— Tato, nie zabieraj jej! — zaszlochała młodsza córka, Krysia, siedmioletnia, z nosem czerwonym od ł…

Tatusiu, nie zabieraj jej! zaszlochała młodsza córka, siedmioletnia Zosia, z nosem czerwonym od łez. Nie wolno oddawać Basi, przecież to nasza kotka!

Ta twoja Basia ojciec z niecierpliwością szarpnął kierownicę robi kupę wszędzie. W korytarzu, przy piecu, a wczoraj nawet do buta mi narobiła. A do kuwety nie chce chodzić, jak należy. I co ja mam z nią zrobić?

Ale tato…

Cicho bądź! przerwał ostro.

Stary biały polonez, wysłużony, z rudymi plamami rdzy na błotnikach, warknął i podskoczył na wyboistej drodze. Na tylnym siedzeniu, w ciasnym kartonowym pudle, skamlała cicho Basia.

Zosia stała przy bramce, zaciskając drobne palce na szczeblach i patrzyła, jak samochód znika za zakrętem.

Jesień była mokra i ponura. Nad podlaską wsią wisiało niskie, ciemne niebo. Wiatr szarpał warkoczami dziewczynki, łapał brzeg bawełnianej sukienki.

Zosiu, wracaj do domu, bo się przeziębisz! zawołała mama, Halina Zielińska, przez okno. Czemu stoisz jak wryta?

Dziewczynka nie odpowiedziała. Po policzkach spływały słone łzy.

Basia… Ich Basia… Rudy pyszczek, białe łapki i miękka kędzierzawa sierść. Wieczorami mruczała na kolanach Zosi, zwijała się w kulkę przy piecu kaflowym. A teraz…

W domu pachniało duszoną kapustą i drożdżowym ciastem, mama lepiła pierogi. Starsze dzieci trzynastoletni Paweł, jedenastoletnia Bogusia i dziewięcioletni Mateusz siedzieli nad zeszytami.

Udawali, że odrabiają lekcje. Paweł bezmyślnie kreślił coś długopisem, nawet nie patrząc, co pisze. Bogusia ukrywała się za podręcznikiem, ale jej czerwone oczy zdradzały łzy. Mateusz, zwykle najgłośniejszy, milczał i gryzł ołówek.

Zawsze tak jest rzucił nagle Paweł, rzucając długopis z hukiem. Tata postanowił, to koniec! Nikogo nie pytał!

Uspokój się ofuknęła go Halina, zagniatając ciasto. Ojciec wie, co robi. Kotów mamy aż trzy. Mruczek i Filemon do kuwety chodzą jak należy, a ta… wasza Basia…

Bo ona jeszcze nie umie! wybuchnęła Bogusia, pociągając nosem. Można ją nauczyć!

Nauczyć? Mama uśmiechnęła się gorzko. I kto to zrobi? Ja? Mam wystarczająco roboty: krowa, świnie, ogród, wy wszyscy… A tu jeszcze kotka, co się za królową uważa.

My same! zaprotestowała Bogusia. My ją przyzwyczaimy!

Za późno ucięła mama.

Zosia weszła cichutko do sieni, usiadła przy oknie. Podziwiała zasnutą deszczem wieś. Szare domy, ogrody z czarniejącymi łodygami.

Mamusiu… a ona wróci do domu? wyszeptała Zosia.

Halina westchnęła ciężko.

Nie wiem, córeczko. Nie wiem…

Po pół godziny wrócił Stanisław Zieliński. Zrzucił mokrą kurtkę, powiesił na haku, przeszedł do kuchni nawet nie patrząc dzieciom w oczy.

I co? zapytała Halina.

Zostawiłem ją w sąsiedniej wsi. Oddałem Grzegorzom, obiecali się zająć.

Daleko ta wieś? spytał Mateusz.

Pięć kilometrów, może więcej burknął ojciec.

Ona już nie wróci westchnęła Bogusia.

I dobrze powiedział z chłodem Stanisław. Dość gadania. Herbaty mi nalej, zmarzłem.

Halina postawiła przed nim szklankę gorącej herbaty, położyła talerz z kluskami i sosem. Stanisław jadł w ciszy, rozgrzewając się, dzieci patrzyły w talerze i nikt nie miał apetytu.

Późnym wieczorem, gdy wszyscy już spali, Zosia długo przewracała się w łóżku. Leżała obok Bogusi, słuchała szumu deszczu, skrzypienia starych murów i ujadania psa z początku wsi.

Boguś, śpisz? szepnęła.

Nie odpowiedziała dziewczynka równie cicho.

Basia na pewno wróci. Poczuje drogę i przyjdzie z powrotem.

