Marek wrócił zmęczony po pracy do swojego mieszkania na warszawskim Mokotowie. Cisza panująca w czterech ścianach od razu uderzyła go niezwykłą mocą nigdzie nie było widać Dagmary, jego żony, ani ich rocznego synka, Stasia. Niepokój ścisnął mu żołądek niczym lodowata dłoń. Bez słowa rzucił klucze na stół i pobiegł do sąsiadki, pani Grażyny, kobiety w podeszłym wieku, która często wypiekała drożdżówki i podglądała życie sąsiadów przez firanki.
Niespodziewanie drzwi do mieszkania pani Grażyny otworzyły się i jego malutki synek, Staś, wybiegł na korytarz wprost w ramiona Marka. Starsza pani wyjaśniła drżącym głosem, że Dagmara musiała pilnie wyjść z domu i poprosiła ją o opiekę nad dzieckiem.
Choć Marek nie raz opiekował się Stasiem przewijał, nucił kołysanki i potrafił przygotować mleko w butelce w środku nocy tym razem ogarnął go niepokój. Czuł wyrzut serca, że żona odeszła tak nagle. Ale kiedy wrócił do kuchni, czekała tam na niego miska z domowym żurkiem i pół chleba w mikrofalówce. Był wdzięczny Dagmarze za tę troskę.
Mijały godziny. Najpierw pół godziny, potem godzina… a potem już dwie, cztery, pięć. W tym czasie Marek z nerwami na wierzchu wielokrotnie próbował dodzwonić się do żony ale bez skutku. Telefon milczał jak zaklęty. Starał się zająć Stasia: czytał mu wiersze Jana Brzechwy, układał klocki i głaskał go po włoskach, aż maluch spokojnie zasnął w kołysce.
O drugiej w nocy, kiedy samotność rozlała się po mieszkaniu jak ciemna fala, zadzwonił telefon. Marek zerwał się do słuchawki, serce waliło mu jak dzwon Zygmunta. Z miejsca zaczął zadawać pytania: “Dagmaro, gdzie jesteś? Co się stało? Dlaczego zniknęłaś?” Jej głos po drugiej stronie słuchawki był dziwnie obcy, zimny, jakby był już daleko od niego. Unikała odpowiedzi a potem niemal szeptem powiedziała, że nie wróci do domu, że zostawia Stasia pod jego opieką na zawsze.
Marek poczuł narastający ból, jakby świat nagle rozpadł mu się pod nogami. Stał w cichym mieszkaniu, z telefonem przyciśniętym do ucha, wpatrzony w płaczącego ze snu Stasia. Do oczu napłynęły mu łzy, a strach i poczucie przytłaczającej odpowiedzialności uderzyły z nową mocą. Wiedział, że od tej nocy zostaje sam musi być dla syna i matką, i ojcem. Czuł się zagubiony, ale jednocześnie w jego sercu zapłonęło postanowienie: da radę, choćby kosztowało go to wszystko.


