A pamiętasz, Zosia
On już przyzwyczaił się zaglądać do nich przez okno, bo mieszkali na parterze. Na początku chcieli wyżej, potem się przyzwyczaili. Najbardziej cieszyła się babcia nie trzeba było długo wspinać się po schodach. W soboty Waleria, babcia Zosi, piekła drożdżówki, racuchy albo inne smakołyki, zawsze pachnące, zawsze świeże.
Zapach pieczenia ulatniał się przez uchylone kuchenne okno, kusząc chłopców grających w piłkę na podwórku. Franek zakradał się po swojemu, nie przez kuchnię, tylko z drugiej strony domu, stawiał stary skrzynkę, wspinał się na nią i zaglądał do Zosi. Ona jakby wiedziała pędziła do okna, słysząc szelest jego butów.
Zaraz przyniosę drożdżówki, babcia upiekła. Jej malinowa kokardka związywała jasne włosy w koński ogon; rozwiązywała się i trzepotała w rytmie jej kroków.
Dobre… Franek z apetytem żuł, zerkając do pokoju. Babcia zrobiła po polsku? dopytywał.
Tak, już gotowe.
Dasz odpisać?
Zosia bez wahania podawała zeszyt. Jutro rano nie zapomnij przynieść, odbiorę przed lekcjami.
Franek uczył się nieźle, ale jak wielu chłopaków, miał tendencję do lenistwa, choć był bystry. Z matematyką radził sobie dobrze, ale bieganie po podwórku zabierało czas na naukę. W latach dziewięćdziesiątych nie było jeszcze powodzi telefonów komórkowych, dzieciarnia mogła biegać do nocy, nie spiesząc się do domu.
W ósmej klasie Franek pierwszy raz niósł tornister Zosi, wymachując nim i opowiadając jej o nowym filmie. Rok później krucha, piwnooka Joasia została według tajnego głosowania chłopaków najładniejszą dziewczyną w szkole. Franek zwariował. Nie spuszczał z niej wzroku, kręcił się przy niej, chodził za nią aż do domu. Zosia myślała, że to przejdzie. Teraz to ona odprowadzała go, czekała przy oknie, aż stuknie w szybę i powie: Zosiu, daj mi odpisać.
Joasia trzymała chłopaków na dystans, lecz przywiązywała do siebie mocno. Franek miotał się między Joasią raz mu sprzyjała, raz go odpychała a Zosią, która zawsze go czekała.
Nadal zaglądał do niej przez okno, a ona stawiała kubek herbaty na parapecie, wypuszczając parę, podając ciasteczka, jeśli akurat nie miała drożdżówek.
Słyszałaś, nasi przegrali informował, mając na myśli mecz. Zosia oczywiście wiedziała wszystko, co interesowało Franka. Oglądała mecze, czytała sportowe wiadomości, oglądała horrory, od których robiło jej się niedobrze, za to mogła zawsze podjąć rozmowę z Frankiem, gdy pytał o filmy.
Podtrzymywała go jak przyjaciel zawsze i we wszystkim. Franek przychodził do niej, raczej jak do towarzysza, który pomoże, wysłucha, zrozumie. A Joasia… Joasią się zachwycał, myślał o niej, męczył, nawet skarżył się Zosi, że Wojtek odprowadza Joasię.
Po maturze cała trójka dostała się na różne uczelnie. Franek już nie wpadał do Zosi odpisać, chodził za Joasią krok w krok. Do Zosi zaglądał rzadko, z sentymentu. Czasem szli razem do kina; Franek gadał bez przerwy, musiał się wygadać.
Franek, mam urodziny w sobotę. Zapraszam cię. Przyjdziesz? patrzyła na niego swoimi szarymi, zakochanymi oczami.
Zastanowił się. W sobotę? W sumie, można. Dobrze, przyjdę. Kto jeszcze będzie?
Rodzice, babcia, Wiera z Władkiem, Ola znasz ich, sami swoi.
To dobrze, przyjdę na pewno.
W sobotę Franek nie przyszedł. Wpadł po tygodniu, smutny i przygnębiony.
Franek, co się stało? Wyglądasz na naprawdę przybitego.
Skarżył się, że Joasia wyjechała na praktyki i nawet nie uprzedziła. Zosia pocieszała (choć jej też łamało serce). Czekałam na ciebie w sobotę powiedziała cicho.
