Pewnej nocy śniło się Zofii, że odwiedza swoją dawną przyjaciółkę, która nosiła piękne, polskie imię Dobrosława. Wszystko wydarzało się jakby przez gęstą mgłę Zofia szła ulicami Krakowa, a miasto wydawało się jeszcze starsze i bardziej kręte niż zwykle, w oknach mrugały zamazane światła, fragmenty dźwięków rozlewały się po bruku.
Dobrosława po raz drugi była mężatką. Jej pierwszy mąż alkoholik, którego imienia nikt już nie pamiętał zniknął kiedyś bez śladu, zostawiając sznur smutnych wspomnień i odłamki szkła w sercu. To była dawno zapomniana opowieść, a Zofia została w tym śnie nie tyle przyjaciółką, co cichą powierniczką: podawała chusteczkę, przynosiła rosół i gorzką herbatę, próbowała ogrzać chłód dawnych lat. Przecież po to są przyjaciółki, prawda?
Minęła dekada, może dwa mrugnięcia w tej dziwnej sennej czasoprzestrzeni. Dobrosława spotkała kogoś zupełnie innego mężczyznę o dźwięcznym, szlacheckim imieniu Przemysław. Ułożony, z tytułami, dyrektorem był czy może wykładowcą, sam pan nie był pewny, bo słowa plątały się w jego ustach jak koraliki. Nowe mieszkanie nawet nie miało ścian, tylko rozruchane kolory i fragmenty tapet.
Zofia, zapraszana jak na obrady senatu, przyniosła sernik na złotych talerzach oraz prezenty zapakowane w papier powiewający jak liście kasztanowca. Entuzjastycznie zachwycała się nową aranżacją przestrzeni Jak pięknie! wołała, a echo brzmiało jak dzwonki w kościele Mariackim. Potem razem, już przy kuchennym stole, pili herbatę z imbirem i patrzyli na sernik, który topniał jak śnieg na wiosnę.
Przemysław był człowiekiem o ostrym dowcipie, albo raczej o języku, który był jak brzytwa barbera z Kazimierza. Zasypywał Dobrosławę i Zofię anegdotami o Wielkiej Polsce i Nowych Księgach. Śmiał się z Zofii, z jej wąskiego horyzontu myślowego, z babcinych przesądów, dziwacznych lektur, których nawet w bibliotece parafialnej nie znajdziesz. Głośno wytykał, że Zofia nie zna Murakamiego, nie słyszała o Pilchu i nie rozumie, jak nauka potrafi zdemaskować stare zabobony.
Z pełną swadą oceniał jej fryzurę, figurę i sukienkę Moda lat dziewięćdziesiątych, co za stylizacja! rzucał śmiejąc się, a Dobrosława wtórowała mu chichotem, jakby chciała, żeby jej śmiech był mostem między mężem a przyjaciółką.
A potem ten najmodniejszy z mężów postanowił zakpić z kotki Zofii. Zosia powiedziała, że zabrała bezdomnego kociaka z rynku, żeby odwrócić uwagę Przemysława od literackiej wojny. Ale on przekonywał, że koty to roznosiciele chorób, a ludzie, którzy pomagają bezdomnym zwierzętom, pewnie mają psychiatryczne zaburzenia i narcyzm w wersji domowej. Dobrosława śmiała się coraz głośniej, kiedy Przemysław opowiadał żarty o starych pannach i armii kotów.
W tym śnie Zofia nagle zaczęła płakać. Dziwnie i dziecinnie tak, jakby łzy spadały jej do wnętrza filiżanki. Przeprosiła, powiedziała, że boli ją głowa. Pożegnała się i wyszła.
Głowa bolała ją rzeczywiście jakby ktoś tłukł pałkami na trzeźwo. Było jej wstyd za łzy po co taki zbytek emocji? Szła przez Kraków, coraz dalej od jasnych okien, coraz głębiej w noc, której kolory były zimne, chociaż to przecież czerwiec. Ręce się trzęsły od lodowatego powietrza i upokorzenia. Wstydziła się, że nie zna Pilcha, że nie potrafiła zabłysnąć żartem, wstydziła się nawet własnego snu i swojej historii o śnie proroczym.
Ale w tej mgle, gdzieś pod starym drzewem, pojawiła się myśl: Powinien się wstydzić ten, kto wprowadza kogoś do domu i pozwala, by był obrażany. Ten, kto dzieli swój świat, zachwyt nad książkami, opowieściami, wszystkim, co bliskie sercu i nie broni tych wartości, kiedy inni wylewają na nie żółć.
To jest ciche zdradzenie pokazać przyjaciela jak na talerzu dla obcych oczu. Chociaż Zofia nie umiała tego w tym śnie nazwać, przecież nie była intelektualistką, nie miała odpowiednich słów. Pędziła tylko do domu, gdzie czekała jej kotka taka sama nieczytająca, nierozumiejąca żartów, przytulająca się po cichu i mrucząca najpiękniejszą kołysankę z wszystkich tomów świata.
Zofia już nigdy nie odwiedziła Dobrosławy we śnie. Niedługo potem w innym śnie Przemysław i Dobrosława dzielili mieszkanie w sądzie, targowali się o każdy złoty. Przemysław był zbyt energiczny i zbyt mądry. Może właśnie to jest wieczny mechanizm: ten, dla którego kogoś zdradzasz, pierwszy cię zdradzi.
Wystarczyło tylko łagodnie, spokojnie przerwać dowcipy, nie pozwolić na upokorzenie przyjaciela w swoim domu. Może wtedy szacunek rozlałby się jak ciepłe światło, a wszystko potoczyłoby się inaczej?
Zdrajca nie zasługuje na szacunek. Jego zdrada wraca do niego, prędzej czy późniejZ czasem sny Zofii stały się inne krótsze, jaśniejsze, bez gęstej mgły rozczarowania. Coraz częściej pojawiały się w nich sceny z jej kuchni: kubek herbaty, miękkie futro kotki grzejące się na kolanach, cień kasztanowca za oknem drżący na ścianie. Dostrzegała, że czułość i lojalność nie wymagają świadków ani fajerwerków. Starczy być własnym sobą, cichą przystanią dla zwierzaków i myśli, których nie trzeba tłumaczyć nikomu.
Pewnego ranka, właśnie gdy promień słońca muskał starą toaletkę, Zofia uświadomiła sobie, że nikt nie ma prawa podważać jej prostych zachwytów. Umiała kochać bez warunków i wybaczać bez oczekiwania. To jej było dane: iść przez życie ze swoją herbatą, książkami z przypadkowych półek, uśmiechem kota i nie musieć niczego udowadniać światu.
A Dobrosława? Kto wie, być może kiedyś obudzą się jej sumienie i pamięć, i przypłyną do niej słowa starej przyjaciółki ciche, jak wieczorne dzwony spod Wawelu: Nie potrzeba maskować cudzej podłości śmiechem. Prawdziwe serce nie wymaga cudzych oklasków.
Aż wreszcie sen się rozjaśnił, Zofia pogładziła kocie uszko. Mruczenie wypełniło pokój prawdziwym spokojem, a ona wiedziała, że już się nie wstydzi ani łez, ani tej zwyczajnej dobroci, której tak wielu wciąż musi się dopiero nauczyć.



