SERCE BIJE NA NOWO Tosia urodziła swoją córkę Nikę nie wiadomo z kim – ot, powiedzieliby sąsiedzi,…

SERCE BIJE NA NOWO

Dawno temu, w jednym z podwarszawskich miasteczek, urodziła się Wioletta. Wychowała ją samotnie matka, Zofia, która nie chciała nigdy wyjawić, kim był ojciec dziecka. Los Zofii był typowy dla czasów trudnych, kiedy miłość bywała chwilą słabości.

Tak, wokół Zofii kręcił się jeden przystojniak, chłopak z dobrego domu, szarmancki, z błękitnymi oczami. Ale na poważnie nigdy nie myślał o małżeństwie. Za to wyglądał wspaniale i umiał czarować rozmową. Zofia chodziła z nim pod rękę, spacerując dumnie pod balkonami, gdzie na drewnianych ławach siadywały sąsiadki ich pilne spojrzenia przeszywały przechodniów, jakby czytały w nich najskrytsze tajemnice.

Chłopak nie pracował, wolał płynąć przez życie jak motyl. Zofia go karmiła, troszczyła się o niego i pozwalała spać u siebie. Zawsze gotowa poświęcić się dla jego kaprysów. Ale pewnego dnia mężczyzna oznajmił, że jest mu z nią po prostu nudno i że nie czuje się właściwie doceniany. Dodał jeszcze, że gdyby naprawdę go kochała, powinna opłacić im wyjazd nad Bałtyk

Zofia przepłakała tydzień. Spaliła zdjęcia owego niedocenionego, a cały miesiąc spędziła w samotnej żałobie. Potem jednak jej życie odmieniło się, gdy poznała Pawła.

Pewnego ranka Zofia spóźniała się do pracy. Niespokojnie czekała na przystanku aż podjechał do niej taksówkarz, szeroko się uśmiechając i zapraszając dziewczynę do środka. Bez zastanowienia wskoczyła do samochodu.

Po drodze kierowca Paweł, jak sam się przedstawił okazał się człowiekiem zadbanym, kulturalnym, zawsze uśmiechniętym. W jego wyglądzie wyczuwało się troskę kobiecej ręki. Zofia pomyślała, że to pewnie troskliwa matka pana Pawła.

Paweł był całkowitym przeciwieństwem jej pierwszej sympatii. Zofia bez wahania zostawiła mu numer telefonu. To był pierwszy i jedyny raz, gdy pojechała taksówką za darmo.

Zaczęli się spotykać. Paweł zasypywał Zofię kwiatami, obdarowywał upominkami, kochał ją ciepło i serdecznie.

Pewnej wiosny wybrali się razem do lasu. Zofia zbierała przebiśniegi, a Paweł dołączył z entuzjazmem do jej zajęcia. Kiedy usiedli w aucie, Zofia z bukiecikiem promieniała z radości, a Paweł swój pokaźny bukiet subtelnie odłożył na tylne siedzenie. Zofię przeszło przez myśl: Pewnie dla żony. Chciała zapytać, ale strach przed prawdą odebrał jej głos. Wolała słodką nieświadomość.

Niedługo później do mieszkania Zofii przyszła żona Pawła z dwójką dzieci u boku:
Proszę bardzo, zajmijcie się nimi! One kochają swojego tatę! oznajmiła chłodno.
Zofia wydukała tylko:
Nie wiedziałam, że jest żonaty. Nigdy nie zamierzałam rozbijać czyjejś rodziny. Nie będę budować gniazda pod cudzym dachem.
I tego samego dnia dała Pawłowi odprawę.

Następny ukochany, którego Zofia spotkała, był Gruzinem Besarionem. Ich romans rozpalił się szybko i zgasł jak nagły podmuch wiatru. Poznali się na imieninach jednej z koleżanek. Besarion urzekł Zofię otwartością i szerokim sercem. Z nim nie sposób było się nudzić: wciąż planował nowe wyprawy, teatralne wieczory, świąteczne spacery. Rok nosił ją na rękach, potem wrócił do Gruzji nie zdołał się odnaleźć w Polsce, a może matka wezwała go do domu

Zraniona Zofia postanowiła być sama. Lepiej samotność niż cierpienie powtarzała szeptem.

