Marina, kochana, słyszałam, że masz kłopoty finansowe? Marina kroiła łososia i zawijała w naleśniki…

Dziennik, 29 listopada

Siedzę właśnie w kuchni u mamy, jak co roku w ostatnią niedzielę listopada. Mama smaży naleśniki na starej żeliwnej patelni, jednym zgrabnym ruchem przewraca je na drugą stronę. Ja, jak zwykle, przygotowuję farsz kroję łososia, którego dziś rano kupiłam na targu. Ścieram ser, drobno siekam koper, wykładam śmietanę do porcelanowej miseczki.

Cała nasza rodzina zebrała się przy dużym stole. Siostra Jagoda z mężem Pawłem, wujek Wojtek z ciocią Ludwiką, kuzyni Szymon i Piotr. Wszyscy zajadają się naleśnikami, popijają gorącą herbatą, śmieją się, rozmawiają.

Jagodo, podaj łososia proszę, wysuwając talerz przez stół.

Proszę bardzo.

Siostra nakłada sobie na naleśnika solidną porcję.

Świetny ten łosoś, naprawdę świeży.

Kupiłam na Hali Mirowskiej. Trochę drogo, ale do naleśników warto.

Wujek Wojtek dolewa sobie herbaty.

No dobrze kochani, pora na najważniejsze gdzie świętujemy Sylwestra?

Wszyscy patrzą po sobie. Jagoda odzywa się pierwsza:

No gdzie, jak nie u Doroty! Ona ma największy dom, miejsca starczy dla wszystkich.

Podnoszę wzrok z talerza.

Są jakieś inne pomysły?

U nas w mieszkaniu się nie zmieścimy. Tradycja to tradycja.

Powtarzam za nią cicho:

Tradycja.

Ciocia Ludwika odkłada naleśnika, ociera usta serwetką.

Doroto, upieczesz ten swój tort czekoladowy, Pragę? W zeszłym roku był niebiański. Do dziś z Wojtkiem wspominamy!

No i weź więcej kawioru dorzuca wujek Wojtek, popijając herbatę. W zeszłym roku rozszedł się w pół godziny, za mało było. Teraz kup ze dwa słoiczki.

Patrzę na rozanielone twarze bliskich, uśmiechy, tłuste ślady po naleśnikach na ich ustach. Przenoszę wzrok na męża. Siedzi, zapatrzony w telefon, nie odzywa się, ale widzę napięte ramiona. Słyszy wszystko, jak zwykle.

Nasz syn Bartek w słuchawkach kiwa głową do muzyki. Ma szesnaście lat, dorosłe rozmowy go nie obchodzą.

No to jak, Doroto? naciska Jagoda.

W porządku mówię cicho, choć w środku coś we mnie pęka.

W domu mąż nie wytrzymuje, gdy tylko zamykamy drzwi.

Znów będziesz urządzać stół dla całej zgrai? Ile można? Ja i Bartek prosimy cię już od trzech lat.

Sama nie wiem zdejmuję kurtkę i wieszam ją na wieszak.

Co nie wiesz? Przecież się zgodziłaś! Jak zawsze. Skinęłaś głową i po sprawie.

Powiedziałam dobrze. Ale nie powiedziałam, że zapłacę za wszystko.

Zatrzymuje się, zaskoczony.

Co knujesz?

Zobaczysz. Jeszcze sama nie wiem. Ale coś wymyślę.

Idę do kuchni, nastawiam czajnik, włączam laptopa, uruchamiam Excela. Przed oczami pusty arkusz.

Zaczynam wspominać zeszłorocznego Sylwestra. Mięso indyk i wołowina. Rybka łosoś. Kawior czerwony i czarny. Owoce morza krewetki, kalmary. Owoce mandarynki, winogrona, ananas. Słodycze cukierki, ciastka, pianka. Tort Praga. Spisuję cyfry, sumuję. Dodaję napoje, pieczywo, sosy, kawę, herbatę, serwetki, drobiazgi…

Potem lata wcześniejsze niemal to samo. Kwota rośnie z roku na rok.

Mąż zagląda przez ramię.

Ile tego wychodzi?

