Kiedy miałam pięć lat, od razu stałam się sierotą. Najpierw zmarła mama, a po chwili pożegnałam się na zawsze z ojcem. Po pół roku odszedł dziadek, a babcia przetrwała jeszcze rok, po czym także odeszła.
Zabrała mnie moja ciotka, Katarzyna, mieszkająca w odległej wiosce w Beskidach, gdzie samotnie wychowywała troje własnych dzieci. Życie pod jej dachem nie należało do najłatwiejszych. Katarzyna nie litościła ani własnych pociech, ani mnie krzyczała na wszystko, co się ruszało, biła surowo. Czasem jednak kłaniała się przed ikonami, wylewała goryczliwe łzy i pozwalała, by jej małe dzieci podchodziły ostrożnie, obejmowały mnie i współczuły. Przez chwilę w domu panował kruchy spokój.
Starałam się trzymać z dala od tej niespokojnej rodziny, bałam się, że wpadnę w gniew ciotki. Marzyłam, by jak najszybciej dorosnąć i wyjechać z tego domu. Często wspominałam kochającą, pełną zrozumienia rodzinę, którą miałam w sercu.
– Moja biedna córeczko, naprawdę zamierzasz odejść razem ze mną? dręczył mnie głos matki, kiedy jeszcze leżała w szpitalu, głaszcząc mnie po czole i czując, że jej odejście jest nieuchronne.
Tak mijały lata.
Gdy skończyłam osiemnaście, pożegnałam się z ciotką i jej dziećmi z ulgą. Nie miałam pojęcia, dokąd pojechać chciałam jedynie uciec od tego nienawistnego domu.
Przybyłam do Warszawy, miasta, z którego mnie zabrała ciotka. Powietrze wydawało się słodsze, gwiazdy jaśniejsze, ludzie bliżsi. Wróciłam do mojego małego mieszkania, w którym krótko mieszkałam z najbliższymi. Wszystko było znajome, aż do bólu miłe. Nawet zapach przywoływał na myśl beztroskie czasy. Ciotka wynajmowała to lokum innym najemcom.
Znalazłam pracę jako kelnerka w jednej z warszawskich kawiarni. Dostawałam hojne napiwki, miałam nachalne zalotki, a szampan lał się strumieniami Jak nie dać się porwać temu wirującemu morzu uczuć? Młode życie toczyło się w szaleńczym tańcu.
Po roku znalazłam się sama z małym dzieckiem w ramionach. Musiałam wrócić do wioski, by prosić ciotkę o pomoc. Katarzyna, oczywiście, nie szczędziła mi ostrych słów:
– Jeszcze nie zdążyłaś zejść ze schodów, a już przyniosłaś noworodka!
Mimo to przyjęła mnie i natychmiast zorganizowała chrzest w miejscowym kościelnym. Niech anioł stróż rozpostrze skrzydła nad tą dziewczynką powiedziała. Dziecko nazwała Wiera.
Płakałam dniami i nocami. Czułam, że moje młode życie zostało na zawsze zniszczone. Na szczęście w wiosce nigdy nie brakowało pracy. Po jakimś czasie uspokoiłam się, ale nie zapomniałam o marzeniu o ucieczce z tej wsi. Gdy Wiera urosła, ponownie zaczęłam planować wyjazd. Ciotka dała mi przestrogę:
– Uważaj, kochana, bo przyjazne grzechy mogą cię wciągnąć w otchłań. Bądź roztropna przy wyborze ludzi.
Wróciwszy do Warszawy, zapisałam córkę do przedszkola, a sama podjęłam pracę jako pomoc domowa u arabskiego sprzedawcy słodyczy na targu. Mężczyzna ten, Asaf, obdarzał mnie wyraźnymi zalotami, obiecywał małżeństwo, wyjazd do ojczyzny, poznanie krewnych…
Zdecydowałam, że chcę dać mu dziecko, i nazwałam je Jasmyną, na cześć jego matki. Niedługo potem Asaf zaczął mnie unikać, a w końcu zwolnił i zerwał wszelki kontakt.
Tym razem nie chciałam obciążać ciotki. Byłoby to dla niej upokarzające, by przyjść z dwójką półsierot.
– Boże, czemu przeskakuję z jednej bagiennej kałuży do drugiej? drwiłam z siebie. Postanowiłam wyjść z tego bagna samodzielnie.
Tylko Bóg znał, jak ciężko było mi jako młodej kobiecie. Gdy ręce opadały, chciało się wyć z goryczy samotności. Często przywoływałam słowa ciotki: Jesteś teraz bez rodu i plemienia. Licz się tylko na siebie. Może kiedyś promień słońca zajrzy w twoje okno.
Mimo wszystko ciotka stała się dla mnie przykładem stoickiej siły wychowała własne dzieci, przygarnęła mnie, samotną sierotę, chociaż miała własnych krewnych. Teraz rozumiem i nie oceniam jej.