Co było w sobotę?
Miałam urodziny
Ojej… uderzył się dłonią w czoło Zosiu, zapomniałem, nie gniewaj się…
Nie, zdarza się.
Podszedł do okna. A pamiętasz, jak latem dawałaś mi drożdżówki? Tam pod oknem stała skrzynka, wchodziłem na nią, a na parapecie już czekała herbata z konfiturą.
Zosia uśmiechała się, to wspomnienie grzało jej duszę, miło było, że Franek pamięta. Rozmawiali beztrosko, wspominając swoją podwórkową paczkę, kolegów i koleżanki, jak raz uciekli z lekcji, a wychowawczyni złapała ich na ławce w parku i odesłała z powrotem na historię.
Na piątym roku Franek fruwał ze szczęścia: Joasia zgodziła się wyjść za niego. Przyniósł tę nowinę Zosi. Ona trzymała się, gryzła wargę, żeby nie rozpłakać się przy nim. Słuchała go, ciągle będąc tylko tym przyjacielem, któremu można wszystko powierzyć.
Przez miesiąc płakała w poduszkę, przeklinając się w myślach, że przez tyle lat nie wyznała mu miłości.
Potem przyszedł do niej. Babcia i rodzice byli na wyjeździe. W mieszkaniu panowała dziwna cisza. Zosia siedziała, otulona starym pledem, patrząc w telewizor. Na początku nie uwierzyła, że za drzwiami to głos Franka.
Otworzyła i zobaczyła go przygaszonego, przybitego, opierającego się ramieniem o ścianę. Co się dzieje? przestraszyła się.
Wszedł, usiedli w jej pokoju. Wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Franku, no powiedz, co się stało?
Ona… ona… nie będzie ślubu… powiedziała, że kocha kogoś innego. Nigdy Zosia nie widziała go tak rozbitego. Podeszła, położyła ręce na jego ramionach: Franku, uspokój się, może jeszcze coś się ułoży.
Nie ma już szans, naprawdę nie ma, sama powiedziała i odebrała dokumenty rozumiesz, to koniec w oczach zabłysły łzy. Opadł jej na kolana, zsunął się z kanapy, wtulił głowę w jej sukienkę. To niemożliwe, Zosiu, po prostu niemożliwe…
Franku, kochanie, uspokój się, dam ci herbatę z miętą… pamiętasz, jak piliśmy na parapecie?
Pamiętam, Zosiu, tylko ty mnie rozumiesz, jesteś dobra zaczął całować jej kolana, najpierw niepewnie, potem coraz częściej, jakby chciał w pocałunkach zamknąć całą swoją rozpacz. Podniósł się, objął ją w pasie, obsypując twarz, szyję pocałunkami, szeptał coś cicho.
Franku, przestań, co ty…
Zosiu…
Franku, Franku, kocham cię! Zawsze cię kochałam, od szóstej klasy, mój ukochany…
Wyszedł już po północy, chował wzrok, starał się nie patrzeć na Zosię. No to na razie, przyjdę…
Będę czekać patrzyła za nim, aż drzwi na klatkę się zatrzasnęły.
Franek nie przyszedł, jakby tamtego wieczoru nigdy nie było. Sama sądziła, że ten wieczór to tylko sen. Niecały rok później Franek obronił dyplom i wyjechał na Pomorze.
Trzeba coś zrobić! z oburzeniem szeptał ojciec. Można porozmawiać z jego rodzicami.
Przecież ona nie chce! Zrozum, jest podenerwowana, a to może zaszkodzić dziecku odpowiadała mama. Franek wie o ciąży, powiedziała mu. A on zachował się jak obcy… może nawet wyjechał specjalnie…
Nie można zostawić tego tak… to skandal nie milknął ojciec.
Babcia łagodziła smutek szydełkując, czasem ocierała łzy. Żal jej było wnuczki: mądrej, dobrej dziewczyny…
Po narodzinach córki Zosia zdobyła numer do Franka (wymusiła go od kolegi ze studiów) i zadzwoniła. Powiedziała tylko jedno: Franek, mamy córkę. Nazwałam ją Franka.
On coś wybełkotał, można było rozpoznać tylko: Gratuluję.
