Tak, psy są naprawdę wierne! Ale wierne są tylko tym, którzy je kochają – a zdrajców nigdy nie wybac…

Tak, psy są niezwykle wierne! Ale ta wierność należy tylko do tych, którzy je kochają a zdrajców nie wybaczają…

Liza gnała za samochodem, zupełnie nie chcąc pozostawać sama w nieznanym miejscu. Nie chciała być porzucona i zapomniana.

Biegła za tym, kogo kochała, komu ufała bezgranicznie. Za człowiekiem, którego nie była w stanie zdradzić. Bo zwyczajnie nie potrafiła…

Marto, poznaj Lizę! z szerokim uśmiechem na twarzy Piotr przedstawił swoją sukę młodej kobiecie stojącej w progu mieszkania. Wyglądała olśniewająco w lśniących szpilkach, na których była co najmniej dziesięć centymetrów wyższa od chłopaka.

Jest grzeczna, łagodna, na pewno się dogadacie. A właściwie, nie mam wątpliwości, że tak będzie!

Liza radośnie kręciła się przy nogach pana, lecz na Martę patrzyła z wyraźną nieufnością.

To naturalne, że psy reagują ostrożnością wobec obcych. Ale tu było coś innego. Liza wyczuwała w tej kobiecie coś odpychającego, od czego instynktownie chciała się odsunąć.

Nie chodziło wcale o mdlący zapach jej perfum, których intensywność mogła konkurować z przemysłową chemią. Psy mają niezwykły zmysł potrafią rozpoznać ludzi o złych intencjach.

Liza była w tym prawdziwą mistrzynią. Instynkt nigdy jej nie zawodził.

Na spacerach, mijając takich ludzi, zawsze starała się trzymać z Piotrem daleko od nich, niekiedy wręcz ciągnąc go w inną stronę pod prąd jego woli. Robiła to, bo go kochała. Bo chciała go chronić.

W dwupokojowym mieszkaniu nie było jednak gdzie uciec. Tymczasem Piotr traktował Martę niezwykle czule przytulał ją, całował…

Kiedy Marta dostrzegła nieprzyjazny wzrok Lizy, złapała Piotra za rękę i pociągnęła go do kuchni. Zamknęła drzwi, po czym półgłosem powiedziała:

Czemu mi nie powiedziałeś, że masz psa?

Nie było okazji odpowiedział Piotr równie cicho. Masz coś przeciwko?

Tak, mam! powiedziała, marszcząc brwi. Nie cierpię psów i nie zamierzam mieszkać w jednym mieszkaniu z tą… Jak jej tam?

Liza…

No właśnie, Liza.

Co mam z nią zrobić? Wyrzucić na ulicę? Jesteśmy razem już cztery nie, pięć lat chyba. Sam już nie pamiętam. Ale całe wieki.

Piotrze… Marta spojrzała na niego znacząco, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza już tego tematu drążyć. Dopóki ta suka będzie tutaj, ja się do ciebie nie wprowadzę. I ślubu też nie będzie.

Nie znoszę psów, rozumiesz? W ogóle nie mogę ich znieść. Sam zdecyduj, kto jest dla ciebie ważniejszy ja czy pies.

…Leje jak z cebra. Wycieczki wycieraczek po szybie brzmiały jak gniewne złorzeczenie w nocnej ciszy, a Piotr z kamiennym wyrazem twarzy pędził pustą ulicą. Czuł się, jakby ktoś wylał mu do duszy wiadro śmieci. Zmuszono go do czegoś strasznego. Do czegoś, czego nigdy nie chciał zrobić.

Ale kochał Martę. Plany miał poważne nawet o ślubie myślał. A może to już nie była miłość… Teraz nie miało to znaczenia.

Liczyło się, że ojciec Marty obiecał rozwiązać wszystkie jego zawodowe problemy, a to była persona w mieście, z którą lepiej było się przyjaźnić niż mieć za wroga. Obiecał pomoc więc nie kłamał.

To była szansa, by jego mała firma budowlana nie zbankrutowała. Nawet coś więcej: by się rozwinęła, by wreszcie stanął mocno na nogach. Rezygnacja byłaby czystym absurdem.

Za miastem wcisnął gaz do dechy. Deszcz się wzmógł, wraz z nim huraganowy wiatr. Krople deszczu tłukły o wszystko z furią o dach, maskę, szyby, bagażnik. Jakby próbowały go zatrzymać. “Opamiętaj się!” zdawał się krzyczeć deszcz.

Liza leżała na tylnym siedzeniu i śledziła kapie spływające po szybie. Jej przeczucie tym razem nie zawiodło. Z pojawieniem się nieznajomej pan się zmienił: stał się chłodny, oschły, zamknięty w sobie. Przestał z nią rozmawiać, nie głaskał. Był już kimś obcym.

