Weronika Kuzmińska bardzo kochała koty… A jak ich nie kochać, skoro uważała się za jedną z nich, c…

15kwietnia 2025
Dziś znów wracam myślami do pierwszych dni, kiedy jeszcze nie wiedziałam, kim jestem. Pamiętam, że jako mała szczeniaczka, którą nazwano Małgorzatą choć wtedy jeszcze nie miałam nazwiska uwielbiam koty. Czyż można nie kochać ich, gdy czujesz się w ich świecie, choć samą naturą jesteś wiernym psem?

Byłam średniej wielkości, mocno zbudowaną suczką, z zębami, o których mogłby pożegnać się krokodyl. Nie żałowałam tego, bo zawsze starałam się być dobrą dziewczyną i nie zazdrościłam nikomu.

Moja miłość do kotów nie pojawiła się od razu. Dopiero po półtora miesiąca od narodzin poczułam pierwsze drżenie serca. Tego dnia siedziałam w kałuży. Nie ja ją stworzyłam to wiosenny deszcz rozlał wodę po podwórku.

Leżałam wtedy, jeszcze nieznana nikomu, mała szczeniaczka nieokreślonej rasy, krzycząc, co mogłam, i skarżąc się na swój los całemu światu. Nikt nie słyszał mojego lamentu, oprócz jednego kota o imieniu Kuzia. Podszedł, usiadł przy brzegu kałuży, podciągnął łapki do siebie, otulił się puszystym ogonem i przyglądał się temu małemu, przerażonemu zamieszaniu.

Nagle zwrócił uwagę na biały łapek przy mojej przedniej łapie. Spojrzał w dół dokładnie taki sam miał u siebie!

Czy to moje? przemyślał w duchu Kuzia. Skąd więc mogła się wziąć taka córka? Czy wędrowała z Murką? A może z Lusią? Albo z Matyldą, kiedy siedziała na strychu? Kto był jej matką i czemu zostawiła dziecko w kałuży?

Zanim skończyłam wyć, usłyszałam ciepłe i współczujące westchnienie. Przestraszona, że ten ktoś może po prostu odejść, rzuciłam się w jego stronę, biegłam, lecz moje łapki się zaplątały i znów wpadłam do wody, wzdychając żałośnie. Kuzia zlekceważył to, ale kot już nie wahał się to była w stu procentach jego własna córka! Przecież i jemu kiedyś łapki się plątały.

Kuzia wstał, ostrożnie przeszedł po kałuży, pochylał się nad mną, westchnął ciężko i wziął mnie za kark. Ojcowski obowiązek był ciężki, ale nie zamierzał go unikać. Jeśli matka zostawiła dziecko, ja go nie opuszczę! Czyż nie jestem ojcem?

W tym momencie poczułam, że jestem pod pewną ochroną. Uspokoiłam się, rozluźniłam i zasnęłam. Kuzia zaniósł mnie do swojego domu.

Gdy właścicielka zobaczyła, co przywiózł do podwórka, wykrzyknęła:

Fryczu, chodź zobaczyć, nasz kot przyniósł psa! I to takiego pulchnego, solidnego! Idealny stróż!

Fryderyk, właściciel Kuzia, również mnie przyjął. Nie mieli jednak pojęcia, że Jadwiga Kowalczyk nie zamierza chronić nikogo ani niczego. Była przecież prawdziwym kotem, córką Kuzia a nie strażnikiem!

Wychowywana przez kota, zawsze dbałam o czystość, polowałam na myszy i ptaszki. Próbowałam wspiąć się na drzewo i płot, ale mój ciężki tyłek nie pozwalał.

Po dwóch latach przewyższyłam swojego ojca-kota kilkakrotnie, próbując walczyć z obcymi kotami i psami. Kuzia jednak przerywał moje wyprawy:

Z obcymi poradzę sobie sam, nie pozwolę, by piękna kotka popsuła swoją sierść!

Kuzia nie chciał przyznać, że jestem psem, bo wtedy musiałby przyznać, że nie jest moją prawdziwą córką. Kto twierdził inaczej, spotykał jego gniew.

Pewnej nocy Kuzia nie wrócił do domu. Nigdy wcześniej tak się nie zdarzyło. Czekałam na niego, wspinałam się na płot, wdzierałam nos w szczelinę, licząc, że poczuję jego zapach. Nic nie pomagało pazury ślizgały się po gładkiej powierzchni, nos nie wyczuwał zapachu. Serce waliło w piersi jak szalone.

Wreszcie pobiegłam po podwórze i wyłałam głośno.

