Mucha na oknie bzyczała cicho i przenikliwie. Wojtek otworzył oczy. Słoneczny promyk łagodnie sunął …

Mucha na oknie bzyczała cicho i natarczywie. Jaś otworzył oczy. Słoneczny promień łagodnie sunął po poduszce, łaskocząc go w nos. Chłopiec uśmiechnął się i przeciągnął leniwie. Pod kołdrą było ciepło i przytulnie. Trzeba było wstać, a tak bardzo się nie chciało!

-Mamo zawołał nieśmiało. I jeszcze głośniej: maaaamo!

Mama weszła do pokoju, wycierając ręce w fartuch.

-Obudziłeś się? Po co krzyczysz? spytała, podchodząc do łóżka, i pocałowała go czule w zadarty nosek. Dzień dobry, synku! Wstawaj, urwisie!

Jaś objął mamę za szyję. Pachniała mlekiem, chlebem i czymś jeszcze, ciepłym i znajomym. Wcześniej, kiedy mieszkali w dużym mieście, budził go rano tata razem robili poranną gimnastykę, myli zęby, bawili się wodą i śmiali, a mama poganiała ich i narzekała, że się spóźnią. Wszystko się jednak zmieniło.

Pewnego dnia tata nie odebrał go z przedszkola i chłopiec czekał tam z woźnym aż do późnego wieczora. Mama przyszła bardzo późno, z zapłakaną, czerwoną twarzą i powiedziała, że taty już nie ma i że teraz Jaś jest mężczyzną w ich domu. Nie rozumiał wtedy, ale później, z rozmów dorosłych wywnioskował, że tata zginął w wypadku samochodowym. Przez tę sprawę stracili mieszkanie; przyszedł komornik. Wkrótce potem przeprowadzili się na wieś do babci.

Wieś była duża, ciągnęła się nad rzeką i kończyła tuż przy lesie. Tam, pod lasem, mieszkała babcia Aniela, a teraz z nią także mama i Jaś. Dziadka nie miał zmarł, kiedy Jaś był bardzo malutki, więc teraz najważniejszy mężczyzna w rodzinie to był on Jaś.

Babcia i mama pracowały w gospodarstwie. Jaś już wiedział, że to taki duży dom, gdzie żyją świnie, krowy, a nawet konie. Mama pokazała mu zwierzęta, kiedy zabrała go na gospodarstwo. Jasiowi nie bardzo się tam podobało. Strasznie tam pachniało! Zatykał nos, a mama z babcią tylko się z tego śmiały

Chłopiec wskoczył w zimne kapcie i wybiegł w piżamie na dwór za potrzebą. Sierpniowy, niedzielny poranek powitał go rześkim powietrzem. Jaś zadrżał. Tu i ówdzie piejące koguty przekrzykiwały się wzajemnie, szczekały psy. Babcia wyszła ze stodoły, mrucząc pod nosem:

-Znowu ktoś się dobierał do kur. Może to jakiś lis albo wilk?

Zaraz jesień pomyślał Jaś ze smutkiem i lekkim niepokojem już byle do szkoły! W sercu zabiło mu radośnie. Wszystko mieli z mamą przygotowane do szkoły. Nowy plecak był super! I nauczył się czytać tego lata, choć z pisaniem wciąż miał kłopoty.

Na śniadanie było kasza manna i racuchy.

-Jasiu, a może dziś z babcią pójdziemy na grzyby? Pójdziesz z nami, czy jeszcze za mały? mama uśmiechnęła się porozumiewawczo do babci.

-Z wami oczywiście! oburzył się Jaś, z gorącą racuchem i zimnym mlekiem.

Wyprawa do lasu zaczęła się bliżej południa. Las otulił ich chłodem. To były ostatnie dni sierpnia, ale wszystko jeszcze było zielone. Jasiowi grzyby wydawały się wszędzie, ale mama pokazywała, które są jadalne, a które trujące. Chodzili długo. Babcia oddaliła się daleko i nie odpowiadała na nawołania mamy.

