TEN MARZEC
Marzec to nie tylko miesiąc, to coroczna próba wytrzymałości psychicznej.
Szczególnie gdy twoja miłość jest równie dziwna, jak pogoda za oknem: ani wiosna, ani apokalipsa, jakby ktoś rozlał szarą farbę na całe miasto.
Miłość Olega i Kingi zrodziła się właśnie w marcu i to tłumaczyło wszystko.
Inne pary poznawały się, gdy w parku wirowały płatki magnolii, a ci dwoje spotkali się, gdy Oleg przypadkiem oblał Kingę wodą z kałuży.
Zamiast się rozpłakać, ona precyzyjnie rzuciła w jego szybę samochodu rozmokłym śnieżkiem, który według Olega miał w środku zatopioną cegłę.
To była miłość od pierwszego rykoszetu.
Marzec w ich mieście Krakowie był czasem, gdy romantyzm wychodził na ulicę w kaloszach.
Wyjdziemy na spacer?
szeptał Oleg do słuchawki.
Nie mam łodzi odpowiadała Kinga z pełną powagą.
Zaniosę Cię na plecach.
Ich randki przypominały ćwiczenia ratowników w podkrakowskich bagienkach.
Oleg bohatersko przenosił Kingę przez jeziora roztopionej brei, a ona trzymała nad nim parasolkę, która desperacko chciała odlecieć w stronę Zakopanego wraz z ich nadzieją na suche skarpetki.
Wiesz filozofował Oleg, chlupiąc prawym kaloszem tu właśnie tkwi głębia uczuć.
Jesteśmy jak te dwie kaczki w parku.
Kaczki odleciały do ciepłych krajów już w październiku, Oleg.
Jesteśmy jak dwa nieostrożne pingwiny, które zgubiły drogę do Antarktydy.
Ich pokręcona miłość objawiała się w drobiazgach.
Głębokie uczucie w marcu to nie pierścionek w kieliszku szampana (w którym i tak pływałyby kawałki lodu), tylko ostatnia saszetka Gripexu, podzielona na pół.
To dla Ciebie Oleg wręczał jej połowę żółtego proszku, jakby przekazywał medal.
Prosto od serca.
Czemu jest w sierści kota?
To przyprawa.
Wzmacnia odporność.
Kinga patrzyła na niego w głupiej czapce z pomponem, z czerwonym nosem i dziką iskierką w oczach i wiedziała: to jest to.
Kod wszechświata zwariował, połączył dwoje ludzi gotowych śmiać się, nawet gdy oboje mają gorączkę (a dla faceta to przecież stan prawie agonalny).
Najbardziej romantyczny moment zdarzył się pod koniec miesiąca.
Wreszcie wyszło słońce, odsłaniając wszystko, co zima skrywała pod śniegiem.
Miasto wyglądało jak scenografia do filmu o powstaniu ekip sprzątających.
Stali na moście.
Wiatr szarpał Olega za kurtkę z prędkością trzydziestu metrów na sekundę.
Kinga zaczął, przekrzykując wiosenną burzę chciałem Ci powiedzieć Jesteś dla mnie jak jak pierwszy przebiśnieg!
Taki sam blady i wyrasta przez śmieci?
dopytała Kinga, oplatając się szalikiem, który już trzy razy owinął jej głowę.
Oleg zawahał się.
Nie.
Taka sama wytrwała.
Mimo tego przeklętego marca wciąż jesteś ze mną.
Nawet po tym, jak utopiłem Twój telefon w śniegu, który okazał się kałużą.
Kinga spojrzała na niego, kichnęła (jednocześnie z przejeżdżającym tramwajem) i roześmiała się.
Dobra, przebiśniegu.
Chodź do domu.
Kupiłam kilogram cytryn i znalazłam przepis na grzaniec.
Jeśli przetrwamy tę niedzielę, uznam naszą miłość za zabytek narodowy.
Szli ulicą, omijając lodowe góry na chodniku.