I wtedy, gdy pogodziła się z losem, odkryła, że pod jej sercem bije nowe życie. Była oszołomiona: Kto zostanie ojcem? Jak dalej żyć? Czy wytrzyma wszystko?

Na świat przyszła dziewczynka, którą Zofia nazwała Jagodą. Jagoda była promykiem jej rozbitego serca te same niesforne loczki, ciemne oczy i figlarny uśmiech, jak u Besariona. Może to właśnie przypominało Zofii jej największą miłość… Choć czasem łzy z żalu do samotności zmywały smak codzienności, na wychowanie Jagody poświęcała cały czas.

We wrześniu Jagoda poszła do szkoły. Usadzono ją w ławce z chłopcem imieniem Szymon. Nie przypadli sobie do gustu. Szymon nazwał Jagodę kręconą przygłupką, a dziewczynka nie pozostawała mu dłużna. Konieczne było rozsadzenie dzieci przez wychowawczynię. Jednak podczas każdej przerwy konflikt kwitł na nowo.

Zofia poszła do szkoły wyjaśnić sprawę. Nauczycielka, nie chcąc zajmować się problemem, po prostu podała adres Szymona. Bez wahania Zofia poszła interweniować.

…Drzwi otworzył młody mężczyzna, wycierający dłonie w kuchenną ścierkę zarzuconą na kark.
Zapraszam, proszę wejść! Pani kawy? Zaraz tylko nakarmię mojego bałaganiarza! rzekł uprzejmie i zniknął w kuchni.

Zofia weszła do niewielkiego pokoju, gdzie panował nieporządek, pył tańczył na promieniach światła, a w powietrzu unosił się zapach tytoniu.
Cóż za życie… pomyślała.

Po chwili pojawił się właściciel mieszkania z tacą dwóch filiżanek aromatycznej kawy (jej zapach Zofia zapamiętała na zawsze).
Czym zawdzięczam wizytę takiej pięknej damie? zapytał z uśmiechem.
Jestem mamą Jagody odpowiedziała rzeczowo Zofia.
Mój Szymek jest w niej zakochany uśmiechnął się mężczyzna.
A dlatego Jagoda wraca do domu cała poobijana? zapytała ostro Zofia.
Hm… nie rozumiem? szczerze się zdziwił.
Proszę porozmawiać z synem. Dziękuję za kawę rzekła Zofia, zbierając się do wyjścia.
Na pewno się tym zajmę. Proszę się nie martwić zapewnił mężczyzna.

Wróciwszy do domu, Zofia długo nie mogła zasnąć. Myślała o ojcu Szymona był taki domowy, ciepły. Marzenie każdej kobiety! Ta kawa… Nigdy wcześniej żaden adorator nie poczęstował ją tak aromatycznym napojem; zawsze to było wino, szampan, martini. Myśli Zofii błądziły przy tym mężczyźnie tak, w marzeniach już sprzątała jego mieszkanie, sadziła kwiaty na parapecie, a Szymona chciała czule pogłaskać po głowie.

Rano, w lepszym nastroju, Zofia poprosiła Jagodę, aby była dla Szymona trochę milsza.
Mijały tygodnie…

Na zebraniu rodziców Zofia znów spotkała tego wymarzonego mężczyznę. Dowiedziała się tam, że Szymon nie ma mamy jej nieobecność na zebraniu mówiła sama za siebie. Ta myśl popchnęła Zofię do działania.

Po spotkaniu mężczyzna odprowadził Zofię i Jagodę do domu. Był grudzień, szybko zapadał zmrok. Zofia nie odmówiła.
Przedstawił się jako Marek.
Miło mi, Zofia powiedziała, promieniejąc.
Wyraźnie Marek był Zofią oczarowany.

