Dziś znów długo nie mogłam zasnąć, rozmyślając o prostych uczynkach, które mogą wiele zmienić. Może właśnie dlatego postanowiłam wczoraj zrobić porządki w moim mieszkaniu na warszawskim Żoliborzu tyle dobrych rzeczy leżało bezużytecznie w kącie! Wyciągnęłam z szafy wszystkie te bluzki, sukienki, chustki, spódnice, a nawet letnie kapelusze, których już nie nosiłam. Zbierając je do dużej torby, postanowiłam, że oddam je do kościoła św. Jacka. Przecież tylu ludziom może się to przydać może bezdomnym, może uchodźcom z Ukrainy?
Torba już była spakowana i postawiłam ją starannie w przedpokoju, żeby rano o niej nie zapomnieć. Poszłam spać, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
I wtedy przyśnił mi się niezwykły sen. Czułam, jakby moja dusza unosiła się nad łóżkiem, wszystko wokół lśniło spokojnym światłem. Wciąż byłam niby w swoim pokoju, a jednak inaczej: czułam niewytłumaczalne szczęście i lekkość.
W moim pokoju stałam z przygotowaną torbą, a przede mną pojawiła się dziewczynka wyglądała jak mała Zosia, z jasnymi warkoczykami.
Co kryje się w tej torbie? zapytała.
Odpowiedziałam z uśmiechem:
Uzbierałam parę rzeczy, których już nie używam. Chcę je oddać tym, którzy są w potrzebie. Jutro zaniosę do parafii.
Dziewczynka spojrzała na torbę.
To bardzo miłe z pani strony. Ale torba jest trochę zabrudzona. Proszę ją wyprać zanim pani zaniesie, dobrze?
Oczywiście, masz rację, Zosiu.
Dziewczynka uśmiechnęła się radośnie i zniknęła. Obudziłam się, z bijącym sercem. Przez chwilę zadawałam sobie pytanie, czy to był anioł? Może jakiś znak z nieba?
Spojrzałam na torbę. Tak, rzeczywiście nie wyglądała najlepiej. Wyjęłam jej zawartość i zaraz wsadziłam ją do pralki, żeby wszystko było czyste jak należy.
Może to wydaje się dziwne, a może przesądne, ale czuję, że w tym śnie było coś więcej niż zwykła przypadkowość.
Kilka dni później wydarzyło się w naszej kamienicy coś, co do dziś wywołuje u mnie ciarki.
Na drugim piętrze, nad moim mieszkaniem, mieszkała rodzina Nowaków. Urodził im się drugi synek, Bartosz. Rodzice, bardzo tradycyjni i wierzący, zaprosili całą rodzinę i znajomych na skromne przyjęcie. Goście składali życzenia, przynosili upominki, ale powstrzymywali się od zachwytów nad urodą niemowlaka bo, jak mawia się w Polsce, lepiej nie zapeszać. W efekcie, by nie ściągnąć na dziecko złego uroku, nikt nie chwalił maleństwa. Zamiast tego powtarzali trochę żartobliwie:
O jeju, jaki on nieładny! Może z tego wyrośnie Nie chce się patrzeć nawet!
Tak mówili jeden po drugim, po czym wszyscy przeszli do innego pokoju.
Starszy brat Bartosza, ośmioletni Michał, wszystko to słyszał i najwyraźniej wziął sobie do serca. Myśląc dziecięcą logiką, nagle zapragnął się pozbyć brata. Bez długiego namysłu chwycił Bartosza, pobiegł z nim na balkon i z furią porzucił go przez barierkę, tak jak bywało z jego starymi zabawkami.
Gdy usłyszałam o tym później, aż mi serce stanęło. Dzieci są nieprzewidywalne, ale nikt w najśmielszych przewidywaniach nie pomyślałby o takiej tragedii. Ale los albo raczej Opatrzność czuwał nad tym maleństwem.
Właśnie wtedy, gdy skończyłam prać swoją torbę i powiesiłam ją za oknem, dziecko spadło z góry wprost do tej właśnie torby! Była jeszcze wilgotna, jej tkanina zamortyzowała upadek.
Rodzice szybko zorientowali się, że coś jest nie tak i zaczął się chaos. Matka z rozpaczą przeszukiwała pokoje, ojciec wybiegł na dwór i wtedy zobaczył swojego synka, całego i zdrowego w mojej rozwieszonej torbie.
Nie potrafili powstrzymać łez ulgi, gdy trzymali Bartosza w ramionach.
Cóż za szczęście! szlochała matka. Jesteś naszym cudem!
Podziękowali i mnie, przybiegli z kwiatami, ale nikt oprócz mnie nie spojrzał w niebo.
A ja wiem swoje. Nic nie dzieje się przez przypadek. Za takie cuda mogę podziękować tylko Bogu, bo któż inny mógł to tak zaaranżować? Ten sen nie był zwykłym snem. Czasem nasze dobre uczynki wracają do nas w najbardziej niewyobrażalny sposób. I dziś, wieczorem, znowu modlę się dziękczynnie, że miałam szansę być świadkiem cudu, który wydarzył się tu, na blokowisku w samym sercu Warszawy.