Ich uczucie było naprawdę głębokie głębokie dokładnie po kolana: tyle wody kryło się w ich klatce schodowej.
Ale byli obojętni na wszystko.
Bo w tym właśnie marcu liczy się nie to, jak czyste masz buty, a czyją dłoń ściskasz, gdy oboje niewinnie ślizgacie się ku nieuchronnemu kwietniowi…
Minął rok.
Przyszedł nowy ten właśnie marzec.
Miasto znów przerodziło się w scenografię do filmu Wodny świat za budżet dziesięciu złotych.
Oleg i Kinga stali przed gigantyczną kałużą, która przez całą noc okupowała ich podwórko.
Sąsiedzi żałośnie przytulali się do płotów, próbując balansować na skrawkach lodu, a emeryt z nadzieją wypatrywał w niebo, licząc na ratunkowy helikopter lub chociaż gołębia z gałązką oliwną.
Oleg Kinga zerkała na swoje nowe białe trampki, kupione w ataku beztroskiego optymizmu.
Jesteśmy przecież dorośli.
Mamy kredyt, pracę i raport roczny.
Nie możemy po prostu
Możemy przerwał jej Oleg.
Wyciągnął zza pleców dwie jaskrawo-żółte kalosze z nadrukiem wesołych kaczek.
Wczoraj kupiłem.
Twój rozmiar.
Kinga westchnęła.
To była ta głęboka miłość taka, w której partner zna nie tylko rozmiar Twojej stopy, ale też poziom gotowości do totalnej kompromitacji.
Po pięciu minutach stali w samym centrum kałuży.
Woda huczała w rytmie, słońce odbijało się w brudnych lodach, a przechodnie patrzyli na nich jak na uciekinierów z bardzo sympatycznego, ale zamkniętego ośrodka.
Wiesz Kinga podskoczyła, rozpryskując fontannę na sąsiada w futrzanej czapce.
To najlepsze rozpoczęcie wiosny.
To kod Żółta kaczuszka poważnie odpowiedział Oleg.
Wszechświat chciał nas utopić w marazmie, ale mamy nieprzemakalne pięty.
Stali pośrodku marcowego chaosu śmieszni, mokrzy, doskonale zsynchronizowani.
To była dziwna miłość, zrozumiała tylko tym, którzy potrafią znaleźć dno tam, gdzie inni widzą tylko błoto.
Oleg objął ją, a słońce grzało tak mocno, że z ich kurtek uniósł się lekki dymek.
Płoną nam plecy zauważyła Kinga.
Nie uśmiechnął się Oleg.
Po prostu w końcu osiągnęliśmy optymalną temperaturę.
W tym właśnie marcu zrozumieli jedno: gdy życie podsuwa Ci kałuże kup najbardziej rzucające się w oczy kalosze i naucz się w nich tańczyćKinga spojrzała na Olega z błyskiem w oku, który znaczył więcej niż wszystkie słowa świata.
Chyba dobrze nam w tych kałużach.
Oleg pokiwał głową, a słońce odbiło się od jego uśmiechu.
Wiesz Może marzec nie jest taki zły.
Może to właśnie jedyny miesiąc, w którym ludzie nie boją się zanurzyć po kolana w życiu.
Kinga delikatnie ścisnęła jego rękę, a w tej chwili wiatr rozpędził chmury, odsłaniając niebo jakby tylko dla nich.
Przeszli przez wodę, zostawiając za sobą rozpryski, śmiech i cień smutnego wczoraj.
Chodź, marcowy pingwinie powiedziała cicho, prowadząc go w stronę domu.
Gdziekolwiek pójdziemy, tam będzie wiosna odpowiedział Oleg.
I tak właśnie, w najbardziej szarym miesiącu, doczekało się miasto swojego pierwszego przebiśniegu: żywego, energicznego, śmiejącego się pośród kałuż.
Takiego, którego nie zmyje nawet największa marcowa burza.
Bo czasami miłość zakwita tam, gdzie nikt nie spodziewa się koloru.