Popatrz.

Patrzy na końcową sumę, gwiżdże cicho.

No nieźle. Prawie twoja miesięczna pensja.

Więcej. Półtorej. I jeszcze nie wliczyłam dekoracji, świec, talerzy. Jeszcze z tysiąc muszę dołożyć.

I ty co roku tyle wydajesz?

Co roku. A oni przyjeżdżają, jedzą, bawią się. Nawet nie powiedzą porządnie dziękuję. Myślą, że tak ma być.

Co zrobisz?

Porozmawiam z nimi.

Za tydzień dzwonię do siostry.

Jaga, musimy pogadać.

O co chodzi? Coś nie tak?

O Sylwestra. Przyjedź, pogadamy.

Jagoda przyjeżdża w sobotni poranek. Sztywna, z miną niezadowoloną. Siada przy stole, daję jej herbaty.

No, mów. O co chodzi?

Wyjmuję wydruk z Excela, kładę jej przed nosem.

Policz, ile co roku wydaję na wspólnego Sylwestra. Zobacz.

Przebiega wzrokiem po sumach, jej twarz się zmienia.

Ale my ci nie kazaliśmy kupować czarnego kawioru i indyka.

Kazaliście! Wujek Wojtek mówił, że z kurczakiem nudno, musi być indyk lub gęś. I kawioru chciał podwójnie.

Pije herbatę, opiera filiżankę o stół. Patrzy na mnie już inaczej.

I co teraz?

Ja już nie dam rady sama wszystko ciągnąć. Po prostu. Dzielimy koszty, albo każda rodzina kupi coś od siebie. Ja mogę gotować, nie mam z tym problemu. Ale koniec ze sponsorowaniem wszystkiego.

Jagoda się krztusi, podaję jej serwetkę.

Żartujesz? Co, zbiedniałaś?

Nie zbiedniałam. Po prostu mam dość robienia święta dla dziesięciu osób za moje. Przez trzy lata!

Przecież jesteśmy rodziną, Doroto. To jakieś skąpstwo! Tak się między bliskimi nie liczy pieniędzy.

Księgowość! Pracuję w księgowości, pamiętasz? Mam swoje liczby. I nie są ładne.

Macie jakieś długi? Adam stracił pracę? Kredyt macie?

Nie. Po prostu chcę sprawiedliwości.

Jagoda wstaje, krąży po kuchni. Patrzy przez okno.

Zrobiłaś się skąpa. Kiedyś byłaś milsza.

Kiedyś byłam głupsza. Teraz mam dość.

Jeszcze rozmowa z wujkiem Wojtkiem i ciocią Ludwiką. Zaprosiłam ich na herbatę. Podałam im tabelę, wyjaśniłam.

Wujek Wojtek się burzy najbardziej. Macha rękami, narzeka, że to koniec tradycji, że teraz młodzi są samolubni, kiedyś tak nie było.

Doroto, zwariowałaś? Mam małą emeryturę. Skąd mam na przysmaki?

Też nie zarabiam kokosów. Ale jakoś daję radę planuję, liczę.

Obrażasz nas.

Mówię tylko prawdę, którą trzeba było powiedzieć trzy lata temu.

Ciocia Ludwika dzwoni następnego dnia.

Dorotko, słyszałam, że masz finansowe problemy?

Nic z tych rzeczy, ciociu. Po prostu nie chcę już jedna organizować zebrania rodzinnego dla wszystkich.

Ale jesteśmy rodziną! Pieniędzy się nie liczy!

Właśnie w rodzinie powinno być szczerze.

Jesteś zła o coś?

Nie jestem zła. Tylko zorientowałam się, że to tzw. wspólne święto od trzech lat finansuję wyłącznie ja.

Może możemy pomóc? Coś przynieść?

O właśnie, to bym chciała. Każdy coś przyniesie, wtedy będzie sprawiedliwie.

Rodzina milczy przez tydzień. Przygotowuję się do sylwestra tylko z Adamem i Bartkiem. Spisuję menu, listę zakupów, nieco już kupiłam. Mąż wspiera, mówi, że dobrze zrobiłam.

