Wiesz, jestem jedynaczką i słyszałam, że rodzice bardzo na mnie czekali, ale szczerze mówiąc, nigdy nie czułam się jakoś specjalnie kochana. To wszystko wyszło mocniej na wierzch, gdy miałam 23 lata i byłam w piątym miesiącu ciąży. Wtedy zaczęły mnie dopadać wątpliwości, czy ja w ogóle jestem ich biologiczną córką. Moi rodzice dawno po siedemdziesiątce, a sytuację finansową mamy naprawdę tragiczną. Wynajmujemy stare mieszkanie w Krakowie, ledwo wiążemy koniec z końcem. Zarówno ja, jak i mój mąż, Paweł, studiujemy dziennie, a po zajęciach jeździmy do pracy, ale pieniędzy nadal nie starcza na wszystkie rachunki. Dwa razy już groziła nam eksmisja, bo zalegaliśmy z czynszem i musieliśmy pożyczać pieniądze od znajomych, żeby nie wylądować na ulicy. Jesteśmy przez to zadłużeni, czasami brakuje nawet na zakupy w Biedronce. Często w takich momentach rodzice podrzucają nam siatkę z jedzeniem.
Rodzice bardzo naciskali na nasz ślub. Półtora roku temu poszliśmy z Pawłem do urzędu stanu cywilnego na spokojnie, bo stwierdziliśmy, że nie warto dłużej odkładać tego tematu. Oczywiście zaraz po ślubie zaczęło się namawianie na dziecko. Moja mama, Halina, non stop powtarzała, że powinnam już urodzić, bo jak nie, to będę taką starą matką jak ona. Ale nie czuliśmy się gotowi na dzieci, szczególnie że ledwo starczało nam na życie. Rozumiesz, jaka to odpowiedzialność finansowa!
Wtedy rodzice przyszli do nas z super propozycją. Powiedzieli, że jak urodzę, to dostaniemy dość dużą sumę ponoć około 300 tysięcy złotych, żebyśmy mogli kupić dom na wsi pod Krakowem. Oni by się tam przeprowadzili, a my zostalibyśmy w tym naszym wynajętym mieszkaniu. Rozłożyliśmy wszystko na czynniki pierwsze i pomyśleliśmy, że może to nawet ma sens. Przestalibyśmy się martwić o czynsz, a resztę tej kasy moglibyśmy przeznaczyć na rzeczy dla dziecka i dla nas, szczególnie skoro mama mówiła, że pomoże nam ogarnąć maleństwo, żebym mogła chociaż studia skończyć.
Dodatkowo obiecali nam, że finansowo nam pomogą i wszystko dla nas i dziecka kupią. No i co? Nie spełnili ani jednej obietnicy. Nawet jednej paczki pieluch nie kupili. Mama dzwoniła do mnie, jak już byłam w zaawansowanej ciąży i tylko wypytywała, czy mam wszystko gotowe na poród, a ja nie miałam nawet na podstawowe ubranka czy łóżeczko. Padł pomysł, żeby Paweł złapał trzecią pracę. Wtedy przypomniałam mamie, że mieli nas wspierać finansowo, a ona odwróciła kota ogonem i mówi, że nic nigdy takiego nie obiecywała. Mało tego – zaczęła nas krytykować, że jesteśmy nieodpowiedzialni, że nieprzemyślane decyzje podejmujemy.
Gdy na świecie pojawiła się Zuzia, nagle rodzicom przypomniały się te pieniądze, ale w końcu z Pawłem podjęliśmy decyzję, że mieszkanie kupimy sami, bez liczenia na wsparcie rodziny, bo i tak nic od nich nie dostaliśmy. I tak to wszystko wyszło.