Słońce miało się już ku zachodowi, kiedy mama powiedziała, że czas wracać. Kosz i torba pełne były leśnych skarbów. Jasiowe wiaderko z grzybami nieprzyjemnie ciążyło mu w rękach, ale przecież był mężczyzną nie marudził. Pora było wyjść z lasu, tylko w którą stronę? Mama nagle spoważniała; wyglądało na to, że się zgubili.

-Jasiu, nie zostawaj z tyłu! Mama nie wiedziała, gdzie iść. Poszły w jedną stronę bagno, w drugą gęstwina. Wróciły. Las zaczarował drogi. Próbowały wołać babcię, ale grube liście osiki szumiały tak, że nic nie było słychać. Babcia nie odpowiadała. Mama usiadła na trawie i milczała. Minęło pięć minut, gdy nagle za ich plecami trzasnęły gałęzie. Krzaki rozchyliły się i stanęła przed nimi Baba Jaga! Prawdziwa! Mama zerwała się na równe nogi.

Jaś zamarł. Starucha wygięta w pół, zrzuciła z pleców wiązkę suchego chrustu i podeszła bliżej.

-Co, przestraszyliście się? Nie bójcie się, dawno już nie jadam małych chłopców! zachichotała chrapliwie, a jej haczykowaty nos śmiesznie się ruszał.

-Zgubiliście się? pytała dalej, nie patrząc na oniemiałych mamę i Jasia.

-A wy skąd? Od Kaziukowej, czy może od Jędrzejowej? powiedziała, zarzuciła chrust na ramiona i ruszyła przez knieje. Po chwili obejrzała się i rzuciła ciężkim spojrzeniem: No co stoicie jak wryci, chodźcie za mną.

Mama z Jasiem, trzymając grzyby, ruszyli za staruchą. Baba Jaga zdecydowanie torowała ścieżkę przez wysoką trawę i wkrótce znaleźli się na szerokiej polanie. Daleko widać było ich wieś. Z drugiego końca polany wychodziła właśnie babcia Aniela. Baba Jaga zachichotała, pomachała ręką i powoli, uginając się pod ciężarem chrustu, ruszyła do wsi.

-Dziękujemy! powiedziała niepewnie mama, ale staruszka tylko jeszcze raz pomachała, jakby odganiała nieproszonych much i zniknęła za drzewami.

Podbiegła babcia.

-Mamo, gdzie ty się podziewałaś! wypaliła mama do babci Anieli. Zgubiliśmy się i dobrze, że ta staruszka wyprowadziła nas z lasu.

-Nie żartuj, Natalio, jak można zgubić się w trzech sosnach! Przecież jako dziecko tu chodziłaś!

-Babciu, to była prawdziwa Baba Jaga? spytał zdziwiony i ciągle przestraszony Jaś.

-Nie, Jasiu, to Pani Krępakowa! Ale złośliwa bywa, jak czarownica.

Wieczorem przy kolacji Jaś niespodziewanie zapytał:
-Babciu, czemu ona ma taką ksywę: Krępakowa?