Piotr zatrzymał się na poboczu, zapalił papierosa. Dym powoli wypełnił wnętrze auta.

Założył kaptur i wysiadł w strugach deszczu. Liza truchlała w niepewności.

Chwilę później, jak w scenariuszu, trzasnęły gwałtownie tylne drzwi. Kłąb trującego dymu wymieszał się z nocą. Piotr szarpnął Lizę za obrożę i wyciągnął ją z auta. Pisnęła żałośnie.

Potem dwa głośne trzaski: drzwi tylne, drzwi przednie.

Samochód ruszył z piskiem i oddalił się w stronę miasta, nie zważając na grad deszczowych kropli.

Liza stała pośrodku ciemnej, mokrej drogi, patrząc w ślad czerwonych świateł. Deszcz bez litości wsiąkał w jej sierść i nie zostawiał suchego miejsca.

Ruszyła z miejsca. Pobiegła za samochodem, nie chcąc zostać w obcym miejscu. Za tym, którego kochała i któremu ufała bezgranicznie. Za tym, dla kogo nigdy by się nie odwróciła.

Bo nie znała zdrady. Ale gdzie mogła się równać z samochodem pędzącym ponad sto na godzinę? Była tylko zwykłą suczką, nie gepardem.

Brudna, mokra sierść coraz bardziej ciążyła jej z każdym krokiem.

Czerwone światła dawno już zgasły w ciemnościach, a Liza dalej biegła, nie mogąc przestać.

Gdy los daje do zrozumienia, że czas się zatrzymać, potrafi to sprawić brutalnie. Nie dlatego, że jest okrutny. Po prostu nie ma sensu gonić za przeszłością.

Pisk opon, potem głuchy łoskot. Kierowca wyskoczył, złapał się za głowę.

Na mokrym asfalcie leżał pies. Podszedł ostrożnie i spojrzał jej w oczy.

Te oczy pełne wiary, ale z każdą sekundą z tej wiary nic nie zostawało. Tylko żal i pustka.

Dzięki Bogu, żyjesz pomyślał Tomek.

Otworzył drzwi auta, rozścielił na siedzeniu swoją kurtkę, po czym delikatnie podniósł Lizę, układając ją wygodnie na miękkim posłaniu.

Późno już było, a pomoc w nocy można było uzyskać tylko w jednej, całodobowej lecznicy weterynaryjnej w Warszawie. Tam się więc udał. Czasem zerkał na psiaka, który lekko drżał łapami, jakby dalej biegł.

Weterynarz nie żądał opłaty za pierwszą wizytę. Gdy zapytał, co się stało, Tomek opowiedział, jak potrafił.

Dla niego było jasne tego psa ktoś się zwyczajnie pozbył. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni zdarza się to w tym mieście.

Na szczęście większych obrażeń nie było tylko stłuczenia. Lekarz wypisał specjalną maść i zalecił robić zimne okłady na opuchliznę przez dobę.

Tomek zaniósł Lizę do swojego mieszkania i położył na kurtce rzuconej na podłogę.

To tylko na chwilę, wiesz? powiedział cicho do Lizy.

Po dziesięciu dniach suczka odzyskała siły. Chodziła jeszcze lekko kuśtykając, ale najważniejsze, że chodziła. A kulawizna minie z czasem.

Wyrzucili cię na ulicę, co? wyszeptał Tomek, siedząc z Lizą na łóżku.

Nigdy nie miał psa. Nie miał nawet znajomych z psami. Szczerze mówiąc, nie miał w ogóle przyjaciół. Kiedyś miał, ale się rozczarował. Jeden podprowadził mu dziewczynę, drugi wykiwał w interesach tak, że Tomek ogłaszał upadłość, trzeci wpakował w kryminał.

Wszystko jednak jakoś przetrwał, porzucił stare życie i przeprowadził się do innego miasta.

Z psimi sprawami musiał sobie radzić z pomocą lekarza, który dał mu wizytówkę i polecił dzwonić w razie czego.

Kąpiel udała się bez walki Liza nawet lubiła wodę, nie okazywała agresji.

Potem długo konsultował, czym ją karmić, dwa razy zawiózł na kontrolę, by mieć pewność, że wszystko w porządku.

Ale martwił się Liza prawie nic nie jadła, przez dnie leżała bez ruchu, zupełnie nie zwracała na Tomka uwagi.

To normalne uspokajał doktor.

Lekarz podpowiedział, żeby jak najwięcej z nią wychodzić. Częsty ruch i cisza, niczego od niej nie oczekiwać z czasem przywyknie, może nawet zaprzyjaźnicie się.

I tak właśnie było. Rany z czasem się wygoiły, po półtora miesiąca Liza otworzyła się na Tomka. Może nie byli jeszcze najlepszymi przyjaciółmi, ale Liza zaczęła mu ufać, jadła już normalnie. Tylko, że teraz była Zuzą.