Nie wygaduj. Jak ją tata zawiózł tak daleko? To dla kota jak inny świat.

Ale ona jest mądra! Na pewno nas znajdzie!

Bogusia nie odpowiedziała, obróciła się do ściany. Zosia jeszcze długo szeptała bezgłośnie modlitwę, jak uczyła babcia: Boże, przyprowadź Basię do domu, ochron ją, pozwól jej wrócić. Proszę…

A tymczasem Basia siedziała pod kuchnią w domu Grzegorzów, w zupełnie obcej wsi. Starzy ludzie byli dobrzy: dali miseczkę mleka, trochę kiełbasy, nawet pogłaskali, ale kotka nie mruczała, nie łasiła się. Czuła się obca.

Gdzie jej dom? Gdzie dzieci: Zosia, Bogusia, Mateusz, Paweł? Gdzie Halina, która czasem dawała jej plasterek boczku ze stołu? Gdzie zapachy chlewa, siana, mleka?

Tu pachniało inaczej. Głosy były obce, a stary bury kot syczał, gdy tylko Basia próbowała podejść do miski.

Basia czekała do rana. Gdy gospodyni otworzyła drzwi, by wypuścić kury, przemknęła między jej nogami.

Ojej! Ty dokąd?! krzyknęła kobieta.

Kotka biegła przed siebie przez ogród, mijała płot i wyskoczyła na drogę. Biegła, póki nie znalazła się na polu poza wsią, pośród jesiennej mgły i deszczu.

Deszcz nie ustawał; lało od rana, zimno, nieprzyjemnie. Rudy futerko mokło i przylegało do ciała, łapki ześlizgiwały się z błota, pazurami wbijała się w zimną ziemię.

Nie znała kierunku, ale coś ją prowadziło, jakiś dziwny, uparty instynkt, który powtarzał: “jeszcze, dalej, nie poddawaj się”.

Mijał dzień. Basia schroniła się pod stogiem siana, cała drżała z zimna i głodu. Próbowała złapać mysz, ale ta schowała się w dziurze. Napiła się wody z kałuży, gorzkiej i zimnej, o smaku ziemi.

Drugiego dnia doszła do głównej drogi. Rozjechany asfalt, dziury, nieliczne samochody chlapiące błotem. Kulejąc szła poboczem, upadała i znów wstawała.

W nocy schowała się w opuszczonej szopie. W środku butwiały deski, czuć było myszy. Jedną złapała, połknęła nie gryząc, i choć na chwilę poczuła się lepiej.

Trzeciego dnia spadł pierwszy tego roku śnieg, lepki i mokry. Rudy kot zostawiał ciemne ślady na białej ziemi, poduszki łap bolały i były poranione ale Basia nie zatrzymywała się.

Bo wiedziała, że gdzieś daleko, czeka na nią dom, dzieci, ciepły kąt i mama Halina, która nawet jeśli czasem się denerwuje, zawsze pogłaszcze, gdy nikt nie patrzy.

Czwartego dnia pojawił się znajomy brzozowy zagajnik. Bicie serca Basi przyspieszyło. Przyśpieszyła kroku, aż w końcu zaczęła biec. Tak to ten zagajnik, w którym latem dzieci zbierały grzyby, a Zosia plotła wianki z rumianków.

Piątego dnia była już rzeka. Wąska, ale lodowata. Przebrodziła ją, drżąc, i znalazła się na znajomym brzegu.

Szóstego dnia zaczęła kaszleć. Kapało jej z nosa. Sapała i ledwo łapała oddech ale nadal szła przed siebie.

I wreszcie, siódmego dnia, wcześnie rano, Basia, cała w błocie i śniegu, dotarła do znajomej furtki. Usiadła przed nią, miauknęła słabo, chrapliwym głosem. Nikt nie usłyszał. Miauknęła jeszcze raz, głośniej.

Drzwi otworzyły się. Wybiegła Zosia boso, w koszuli nocnej.

Baaasia! krzyknęła, otworzyła furtkę na oścież i wzięła kotkę w ramiona. Mamusiu! Tato! Chodźcie szybko! Ona przyszła! Przecież wróciła!

Na ganek wypadały kolejne dzieci Bogusia, Mateusz, Paweł. Halina, wycierając dłonie o fartuch, podeszła bliżej i pochyliła się nad kotką.

Boże kochany, ona ledwo żywa… I ma katar… Chyba się przeziębiła powiedziała cicho.

Mamusiu, musimy ją leczyć! błagała Bogusia.

Leczyć? Halina pokręciła głową. Widzieliście, żeby ktoś do kota lekarza wołał? Weterynarz jest od krów, od świń, a koty… same jakoś dają radę.

Ale mamo!