-Nie wiem dokładnie, dziecko. Mówią, że już jako mała była bardzo pulchna. Rodzice mieli duże gospodarstwo, byli zamożni. Wyjdzie na ulicę z pajdą chleba ze smalcem albo śmietaną posypaną cukrem i tak sobie je na ławeczce pod domem. Dzieci, bose i głodne, patrzyły z boku i śliniły się, ale ona nikomu nie dała ugryźć, nie pozwoliła przysiąść. Przez to nie miała przyjaciół. Grubą była okropnie! Chodziła, a brzuch niosła przed sobą. Chłopaki wyśmiewali ją: Uważaj, pękniesz z tej słoniny, pępek ci się rozlazie! krzyczeli za nią.
-Ja już pamiętam ją z dorosłości. Miałam dziesięć lat, a ona wtedy dobijała do czterdziestki. Miała chłopaka traktorzystę, Grześka. Była wtedy już szczupła, nie piękność, ale też nie brzydula. Ślub wzięli i synka mieli.
Chłopaczyna miał z osiem lat. Na wiosnę rzeka wylała. Mężczyźni spławiali drewno, a dzieci skakały po pniach, choć było to bardzo niebezpieczne. Krępakowej synek wpadł drzewo uderzyło go i poszedł na dno. Trzy dni szukali. Znaleźli go dalej na rzece. A Krępakowa wtedy rozum straciła, a Grzesiek zaczął pić.
Grześka znaleźli zimą zamarzniętego przy lesie. Krępakową wypuścili z psychiatryka, niby wróciła do siebie, ale stała się dziwna, żyje sama, trzyma kozę, zbiera zioła i ludzi leczy, jak ktoś prosi.

Babcia zamilkła. Mama zaczęła sprzątać ze stołu.

Tak to już jest rzadko kogo los oszczędza powiedziała zamyślona mama. I Jasiowi zrobiło się bardzo żal Krępakowej.

Wrzesień był słoneczny i rześki. Rano już zimno, czasem przymrozek, a w dzień ciepło jak latem. Powietrze czyste i przejrzyste. Las malował się na rudo i fioletowo. Wykopali ziemniaki. Jaś już od drugiego tygodnia chodził do szkoły. Na zawsze pewnie zapamięta to pierwsze września i nauczycielkę, serdeczną i wymagającą panią Zofią, która wzięła go za rękę, prowadząc do klasy, bo stał pierwszy w szeregu najmniejszy ze wszystkich.

W pierwszej klasie nie było jeszcze ocen, ale pani Zofia chwaliła go często, mówiąc, że się stara ale musi więcej pisać, żeby wyrobić ładne pismo. Jaś poznał dwóch chłopaków ze swojej ulicy Sławka i Kacpra, którzy chodzili do drugiej klasy. Wracali ze szkoły razem, jeśli akurat pasowały im lekcje. Szkoła była na drugim krańcu wsi, więc Sławek i Kacper pokazali Jasiowi skrót przez pustą działkę i ogród Krępakowej. Czasem odbierała go po lekcjach babcia lub mama.

Tego dnia szczęście dopisało Jasiowi. Pani wpisała do zeszytu dwie czerwone gwiazdki i zapisała go do biblioteki. Wypożyczył książkę Czarodziejski Klucz. W świetnym nastroju chłopiec wyszedł ze szkoły. Sławek i Kacper mieli jeszcze lekcję, więc Jaś poszedł sam przez zarośnięty śmieciami pustak trzeba było uważać, by nie nadepnąć na szkło czy puszki.

Nagle usłyszał dziwny dźwięk. Podniósł wzrok i zaniemówił. Przed nim stało stado psów. Było ich wiele. Jaś cofnął się, próbując uciec, ale było za późno. Psy już go otoczyły. Największy podszedł i warcząc pokazał zęby. Jaś krzyknął, choć nie usłyszał własnego głosu. Wtedy pies rzucił się na niego. Chłopiec próbował się osłonić tornistrem, lecz rozjuszone zwierzę wyrwało go z rąk, gryząc po ziemi.

Jaś upadł, osłaniając się rękami, ale kły boleśnie wbiły się w bark stracił przytomność. Nie widział, jak przez ogród biegła pochylona Krępakowa z łopatą. Bez wahania przeskoczyła przez płot i zaczęła okładać psy narzędziem. Psy zaskoczone, ale już czuły krew. Otoczyły staruchę i leżącego chłopca. Krępakowa walczyła jak w amoku: krzyczała i wymachiwała łopatą, ale największy z psów wgryzł się w jej ramię, przewróciła się na Jasia, zakrywając go własnym ciałem i długą spódnicą.

