Kołnierzyk, proszę! rozkazał Władysław Romanowicz, podciągając kołnierz białej koszuli.
Wziął krawat od żony Jadwigi i surowym wzrokiem spojrzał na nią:
Co mi to podajesz? Daj ten, co przyniosłem z Warszawy. Dziś mam spotkanie z dyrektorem.
Jadwiga szybko odnalazła potrzebny krawat i podniosła go bez słowa.
Czyżby nie udało się zawiązać? mruknął Władysław Romanowicz, podnosząc podbródek, i stał nieruchomo, aż żona zaczęła wiązać krawat w jego ulubły węzeł.
Patrząc w lustro, przewrócił oczkiem i poprawił węzeł, patrząc na żonę z góry, jakby mówił: nie zdążyłaś zrobić tego tak, jak trzeba.
Schowaj jajecznicę, nie chcę jej. Przynieś kawę i zrób tost rozkazał przy stole w kuchni. Kawa się wystudziła! Nic nie robisz jak trzeba! gniew przenikał każde słowo.
W progu drzwi kuchennych pojawiła się wnuczka Bogna wczoraj przyjechała z córką na tydzień gościć. Oparła się o framugę, oceniając dziadka z perspektywy pięciu lat życia.
Chodź do mnie, Boganko zagadał Władysław Romanowicz, wyciągając ręce. Usiadł ją na kolanach i wyszeptał coś miękkiego, chcąc, by mała przytuliła się, zaśmiała i objęła dziadka. Jednak odpowiedź była niespodziewana:
Dziadku, po co tak do mnie mówisz? Tak mówią tylko dobrzy ludzie.
Czyż nie jestem dobry? zdziwił się staruszek.
Nie. Nie jesteś dobry. Tu jest zimno powiedziała Bogna, dotykając ręką jego klatki piersiowej. Potem ześlizgnęła się z kolan, podeszła do Jadwigi, przytuliła się do niej i pocałowała w policzek: Dzień dobry, babciu.
Zaskoczony zachowaniem wnuczki, Władysław nie od razu usłyszał odgłos silnika kierowca już czekał przy wejściu. Zmartwiony wstał od stołu, założył płaszcz, wypolerowane od wieczora buty, chwycił teczkę i ruszył do drzwi:
Nie czekajcie na obiad. Wieczorem mogę się spóźnić rzucił w biegu.
Zjeżdżając schodami, nasłuchiwał własnych odczuć. Wszystko wydawało się jak zwykle pełen energii, gotów podnieść góry ręką podwładnych. Każde rozkazy wykonane, bez względu na trudności. Wystarczy wydać polecenie, wyznaczyć termin i sprawdzić, czy zostało spełnione. Nie powinno go dręczyć, jak radzą się podwładni praca musi być zrealizowana w wyznaczonym czasie, nawet jeśli zostanie poświęcony cały dzień. Problemy cudzych ludzi go nie dotyczą!
Lecz coś drapało duszę. Co to były? Słowa wnuczki! Bolesne było usłyszeć taką krytykę od małego człowieka, kochanej Bogny.
Co to ma znaczyć, mała niegrzeczna? warczał, mijając podesty. Nie jestem surowy, a jedynie wymagający! Bez dyscypliny nie uda się nic zrobić, bo zaraz wszyscy się poddadzą, w domu i w pracy!
Między drugim a trzecim piętrem zauważył kociaka, mającego dwa miesiące. Kot uciekł pod ciepły grzejnik i z przerażeniem patrzył na przechodzących.
Rozprzestrzenili chorobę w klatce schodowej. Złapię warsztatnika i każę mu go usunąć!
Warsztatnika nigdzie nie było, chociaż nocny śnieg przykrył chodniki i trawniki białą kołdrą.
Leniuch! wykrzyknął Władysław Romanowicz, zatrzymując się przy wejściu, czekając na przyjazd Wojciecha, swojego prywatnego kierowcę. Do biura! krótko rozkazał i, marszcząc brwi, pogrążył się w myślach.
Nikt nie mógłby mi tego powiedzieć rozmyślał. Dlaczego? Bo się boją. A wnuczka nie boi się. Dobra robota! Z ust dziecka Czyżby powiedziała prawdę? To ona mnie w bezduszu skrytykowała. Władysław zsunął się na krzesło. Nie zawsze byłem taki. Życie mnie ukształtowało, a w sercu jestem dobry i życzę wszystkim dobra. Próbował się usprawiedliwić, lecz brakowało mu słów.
Dziś droga trudna, lód pod nogami nagle zwrócił się do Wojciecha. Kierowca spojrzał zdziwiony szef rzadko rozmawiał z nim w tak przyjaznym tonie.
