Panno, czy wyrażacie zgodę? słyszę w słuchawce męski, błagający głos.
Dobrze, spróbujmy, odpowiadam z lekkim uśmiechem.
Mam dwadzieścia lat, studiuję na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego i szukam dorywczej pracy. W Gazecie Wyborczej natrafiam na ogłoszenie: Niewidomy wykładowca historii poszukuje asystentki. Łapię za telefon i dzwonię od razu, bo współczucie do nieznajomego człowieka podbija mnie.
Następnego dnia stoję przed drzwiami jego mieszkania w dzielnicy Mokotów. Niepewnie pukanam. Drzwi otwierają się i przed mną staje mężczyzna o spokojnym spojrzeniu.
Proszę wejść, dziewczyno. Jak się panowie zwie? pyta niewidomy.
Łucja, a pan? czuję się lekko zakłopotana.
Dawid Bogdan, odpowiada.
Potrzebuję twojej pomocy, Łucjuszko. Twoje perfumy zachwycają, aż zapierają dech. Wykładam historię na uniwersytecie i chciałbym, żebyś wieczorami czytała mi notatki. Będę je zapamiętywał. Zajęcia mam trzy razy w tygodniu. Umowa? Dawid Bogdan zawsze będzie tak mnie nazywał.
Rozglądam się po jego mieszkaniu: czysto, schludnie, bez zbędnych bibelotów. Dawid ma nieco ponad czterdzieści lat, jest przystojny, zadbany i niesamowicie pociągający.
Zaczynajmy, Dawidzie, nie mogę się doczekać, by włożyć się w pracę.
Wrzesień mija w listopad, a potem luty, maj. Nadchodzą ferie studenckie. Dawid odpuszcza mi pracę do września. Z radością wyjeżdżam nad Bałtyk. Po tygodniu już zapominam o niewidomym mentorem, poznaję młodego mężczyznę, zakochuję się i planuję ślub. Data wesela ustalona.
Pod koniec sierpnia dzwoni Dawid:
Łucjuszko, przyjdź jutro.
Och, nie mogę, wyjeżdżam za mąż. Przygotowuję się do ślubu, odpowiadam z radością.
Za mąż? Tak szybko? Myślę, że pośpiech nie sprzyja, w jego głosie słychać rozczarowanie. Proszę, przyjdź! namawia Dawid.
Dobrze, wpadnę, niechętnie zgadzam się.
Następny dzień, pod koniec sierpnia, mijam uliczne latarnie, gdy wchodzę do przedpokoju.
Poznaję twoje zachwycające perfumy, Łucjuszko. Wejdź, wita mnie Dawid.
Mój narzeczony też uwielbia te zapachy, mówię nieco na siłę.
Łucjuszko, może zostaniemy razem jeszcze jeden rok akademicki? Bez ciebie nie dam rady. prosi mnie czułym tonem.
W takim razie zaczynamy, mówię zdecydowanie.
Im częściej spotykam się z wykładowcą, tym mniej myślę o ślubie. Ostatecznie wycofuję wniosek z urzędu stanu cywilnego, a narzeczonemu daję znać, że rozstanie jest nieuniknione przecież panna nie jest żoną, a więc można się rozwieść
Z czasem przechodzimy na ty. Gdy czytam Dawidowi notatki, delikatnie trzyma mnie za rękę. Dąb zamyka oczy i wdycha aromat moich perfum, które go upajają. Czujemy się razem swobodnie i przytulnie.
Pewnego zimowego wieczoru wracam z mrozu, drżę, prosząc o gorącą herbatę. Dawid prowadzi mnie do swojego bujnego fotela, owija moje stopy pledem:
Usiądź, Łucjuszko, zaraz wracam
W kuchni szuka, wraca z tacką, ostrożnie stawia ją na stole. Na tacy znajdują się plasterki pomarańczy i kieliszek koniaku:
Popij, Łucjuszko, od razu poczujesz ciepło.
Piję powoli, patrząc na Dawida. Czuję chęć przytulenia tego niezwykłego mężczyzny, otulenia go, pożałowania. Gdy kieliszek się opróżnia, Dawid podchodzi bliżej, całuje mnie namiętnie, obejmuje:
Zostań ze mną, daję ci cały świat. Nie śmiej się.
Nie śmieję, Dawidzie. Jesteś taki delikatny! Zawroty mnie kręcą, czuję spokój i ciepło przy nim.
Dawid wyczuwa dotykiem, szepcze z pasją:
Niewidomy słyszy wszystko, głuchy widzi wszystko.
Następnego ranka wchodzi matka Dawida, Anna, która codziennie przychodzi rano, gotuje i sprząta. Widząc mnie w łóżku, nie wykazuje zdziwienia.
Dzień dobry, mój syn, a wy też jeszcze leżycie, mówi radośnie Dawid.
Nic nie szkodzi, przygotuję wam śniadanie, uśmiecha się matka i rusza do kuchni.
Dawidzie, w nocy patrzyłam w niebo. Czy to możliwe? pytam zdumiona.
Łucjuszko, boję się przyzwyczaić się do ciebie. Rozumiem, że nie jesteś moja. To smutne, kochana, rozważa Dawid.
Śniadanie gotowe, dzieci! krzyczy z kuchni Anna.
Siedzimy przy stole, pijemy kawę, jedziemy kanapki, śmiejemy się.
Dziękuję, mamo. Dziś mam wykład, muszę się przygotować. Łucjuszko, czekam na ciebie, mówi Dawid, wracając do swojego fotela.
Matka, zamykając drzwi, szepcze mi:
Łucjo, mój syn naprawdę się w tobie zakochał. Wniosłaś niebo do życia mojego chłopca, nie chcę, by później poczuł piekło. Mówią, że ślepego nie prowadzi się na czele. Proszę, nie rani go serca. Masz własne, jasne życie. Każdemu niewidomemu wydaje się, że kiedyś się objawi. Mój syn jest zagubiony. Nie zwiększaj moich cierpień. Nie wracaj już, Łucjo. Znajdę coś, co uspokoi Dawida.
Stoję w zamieszaniu, nie wiem, co zrobić. Rozumiem, że Dawid to jedynie chwilowa znajomość, nie zamierza mnie poślubić. Nie chcę jednak od razu go porzucić, bo i ja się w nim zakochałam.
Zaczynam więc odwiedzać Dawida, kiedy jego matka nie ma w domu. Nie chcę ich spotykać i wstydzę się patrzeć w oczy.
Minął rok. Nasza relacja z Dawidem staje się jeszcze silniejsza, nieprzerwana. Niewidomy mężczyzna daje mi światło. Mówię wszystkim znajomym, że wychodzę za mąż za niewidomego. Pewnego dnia wchodzę do jego mieszkania i słyszę:
Łucjuszko, nie musimy się już spotykać. Zwalniam cię. Odejdź.
Rozpacz ogarnia mnie. Miłość rozpadła się na kawałki. Łzy, histerie, zdziwienie nie wytrzymuję rozstania. Dawid nie widział, nie słyszał tego koszmaru.
Dwa razy wyszłam za mąż. Była namiętność, miłość, przeżycia. Równego Dawidowi już nie spotkałem