Wypuść ją! krzyknęła właścicielka męża. Nie da spokoju, dopóki Kuzia nie wróci.

Jak wystrzelona strzała ruszyłam poza ogrodzenie, zamknęłam oczy i wsłuchałam się w siebie. Coś we mnie podpowiadało kierunek, a z podskokiem podążyłam tam, gdzie kiedyś mnie znalazł kot.

Przewidywania nie zwiodły mnie. Kuzia leżał na wilgotnym podłożu, gdzie niedawno wyschła kałuża. Był zraniony, wyczerpany.

Tato wymamrotałam, przyciskając nos do jego futra, błagając wszechświat, by przeżył. Moje zęby nie mogły nawet ranić motyla.

Dwa zapachy utkwiły się w mojej pamięci zapach rany i zapach domu. Znam je od dziś.

Kuzia! krzyknąłam.

Właściciele chwycili go w koc, wszyli do samochodu i pędzili w stronę najbliższego weterynarza w pobliskiej dzielnicy. Ja biegłam za nimi, aż auto zniknęło z pola widzenia.

Tam upadłam i czekałam. Bałam się, że Kuzia już nigdy nie wróci. Ludzie przyjechali bez kota.

Nie mogłam uwierzyć. Obwąchałam samochód, leki, które pachniały po ich rękach, i zapłakałam cicho. Przez trzy dni nie jadłam, piłam tylko wodę, a gniew w sercu płonął coraz mocniej. Dlaczego obcy psy rozdarli mojego ojca? Własne nie skruszyłyby, a ich zapach rozpoznaję w jednej chwili.

Gniew palił mnie od środka, więc w końcu z trudem zaczęłam jeść, rzadko spoglądając przez płot. Jadwiga Kowalczyk czekała, licząc na chwilę ucieczki.

Po dwóch tygodniach otwarto bramę i właściciele odjechali. Wyskoczyłam z podwórka i objechałam całą wsię. W powietrzu czułam zapach obcych musiały być w pobliżu. Na drodze zobaczyłam dwa psy, które pożywiły się cudzym gęsiem.

Zatopiłam się w ziemi, pamiętając nauki Kuzia: cisza to klucz w polowaniu. Trzeba czekać, podmykać się jak cień, a potem nagły skok, by zdobycz była w zębach.

Wciąż uważałam się za prawdziwą kotkę. Nie szczekałam bez powodu, nie biegałam bez celu. Skradałam się, przyglądając się, tłumiąc wewnętrzny, dręczący ryk.

Kiedy nadszedł nagły atak, jak nauczał mój ojciec, rozdarłam kości, rozrzucono futro, skóra rozpłynęła pod ostrymi zębami i pazurami. Walczyłam jak wściekły kot, choć nie nauczyła mnie tego nikt. Psy wyłaziły z krzykiem, ale nie miały szans tak jak w noc, kiedy Kuzia padł.

Zwyciężyłam, choć po chwili mocno pociągnął mnie za obrożę i przewrócił na ziemię. Wtedy właścicielka objęła mnie mocno, a mężczyzna odganiał pobite psy.

Majo, uspokój się Czy to oni ugryzli Kuzia? Zadałaś im piękny cios! Prawie nas przeoczyliśmy, ale Kuzia zobaczył cię i podbiegł do auta, by pomóc.

Kiedy usłyszałam swoje imię, osłabłam i odwróciłam się. Z samochodu wyjrzał Kuzia!

Co się dziwisz? Zostawiliśmy go w przychodni, zszywamy rany, podajemy kroplówki. Próbowaliśmy ci powiedzieć, ale ty, mała suczko, płakałaś, nie słuchając.

Zawołałam tak głośno, jak dwa lata temu, i pobiegłam po szczęśliwych łapach do auta. Kuzia, surowy, otrzepał mnie z śliny, warcząc:

Zwariowałaś, że sama z nimi walczyłaś? Nie mogłem cię dłużej czekać?

Potem dumnie dodał:

Nikt nie widział mojej matki Ale teraz wszyscy poznają, kim jest córka Kuzia! Najlepsza kotka na świecie!

Delikatnie powąchałam szwy na jego plecach i żałowałam, że odciął mnie tak wcześnie. Kuzia miał rację wciąż jestem kotką, a kot wcale nie cierpi czekać.

Teraz, mrucząc z radości, liżę mojego ukochanego tatka, czekając na kolejny dzień, w którym znów będę mogła być tym, kim naprawdę jestem.

Rate article
Fajna Tajna
Weronika Kuzmińska bardzo kochała koty… A jak ich nie kochać, skoro uważała się za jedną z nich, c…