Nic się nie martw, jedziemy po śliskich drogach, a przechodnie nie mają szczęścia. Dzisiaj mróz naprawdę szczypie.
Po krótkim, bezużytecznym dialogu serce Władysława poczuło się lżej. Spojrzał przez okno swojego ciepłego samochodu i zauważył, że ludzie na przystanku drżą z zimna.
Wojciechu, spójrz, to nasza dziewczyna wskazał na młodą kobietę przy drzwiach, nieco starszą od jego córki. Lidia z działu zaopatrzenia. Zabierzmy ją.
Jak sobie życzysz, panie Władysławie odpowiedział kierowca, zatrzymując się obok Lidi.
Lidio, usiądź w samochodzie, zanim zupełnie zmarznie próbował uśmiechnąć się serdecznie. Lidia odwzajemniła uśmiech i zgrabnie wsiadła na tylne siedzenie. Jej promienny uśmiech i błyszczące oczy rozjaśniły wnętrze.
Co chowasz pod płaszczem? zapytał Władysław.
Proszę, popatrzcie wyjęła małą kotkę ze schowka. Stoję na przystanku, a ona biega od jednego przechodnia do drugiego, ociera się o nogi, płacze. Zmarznięta, a ludzie nie zwracają uwagi. Zabrałem ją w domu, jej łapki i uszka zamrożone, więc schowałem pod płaszcz, żeby się ociepliła. Po zmianie zawiozłabym ją do domu, będzie żyła. Syn będzie się cieszył!
Ile ma lat twój syn?
Dziś ma siedem, idzie do pierwszej klasy. Jest samodzielny sam idzie do szkoły, odrabia lekcje, podgrzewa obiad.
Władysław przypomniał sobie, jak kilkakrotnie w tym miesiącu zmuszał dział zaopatrzenia do nadgodzin, choć nie było takiej potrzeby. A syn Lidi, pewnie wtedy sam musiał się opiekować. Znowu poczuł niepokój.
Lidio, uratuj kotkę mówisz, ratuj. Daję ci dziś wolny, za ratowanie i za urodziny syna. Zrób mu przyjęcie. Szefowi sam wszystko wyjaśnię. Wojciechu, odwróć auto, podwieziemy Lidię do domu.
Panie Władysławie, jakże jesteś dobry! rozpromieniła się Lidia. Czyżbyś też lubił koty?
Czy dobrzy ludzie muszą kochać koty? uśmiechnął się szef.
Nie zawsze. Ale kto kocha koty, na pewno jest dobry! dodała Lidia pewnym tonem.
Gdy podjeżdżali pod biuro, Władysław zapytał kierowcę:
Masz kota?
Dwa. odpowiedział Wojciech, mrugając. Dwa figlarne futerka.
Dzień w biurze mijał w zwykłym rytmie. Podczas przerwy na obiad, razem z zastępcą, pozwolił sobie na odrobinę luźnej rozmowy:
Masz wnuki? zapytał.
Dwóch. uśmiechnął się zastępca. Małych bandytów!
Lubią cię?
Oczywiście! przytaknął z zadymą w oczach. Kiedy przychodzą w gości, nie dają spokoju! Co razem wymyślimy!
A kot w domu?
Jak mógłby nie być? zdziwił się zastępca. On jest królem tego domu!
No tak! uniósł brew Władysław Romanowicz.
Wieczorem, po odprowadzeniu kierowcy, wspiął się na swój piętro. Między drugim a trzecim piętrem, przy grzejniku, wciąż siedział już znany kociak. Ktoś położył mu kawałek szmaty, obok stała miseczka z jedzeniem i kuwetą.
Co za ludzie! westchnął Władysław. Mały, a nikt o nim nie wie. Co zrobię, że zostaniesz tu na zimę, jak bezdomny? Pójdź ze mną, znajdziesz nianie i przyjaciółkę.
Złapał kociaka w ramiona, przytulił do siebie i wspiął się na swój fotel. Kot mruczał, a dawno zapomniane ciepło rozgrzało serce.
Dziadku! wykrzyknęła wnuczka, widząc kotka. Prosiłam babcię, żeby go wzięła, a ona mówiła, że nie pozwolisz.
Dlaczego nie pozwolisz? Oczywiście pozwolę uśmiechnął się dziadek, całując żonę w policzek. Tylko go najpierw umyć i imię wymyślić.
Po godzinie mały kot, nazwany Tytusem, siedział na kolanach Bogny, a ona na kolanach dziadka. Bogna przytuliła się do dziadka policzkiem i radośnie się uśmiechnęła:
Dziadku, już nie jest tu zimno.
Trochę cieplej, prawda? pogłaskał ją po głowie. Niech tak zostanie zawsze, dobrze?
Będzie, Aniu. Teraz będzie. Bo w domu jest kot, więc nie może być zimno.