Lata mijały, stałam się ostrożna w relacjach, bo takowych nie było. Dzieci dorastały, a ja miałam pełne ręce obowiązków.
W trzydziestym siódmym roku życia los przyniósł mi spotkanie z Wojciechem, który zauważył mnie w domu wypoczynkowym. Podobało mu się, jak troszczę się o córki, jak rozmawiam z nimi, jak się uśmiecham.
Pierwszego wieczoru szczerze opowiedziałam mu o swoim trudnym życiu, po prostu chciałam wypłakać się przed kimś, kto posłucha. Wojciech słuchał uważnie, kiwając głową, i na koniec powiedział:
– Jadwiga, wyjdź za mnie za mąż. Nie pożałujesz.
Wojciech i ja zostaliśmy parą. Wiera i Jasmina pokochały go. On kochał nasze dzieci szczerze, a ja go wielbiłam. Czułam się jak pszczoła otoczona nektarem, a jednocześnie trzymałam dystans, bo bałam się kolejnego zranienia.
Wojciech często sugerował, że powinniśmy mieć wspólne dziecko, ale ja ignorowałam te podpowiedzi lepiej podnieść już istniejące. Pewnego dnia, rozgniewany, wykrzyknął:
– Królowa śniegu, obejrzyj mnie choć raz łagodnie!
Odpowiedziałam zimno:
– Co, masz już jakieś kury na sznurze? Niech odprowadzają, nie płaczę.
Następnego ranka nie znalazłam jego rzeczy odszedł na zawsze.
Czemu mu brakowało czegoś? zadawałam sobie pytanie. Na początku cieszyła mnie samotna egzystencja: jadłam, co chciałam, spałam, kiedy chciałam, nie miałam nikogo, kto krytykowałby brudne naczynia, nieprane skarpetki czy potłuczone buty wolność.
Lata minęły, córki wyszły za mąż, wyjadły z rodzinnego gniazda i założyły własne, a ja zostałam sama ze swoją wolnością i wspomnieniami. Pragnęłam jeszcze raz zobaczyć Wojciecha, choć minęło dwadzieścia lat. Chciałam chociaż spojrzeć, jak mu się wiedzie.
Dzięki wspólnym znajomym dowiedziałam się, gdzie mieszka. Okazało się, że mieszka na przedmieściach. Postanowiłam go odwiedzić. Jeśli spotka mnie żona Wojciecha, przedstawię się dalszą krewną wymyśliłam scenariusz i wyruszyłam w drogę.
Drzwi otworzyła kobieta w ok. czterdziestu pięciu latach.
– Kogo szukacie? zapytała.
– Dzień dobry, czy pan Wojciech mieszka tutaj? nieśmiało zapytałam.
– Mieszkał A wy kim dla niego jesteście? dopytała.
– Jestem siostrą kuzynką. Ania, improwizowałam.
– Wchodźcie, ja jestem Luiza, jego wdowa, przywitała mnie i wprowadziła do domu.
Zanim usiadłam, moje nogi poddały się pod ciężarem, poczułam słabość. Luiza pomogła mi usiąść na łóżku, podała szklankę wody.
– Kiedy to się stało? wyszeptałam.
– Rok temu. Mój Wojtek był bardzo chory. Miał pewną tajemnicę kochał jakąś kobietę. Mieszkał ze mną, a w snach przywoływał ją Ja go kochałam i wybaczałam, choć zazdrość mnie gryzie. Nie mieliśmy dzieci, bo on nie chciał. Aż pewnego dnia przybyła ta Jadwiga.
Luiza wzruszyła się i zaszlochała. Potem westchnęła z ulgą widać było, że od dawna chciała podzielić się swoją smutną historią, a ja niespodziewanie wpadłam w jej życie.
– Jadwiga to ja wyszeptałam.
– Ty? zdziwiła się Luiza.
– Tak. Chciałam zobaczyć Wojtka, a okazało się, że jest za późno. Zgnieźliśmy jego miłość. Żałuję. Nie potrafiłam kochać, nie umiałam litości, bo od pięciu lat byłam sierotą, a ciotka przygarnęła mnie do wioski. Nie potrafiłam zaakceptować tego życia. Marzyłam o czystej miłości, a rzeczywistość kopnęła mnie w błoto i nie ufałam nikomu. Wojtek to czuł.
Luiza odebrała mi słowa:
– Byłaś dla niego świętością! Gdybyś przyszła choć rok wcześniej, mógłby się wyleczyć. Niestety, los sprawił, że to ja miałam słuchać twojej wyznania Jesteś niewinna, nie znałaś miłości w dzieciństwie. Przykro mi, że nic wam nie wyszło.
Po chwili objęłyśmy się, jak dwie siostry, i ponownie wypłakałyśmy gorzkie łzy.