Niedługo później zaproponował, by razem spędzili sylwestra. Zofia długo się nie zastanawiała. Już od kilku lat nie szukała księcia z bajki, nie bała się nadepnąć dwa razy na tę samą rzekę. Siedem lat kobiecej samotności utwardziły jej serce przyjęła zaproszenie.
Później Marek opowiedział, że żona odeszła do innego, zostawiając mu syna.
Marek nie wiedział jak bardzo sam tęskni za czułością i kobiecym ciepłem. Nie wiedział nawet, jak Szymon potrzebuje mamy.
Wkrótce Marek wyznał Zofii miłość.
Z czasem Zofia i Jagoda przeniosły się do mieszkania Marka. Dorośli oczywiście wcześniej zapytali dzieci o zgodę. Jagoda i Szymon skinęli głowami z niechęcią, ale życie zaczęło wirować…

Marek przechodził samego siebie ze szczęścia. Wspólnie z rodziną kupili przestronne mieszkanie. Zofia zajmowała się domem i dziećmi; obdarzyła Szymona miłością jak własne dziecko. Marek z kolei uwielbiał Jagodę swoje ukochane dziewczynki.

Czas płynął. Dzieci dorosły, zakochały się w sobie i pobrały. Marek i Zofia pobłogosławili ten nieoczekiwany związek. Młodzi zdecydowali się na podróż poślubną do Paryża, a Zofia zaproponowała Markowi krótki wypoczynek nad Bałtykiem.

Marek nie chciał jechać.
Zosiu, kup sobie coś fajnego za te pieniądze!
Marku, przecież wreszcie możemy spędzić trochę czasu tylko we dwoje! Jedźmy po wolność, choć na chwilę! nalegała Zofia.
Uległ

Tydzień spędzili w nadmorskim miasteczku. Był to czas nie kończącego się szczęścia Marek obsypywał żonę kwiatami i komplementami, powtarzał, jak mocno ją kocha…

W dzień wyjazdu poszli na plażę pożegnać się z morzem. Było wcześnie rano, nikogo jeszcze nie było. Marek czule pocałował Zofię i szeptem, jakby smutno wyznał:
Zośka, kocham cię najbardziej na świecie
Idę się szybko zanurzyć.

Nigdy więcej Zofia nie zobaczyła Marka.
Utonął. Mimo pogody, ratownicy nie odnaleźli go…
Zofia wróciła sama do domu. Długo trwała w otępieniu. Nagle i bezpowrotnie utracone szczęście wywróciło wszystko do góry nogami.
Dlaczego to spotkało jej męża? Przecież był świetnym pływakiem. Dlaczego została wdową w wieku pięćdziesięciu pięciu lat? Dlaczego wtedy, na plaży, nie wyznała Markowi, jak on był dla niej ważny?
Tak wiele pytań i żadnej odpowiedzi.

Zofia zamknęła się w sobie. Znienawidziła morze, jej świat stracił kolory. Nawet nie mogła zapalić świeczki na grobie ukochanego, bo grobu nie było.
Serce rozpadło się na tysiące kawałków. Nie chciała już oddychać. Dobrze powiedzieli: lepiej siedem razy płonąć z miłości niż raz w życiu owdowieć! Mówią, że czas leczy rany. Nieprawda tylko je tłumi, tłamsi, zamyka pod grubą skorupą. Czasami wydaje się, że już nie boli, a wystarczy dotknąć i wszystko powraca

…Zofia trzymała za ręce dwójkę wnucząt: Kasię i Maksymiliana. To były jej trzyletnie skarby. Rodzina spacerowała po jesiennym parku. Weszli do kawiarni, gdzie Zofia zamówiła dzieciom lody, a sobie filiżankę kawy tej samej, którą pamiętała z dawnych lat. Zapach kawy przywoływał w pamięci Marka. Miała wrażenie, że stoi obok, widzi ją i wie wszystko, co czuje jej Zosieńka

Minęły lata, Zofia przeszła przez wielkie cierpienie i nauczyła się dziękować losowi za każde dobro. Dziękowała za te dwadzieścia pięć lat kobiecego szczęścia u boku Marka.

Życie się kończy, ale miłość trwa wiecznie.

Rate article
Fajna Tajna
SERCE BIJE NA NOWO Tosia urodziła swoją córkę Nikę nie wiadomo z kim – ot, powiedzieliby sąsiedzi,…