Nowe życie, nowe imię. Przyzwyczaiła się błyskawicznie może dlatego, że Zuza brzmiało podobnie do dawnej “Liza”, a może po prostu nadszedł czas na nowy rozdział.

Codziennie, bez względu na deszcz czy śnieg, chodzili razem ulicą i czuli się dobrze, mając siebie.

Tylko gdy padało, oczy Zuzy stawały się smutne i błyszczące. Wilgotne nie od deszczu, lecz od wspomnień.

Bo niełatwo jest zapomnieć. Zwierzęta, choć nie są ludźmi, czują jak my. Kto się z tym nie zgadza, ten chyba nigdy psa nie miał.

Któregoś listopadowego popołudnia, gdy spacerowali po parku, Zuza pogoniła kota straciwszy z oczu Tomka, który właśnie stał przy kawiarni po gorącą kawę. Było zimno, więc napój trochę rozgrzewał.

Gdy się obejrzał, psa już nie było. Zostawił kawę i ruszył w panice na poszukiwania, nie wiedząc nawet, w którą stronę biec.

Tymczasem Zuza obszczekiwała kota, który wdrapał się na drzewo, zachęcając go do powrotu na ziemię.

Obok zatrzymała się czarna terenówka, z której wysiadł Piotr.

Chciał wejść do pobliskiego sklepu, lecz nagle zamarł, patrząc prosto przed siebie.

Liza!

Początkowo suczka nie odniosła wrażenia, że chodzi o nią. Dopiero kiedy usłyszała znajome imię jeszcze raz, odwróciła się i spojrzała na Piotra.

Liza, do mnie! były właściciel przykucnął, szeroko się uśmiechając.

Chciała rzucić się w jego ramiona, lecz powstrzymywało ją coś trudnego do opisania. O czym myślą psy w takich chwilach? Nie wiadomo. Ale myśli miała.

Przecież on ją zostawił! Czy naprawdę? Może nie zrozumiała wszystkiego i cały czas jej szukał?

Jej ogon lekko się poruszył czy to z radości, z napięcia, czy jeszcze z czegoś innego…

Widział jej niepewność. Piotr przeskoczył przez płot i podszedł do niej, wyciągając rękę.

Lizo! Lizuniu! Tak się cieszę, że cię znalazłem. Podejdź, no!

Pogłaskał ją, przyciągnął do siebie; nie opierała się, ale szczęścia tej dawnej nie było. Nie kręciła się w euforii, nie merdała ogonem.

Coś ją blokowało. Coś stało na przeszkodzie.

Tomek podbiegł tuż obok i zobaczył, jak obcy mężczyzna ciągnie Zuzę za obrożę do auta.

Co pan wyprawia? To mój pies!

Dopadł Piotra, chwycił za ramię i szarpnął w swoją stronę.

Co pan robi? To moja suczka! powtórzył pewniej.

Serio?

Serio. Zuzia, chodź do mnie!

Zuza zrobiła krok w jego stronę, lecz Piotr trzymał ją mocno.

Jaka Zuza, to Liza! To mój pies, od szczeniaka ją wychowałem, a potem…

Co potem? zapytał Tomek, domyślając się już, z kim rozmawia.

Nie twoja sprawa! To mój pies, zabieram ją, rozumiesz?

Nie rozumiem! To moja suczka i ze mną zostaje. Proszę nie prowokować.

Co?!

Oczy Piotra pociemniały, twarz zmieniła się w purpurę. Zamachnął się, chciał spoliczkować Tomka ale właśnie wtedy suczka, która dotąd biernie przyglądała się starciu dwóch panów, nagle zawarczała groźnie i, wyrywając się, stanęła naprzeciw Piotra, szczerząc zęby.

Piotr zamarł; osłupiał. Nigdy dotąd Liza się tak nie zachowywała. Nigdy nie patrzyła mu prosto w oczy z groźbą gotowości bronienia się do końca.

Opadła mu ręka, zrobił dwa niepewne kroki w tył.

Zuzia, chodź już. powiedział cicho Tomek.

Suczka podeszła do niego, otarła się nosem, a potem spokojnie pochyliła łebek, by przypiął jej smycz.

Ruszyli aleją usłaną liśćmi, nie oglądając się już za siebie. Piotr patrzył za nimi i zaciskał pięści z wściekłości i bezsilności.

Z Martą nic nie wyszło. Ślubu nie było, teścia pomoc nie nadeszła, trzeba było sprzedać firmę, żeby spłacić długi. Nie mógł sobie wybaczyć tamtej nocy. Ale cofnąć już niczego nie mógł.

Tak, psy są wierne! Ale tylko tym, którzy je kochają a zdrajców nie wybaczają…

Rate article
Fajna Tajna
Tak, psy są naprawdę wierne! Ale wierne są tylko tym, którzy je kochają – a zdrajców nigdy nie wybac…