Dobrze, już dobrze, nie płaczcie. Podgrzejcie mleka i znajdźcie jakąś szmatkę, trzeba ją wytrzeć. I zobaczymy…

Na progu stanął Stanisław. Spojrzał na rudzielca w objęciach córki.

No, jednak drogę znalazła… mruknął.

Tato, ona sama przeszła pięć, a może i sześć kilometrów! Wiesz, jaki to wyczyn? zawołał Paweł.

Ojciec nic nie odpowiedział, tylko odwrócił się i wszedł do domu.

Basię położyli przy piecu, okryli starym kocem. Zosia przyniosła jej miskę świeżego, jeszcze ciepłego mleka; kotka piła tak łapczywie, że mleko skapnęło na wąsy. Bogusia delikatnie wycierała ją ręcznikiem, starając się nie sprawić bólu.

Ona ma łapki pokrwawione… wyszeptała Bogusia. Mamo, zobacz…

Halina przysiadła przy kotce, obejrzała ją dokładnie.

No, biedactwo, wycierpiałaś się… Mateusz, leć po wodę utlenioną; Bogusia, przynieś bandaż, będziemy opatrywać.

A katar? zapytała Zosia.

Spróbujemy rumianku. Zajrzę do pani Genowefy, zna się na tych sprawach. Najważniejsze: ciepło i dobre jedzenie. A reszta jak Bóg pozwoli.

Od tego dnia dzieci opiekowały się Basią jak kimś najmłodszym. Zosia prawie nie odstępowała od niej, głaskała i szeptała cicho. Bogusia gotowała specjalny rosół dla kotki. Mateusz znalazł stary pled, rozłożył przy piecu. Paweł, naburmuszony, piłował coś w szopie.

Co ty robisz? zapytała siostra.

Ku wetę wymamrotał Paweł. Żeby wreszcie załatwiała się jak należy. Nauczymy.

Myślisz, że się uda?

Musimy.

Basia chorowała prawie tydzień kichała, miała katar, z oczu płynęły łzy. Ale dzieci nie odpuszczały: połykała napar z rumianku, piła ciepłe mleko i leżała w cieple.

W końcu wyzdrowiała. Sierść zrobiła się znowu puszysta, spojrzenie roziskrzone.

I wtedy zaczęła się nauka czystości. Paweł zrobił kuwetę ze starej skrzynki, nasypał piasku. Za każdym razem, gdy Basia szukała miejsca, dzieci przenosiły ją do środka.

Tu, Basiu, tu powtarzały cierpliwie.

Basia prychała, próbowała uciekać, ale dzieci nie odpuściły. W końcu, pewnego razu, kotka sama weszła do kuwety, zagrzebała piasek i zrobiła, co trzeba.

Udało się! krzyknęła Zosia. Mamusiu! Tatusiu! Sama weszła!

Halina uśmiechnęła się po raz pierwszy od wielu dni.

No proszę… A jednak można było. Kto by pomyślał.

Stanisław siedział przy stole z gazetą. Podniósł wzrok na kota, który właśnie wylizywał łapkę przy kuwecie.

Ale z ciebie uparciuch… powiedział tylko cicho. Tyle kilometrów przeszłaś…

Tatusiu, nie zabierzesz jej więcej? zapytała nieśmiało Zosia.

Zamilkł na chwilę, patrząc na córkę i kota, i powiedział powoli:

Nie. Jeśli już sama wróciła… znaczy, że to jej dom. Zostaje z nami.

Zosia rzuciła mu się na szyję, dziękując całą sobą.

Dziękuję, tatusiu! Dziękuję!

Już dobrze, już. mruknął, ale na twarzy miał łagodność.

Basia żyła u Zielińskich wiele lat. Nigdy więcej nie nabrudziła na podłodze zawsze chodziła do kuwety. Wieczorami mruczała przy piecu, grzała się zwinięta w kłębek. Polowała na myszy równie dobrze jak Mruczek i Filemon, dzieci były z niej dumne.

Stanisław spoglądał czasem na kota, pokręcał głową i mówił:

Ma w sobie ducha. Wie, gdzie jej dom. I żadna odległość jej nie zatrzyma.

Dzieci zgadzały się bez dyskusji. Bo tak właśnie było: Basia wiedziała, dokąd wrócić i przeszła przez deszcz, zimno oraz głód, bo w domu na nią czekali.

A tam, gdzie ktoś czeka, tam jest prawdziwy dom. I po to się żyje by wracać tam, gdzie się jest kochanym.

Rate article
Fajna Tajna
— Tato, nie zabieraj jej! — zaszlochała młodsza córka, Krysia, siedmioletnia, z nosem czerwonym od ł…