra, bohater-przebiśnieg.
Wracajmy.
Nakupiłam kilogram cytryn i znalazłam przepis na grzane wino.
Jeśli przetrwamy tę niedzielę, uznam naszą miłość za pomnik historii.
Szli przez ulicę, omijając lodowe góry na chodniku.
To była miłość dosłownie po kolana tyle wody było w wejściu do ich klatki.
Ale kto by się przejmował?
W tym najważniejszym marcu liczyło się nie to, jak czyste masz buty, ale czyją rękę ściskasz, gdy razem suniecie w stronę nieuniknionego kwietnia
Minął rok.
Nastał kolejny ten sam marzec.
Miasto znowu zamieniło się w plan zdjęciowy do Wodnego świata, tylko na budżet siedem złotych.
Zuzanna i Wojtek stanęli przed gigantyczną kałużą, która przez noc opanowała ich podwórko.
Sąsiedzi stłoczeni pod płotami próbowali balansować na krawędzi lodu, a jakiś emeryt patrzył w niebo, licząc na ratunkowy helikopter albo chociaż gołębia z gałązką w dziobie.
Wojtek Zuzanna spojrzała na swoje nowe, białe sneakersy, kupione w napadzie nieuzasadnionego optymizmu.
Jesteśmy dorośli.
Mamy kredyt, pracę, raport roczny.
Nie możemy tak po prostu
Możemy przerwał jej Wojtek.
Wyciągnął zza pleców dwa jaskrawożółte kalosze ze wzorem w urocze kaczuszki.
Kupiłem wczoraj.
Twój rozmiar.
Zuzanna westchnęła.
To była prawdziwie głęboka miłość, kiedy Twój partner zna nie tylko numer Twojego obuwia, ale i stopień gotowości na degradację.
Pięć minut później stali pośrodku kałuży.
Woda chlupsła radośnie, słońce odbijało się w brudnych bryłach lodu, przechodnie patrzyli na nich jak na uciekinierów z bardzo miłego, ale jednak zamkniętego oddziału.
Wiesz Zuzanna podskoczyła, rozbryzgując fontannę, która ochlapała sąsiada w futrzanej czapce.
Tak zaczyna się najlepsza wiosna.
Kod Żółta Kaczuszka poważnie powiedział Wojtek.
Wszechświat próbował nas zatopić w depresji, ale mamy nieprzemakalne pięty.
Stali pośrodku wiosennego chaosu śmieszni, mokrzy, totalnie zsynchronizowani.
To była dziwna miłość, zrozumiała tylko dla tych, którzy potrafią znaleźć dno tam, gdzie inni widzą tylko brud.
Wojtek objął Zuzannę, w tym momencie słońce ogrzewało ich kurtki tak mocno, że zaczęły parować.
Parujemy zauważyła Zuzanna.
Nie, uśmiechnął się Wojtek.
Po prostu w końcu rozgrzaliśmy się jak trzeba.
W tym najważniejszym marcu zrozumieli jedno: jeśli życie podsuwa kałuże kup najbarwniejsze kalosze i naucz się w nich tańczyćOboje roześmiali się, jakby cały marzec w Polsce to był tylko pretekst, by sprawdzić, czy potrafią być razem nawet w pralni rzeczywistości.
Wtedy Zuzanna odwróciła się do Wojtka i powiedziała:
Wiesz, jeśli tak wygląda nasza wiosna, to chcę zobaczyć naszą burzę.
Wojtek uśmiechnął się szeroko, a kałuża dookoła nich zamieniła się w miniaturową lagunę, po której można było brodzić bez strachu.
Żółte kaczuszki odbijały się w tafli wody, a sąsiad w futrzanej czapce mruknął pod nosem coś o młodych i głupich, ale nawet on mimo wszystko się uśmiechnął.
I właśnie wtedy, na środku podwórka, w pełnym słońcu marcowym, Zuzanna i Wojtek poczuli, że nie ma pogody, której nie da się przejść razem.
Niezależnie od tego, ile razy marzec przyniesie im nowe kałuże, zawsze znajdą sposób, żeby przez nie przeskoczyć czy na barana, czy w kaczuszkowych kaloszach, czy po prostu za rękę.
Bo prawdziwa wiosna zaczyna się tam, gdzie dwie szalone dusze decydują się być mokre razem.