Gdy mała Franka miała półtora roku, rodzice oznajmili, że w końcu spłacili kredyt za nowe mieszkanie i przeprowadzają się tam wraz z babcią. Mieszkanie było takie samo, dwupokojowe, tylko w sąsiedniej dzielnicy. Będziemy przyjeżdżać, wszyscy na zmianę, pomagać ci obiecała mama.
Zosia popłakała się.
No co ty, czemu łzy? Przychodzić będę codziennie, z Franką się pobawimy, zabierzemy ją do siebie, ty masz pracę zdalną…
Po prostu przyzwyczaiłam się, że wszyscy razem przyznała cicho.
Córeczko, czas leci, musisz sobie życie ułożyć, samodzielność to dobre rozwiązanie uspokajała mama.
Ostatnio Zosia coraz częściej słyszała od rodziców, babci, koleżanek, że powinna ułożyć sobie życie, że jest młoda, nawet z dziećmi się wychodzi za mąż.
Po tygodniu dwupokojowe mieszkanie było tylko Zosi. Mała Franka, śmiejąc się, przebierała nóżkami, próbując chodzić. Udawało jej się, choć wpadała na miękką pupę, potem znowu podnosiła się i wyciągała ręce do mamy. Zosia łapała ją, tuliła, śmiała się razem z córką.
On pojawił się nagle. Już wcześniej zdarzało mu się wpadać niespodziewanie. Jak wtedy, gdy rozpadła się jego ślub z Joasią.
Myślała, że to ojciec, obiecał odwiedzić, ale na progu stał Franek z ogromnym, czerwonym, zabawkowym wozem strażackim.
Cześć! Ty sama? Nie przeszkadzam? Mogę wejść?
Wyglądał dojrzalej, chyba schudł, rysy twarzy ostrzejsze.
Wejdź.
Proszę postawił samochód na podłodze.
Z pokoju dobiegł płacz dziecka, Zosia wróciła, wzięła Frankę na ręce. Mam córkę wskazała na samochód.
Franek uderzył się w czoło: Przepraszam…
Zabierz ten samochód, podarujesz komuś, odezwała się spokojnie Zosia.
Zdjął kurtkę, wszedł do kuchni. Prawie wszystko po staremu, nic się nie zmieniło. Może choć poczęstujesz herbatą?
Zosia włączyła czajnik, nie wypuszczając córki z rąk. Franek był niespokojny, nie wiedział, jak zacząć rozmowę.
Patrzył na nią: jasnowłosą, z rozpuszczonymi włosami, w długiej, prawie sięgającej kostek sukni, trzymającą córkę na rękach. Wyglądasz jak Madonna wymamrotał, zapatrzony w nią.
Zosia milczała.
Pamiętam, babcia piekła najlepsze drożdżówki. A pamiętasz, jak piliśmy na parapecie herbatę? Tam, w twoim pokoju. A jeszcze pamiętam, babcia podlewała kwiaty i chlapnęła wodą na ulice akurat wtedy stałem pod oknem, nie widziała mnie próbował się uśmiechać Franek. A pamiętasz, Zosiu…
Nie pamiętam przerwała mu Zosia. Odpowiedź była spokojna, wręcz obojętna. Franek się zatrzymał, zamilkł. Nie było w jej słowach złośliwości za jego pomyłkę, gdy sądził, że Zosia ma syna, nie córkę. Po prostu była szczera. Faktycznie, zaczęła już zapominać detale ich spotkań. Teraz miała córkę, której poświęcała czas, cieszyła się, podziwiała, dziwiła pierwszym słowom, starała się zapamiętać, co mówi, patrzyła, jak zasypia, jak się budzi, jak się bawi…
Napij się herbaty, a ja muszę ugotować kaszę dla Franki.
Franek po raz pierwszy poczuł, że nie jest tu oczekiwany. Wstał, zarzucił kurtkę. No, innym razem. Idę już, masz dużo roboty. Stał jeszcze chwilę, jakby liczył, że Zosia go zatrzyma, ale się nie doczekał.
Zamykając za nim drzwi, cicho powiedziała: Nie będzie już innego razu. Tu już nie podaje się herbaty. Ani kawy.
Wróciła do córki, objęła ją, pocałowała i poszła gotować kaszę.