We wsi w środku dnia było pusto, dzieci w szkole, dorośli na gospodarstwie lub w polu. Weterynarz z pomocnikiem wracali z urzędu zamawiali karmę i szczepienia dla krów. Gdy dojeżdżali polną drogą do wsi, weterynarz zauważył jakieś zamieszanie koło ogródków i usłyszał szczekanie.

Krzyś, skręć pod ogród Krępakowej, coś się tam chyba dzieje.

Krzyś skręcił i podjechał bliżej. To, co zobaczyli, przeraziło ich. Stado psów, na trawie było pełno krwi. Leżały podarte zeszyty i książki. Starucha leżała twarzą do ziemi, z pogryzioną ręką niemal do kości. Pies stał jej na plecach i próbował szarpać szyję. Mężczyźni wybiegli, odganiali psy czym popadnie. Psy kąsały ich po nogach, rzucały się na piersi. Krzyś złapał zakrwawioną łopatę i bił, co sił w watahę. Psy kwiczały, szczekały. Przywódca miał ranę na głowie. Ludzie ze wsi dobiegli z widłami i strzelbami, strzelając w powietrze. Wataha uciekła w stronę lasu.

Starucha jęknęła. Udało im się podnieść ją i wtedy dopiero zobaczyli, że pod nią leży jeszcze chłopiec. Zawołali karetkę.

Gdy podnieśli Krępakową i ułożyli obok, zobaczyli bladego, zakrwawionego Jasia. Też był nieprzytomny.

Promień słońca sunął po poduszce i dziecięcym nosku. Jaś otworzył oczy. Białe szpitalne ściany przytłaczały surowością.

Gdzie jestem? myślał. Poruszył się.

Mama, siedząca przy łóżku, uśmiechnęła się przez łzy:
Jasiu, kochanie, obudziłeś się! i rozpłakała się ze szczęścia.

Jasia bardzo bolała zabandażowana ręka i ramię. Chłopiec przypomniał sobie wszystko.

-Mamo, czy psy odgryzły mi rękę? Nie będę już mógł pisać?

-Nie, synku. Nie odgryzły tylko pogryzły. Przeszedłeś operację. Do wesela się zagoi, zobaczysz! zażartowała mama. Podziękujmy Krępakowej zakryła cię własnym ciałem. Śpij, skarbie

Krępakową żegnała cała wieś. Psy pogryzły jej obie ręce i nogę. Serce nie wytrzymało operacji.

Następnego dnia po pogryzieniu rozeźleni wieśniacy bez zgody władz wystrzelali całą sforę zdziczałych psów. Czterdzieści ciał zakopano za wsią w wielkim dole. Przy lesie znaleziono norę z szczeniakami porozdawano je po zagrodach.

Jaś opuścił w szkole tylko jeden semestr. Ręka była jeszcze słaba, ale starał się codziennie ćwiczyć. Pani Zofia chwaliła go, a chłopcy uważali za bohatera.

Z mamą chodzili na cmentarz. Przynieśli na grób Krępakowej wielki bukiet kwiatów. Na tabliczce, przybitej do krzyża, widniało: Krępakowa Zofia, z domu Popławska, dożyła dziewięćdziesięciu lat. Mama zapłakała.

Tak się los potoczył Dziękujemy, Krępakowo! Za pomoc w lesie i, przede wszystkim, za mojego synka! Niech ci ziemia lekką będzie!

Gdy na jasełkach w szkole pojawiła się Baba Jaga przy choince, Jaś rozkleił się i wyszedł z sali. Ręka mu nagle zabolała. Przypomniał sobie Krępakową.

Życie pokazało Jasiowi, że dobro zawsze wraca, choć nie zawsze w takim kształcie, jakiego się spodziewamy, a w każdym, nawet najsmutniejszym człowieku, może kryć się bohater czasem cichy, ale wielki sercem.

Rate article
Fajna Tajna
Mucha na oknie bzyczała cicho i przenikliwie. Wojtek otworzył oczy. Słoneczny promyk łagodnie sunął …