Bartek też chwali:

Mamo, jesteś super! W końcu postawiłaś im granicę!

Ale tydzień przed sylwestrem, 24 grudnia wieczorem, dzwoni Jagoda. Nieco spięta, ale już nie zła.

Doroto, jesteś w domu?

Jestem.

Mogę wpaść?

Jasne.

Po pół godzinie siedzi przy stole. Daję jej herbatę i ciastka.

Dobra. Przegadaliśmy wszystko z rodziną. Zgadzamy się.

Na co?

Na podział wydatków. Wujek Wojtek przyniesie napoje. Ja mięsiwa i ryby. Ciocia Ludwika słodycze i owoce, Ty z mamą dania główne i dodatki. Może być?

Jak najbardziej. Dzięki, Jaga.

31 grudnia rodzina zjeżdża się od rana. Wujek przynosi kilka siatek z napojami, zdejmuje czapkę, ociera czoło.

Przyniosłem. Mam nadzieję, wystarczy.

Dzięki, wujku Wojtku.

Jagoda pojawia się z półmiskami wędliny, szynka, pieczona ryba, krewetki w zalewie.

Starałam się, wszystko najlepsze.

Świetnie, dzięki!

Ciocia Ludwika przynosi ciasto w ozdobnym pudełku, owoce, siatkę cukierków.

Ciasto z cukierni, chwalili bardzo. Owoce świeże z targu.

Ja wyciągam z piekarnika swoją pieczoną kurę, ziemniaki z pieczarkami, warzywa. Razem nakrywamy do stołu.

Jest lekko nerwowo. Jagoda zaciska usta, wujek cicho pomrukuje coś o dzisiejszej młodzieży, ciocia Ludwika poprawia obrus. Ale każda minuta łagodzi atmosferę. Wszyscy jedzą, rozmawiają, dzielą się nowinkami.

Przed północą jest już zupełnie jak dawniej śmiechy, wspomnienia, składanie życzeń.

Siedzę przy stole, patrzę na rodzinę. Adam żartuje z wujkiem o wędkowaniu. Bartek w końcu bez słuchawek. Nawet Jagoda wkręciła się w opowiadanie anegdotek z pracy.

Po północy wujek Wojtek podchodzi do mnie do kuchni, gdy zmywam. Bierze ścierkę, pomaga wycierać naczynia.

Dorota, miałaś rację! Naprawdę!

W czym, wujku?

Że wydatki trzeba dzielić. Nigdy nie myślałem, ile to wszystko kosztuje. Teraz, jak sam kupowałem zobaczyłem.

Czuję ulgę. Nie tę zwyczajową świąteczną frustrację czy zmęczenie, po którym mam ochotę trzy dni spać. Po prostu ulgę i chyba radość.

Bo tym razem nie przemilczałam. Powiedziałam, co myślę. Postawiłam sprawę jasno i rodzina się nie obraziła, tylko przyjęła nowe zasady.

Adam objął mnie w kuchni, gdy wszyscy rozeszli się do pokoi.

Jestem z Ciebie dumny, Dorotko!

Czemu?

Bo umiałaś powiedzieć nie. To najtrudniejsze odmówić rodzinie! A Ty byłaś odważna i zaproponowałaś sprawiedliwe rozwiązanie.

Bałam się, że wszyscy się obrażą. Nie przyjadą. Że święta nie będzie.

A jednak się udało! Wszystko tak, jak trzeba. Tyle że każdy dołożył coś od siebie.

Przytakuję. Tak, to teraz naprawdę nasze wspólne święto, nie tylko mój maraton karmienia rodziny.

Tradycja nie umarła tylko się zmieniła. Stała się uczciwsza. I to moja największa wygrana tego roku!

Nie dusić w sobie! Mówić, co leży na sercu i szukać kompromisu. Udało mi się i Wam też tego życzę…

Co o tym myślicie? Zostawcie komentarz, polubcie i zostańcie na stronie, by nie przegapić kolejnych wpisów!

Rate article
Fajna Tajna
Marina, kochana, słyszałam, że masz kłopoty finansowe? Marina kroiła łososia i zawijała w naleśniki…