Albo mama, albo nikt
Zośka, trzeba by jeszcze jeden bilet do teatru kupić.
Zofia podniosła wzrok znad talerza. Kolacja ledwo zdążyła wystygnąć, a Michał już siedział ze smartfonem w ręce, wpatrzony w ekran jakby rozstrzygał kwestie państwowe.
Jeszcze jeden bilet? Ktoś chce z nami iść?
Michał nawet nie oderwał wzroku od ekranu.
Mama bardzo chce. Wczoraj jej powiedziałem, że idziemy do teatru, i od razu się zapaliła.
Zofia delikatnie odłożyła widelec na brzeg talerza, wstała i odwróciła się do blatu, niby by nalać sobie wody. Twarz sama jej się wykrzywiła nie miała nad tym kontroli, ale nawet nie próbowała udawać. Ważne, żeby Michał nie zauważył, bo tłumaczyć mu znowu, co jest nie tak, nie miała już ani siły, ani ochoty…
No tak. Mama chce. Oczywiście, że chce. Pani Irena zawsze chciała.
Stojąc przy zlewie i powoli nalewając wodę do szklanki, Zofia mimowolnie wyobraziła sobie ich ślubne zdjęcia. Wszystkie dwieście czterdzieści sztuk, które fotograf potem nagrał na pendrivea przewiązanego kokardką. Zofia trzy wieczory próbowała znaleźć choć jedno, na którym są z Michałem tylko we dwoje. Bez gości, bez rodziny, bez obcych. Takiego nie było.
Na każdym prawie zdjęciu widać było Irenę tu poprawia synowi krawat, tam obejmuje go ramieniem, gdzie indziej stoi między młodymi, uśmiechnięta szeroko, jakby to jej święto. Wtedy jeszcze Zofia myślała, że to przypadek, że fotograf po prostu miał taki styl. Dziś już nie wierzyła w takie przypadki.
Teściowa od początku zachowywała się tak, jakby Zofia była nie żoną Michała, lecz lokatorką przyszywaną na chwilę do ich rodziny. A mieszkanie, na marginesie Zofii własne, kupione za jej ciężko zarobione pieniądze. Ale pani Irena przychodziła, kiedy tylko chciała, bez zapowiedzi, z własnym zdaniem na każdy temat. Firanki nie takie. Garnek nie taki. Mięso przesolone. Michał schudł. Michał blady. Michał za mało je.
Zofia wzięła łyk wody i odstawiła szklankę…
Każde wyjście gdziekolwiek wyglądało tak samo. Kino w zeszłym miesiącu? We troje. Lodowisko w święta? We troje. Nawet do tej maleńkiej kawiarni na Miodowej, do której Zofia pragnęła pójść z Michałem sama, koniecznie we dwoje, on też zaprosił matkę. I przyszła usiadła między nimi przy malutkim stoliku, zamówiła herbatę z cytryną i przez czterdzieści minut mówiła o swoim ciśnieniu i o sąsiadce, która znowu zalała sufit…
Teatr. Z takim trudem wybrali właśnie ten spektakl. Zofia czekała na ten wieczór półtora miesiąca, zdobyła dobre miejsca, trzeci rząd w parterze miało być tylko ich święto, tylko dla nich dwojga.
Zośka, czemu się nie odzywasz?
Michał w końcu oderwał wzrok od telefonu i spojrzał na nią.
No wiesz, mamie samotnie przecież dodał, a zabrzmiało to tak wyuczonym tonem, że Zofia pomyślała: czy on w ogóle zauważa, jak często to powtarza?
Zofia skinęła głową.
Dobrze. Kup.
Co można było powiedzieć? Już próbowała rozmawiać, wielokrotnie. Każda rozmowa kończyła się tym samym: Michał się obrażał, szedł do pokoju, milczał cały wieczór, a rano dzwoniła Irena z cierpiętniczym głosem, pytając czy u nich wszystko w porządku. Zamknięty krąg, z którego Zofia dawno przestała próbować się wydostać.
Michał uśmiechnął się wdzięcznie i znów pogrążył w telefonie…
…Trzeci rząd w parterze naprawdę okazał się świetny, Zofia nie żałowała starania. Widziała scenę doskonale, każdy szczegół dekoracji, każdą grę świateł na twarzach aktorów. Ale musiała się tym zachwycać sama, bo Michał od samego początku niemal całkowicie zwracał się ku matce.
Irena siedziała z prawej strony syna; od razu zaczęli dyskutować o programie, o foyer, o jakimś znajomym, którego rzekomo teściowa widziała przy szatni. Zofia siedziała po lewej i patrzyła na scenę, choć spektakl jeszcze się nie zaczął. W antrakcie Michał zabrał mamę do bufetu, a Zofię zostawił samą, nikt jej nie zaprosił, a sama prosić się nie chciała. Po powrocie Irena relacjonowała synowi pierwszy akt, jakby nie siedział obok. Zofia w milczeniu przeglądała program i myślała, że trzeci rząd w parterze zdecydowanie nie był wart tych kilku stówek.
W drodze powrotnej znowu we troje. Na początek zawieźli Irenę pod blok, a Zofia przez dziesięć minut tkwiła w aucie, podczas gdy Michał odprowadzał mamę, pomagał z zamkiem, słuchał jej uwag na klatce. Kiedy wrócił, wyglądał na zrelaksowanego i zadowolonego.
Wszystko się udało, prawda?
Zofia skinęła głową i spojrzała w okno. Nie chciała już mówić usprawiedliwiła się zmęczeniem, choć wcale nie miała ochoty spać. Rozmowy z Michałem tego wieczora wydawały się idiotycznie bezcelowe, bo czuła, że żadne słowo od niej i tak nie trafi do celu.
Następne dwa miesiące wyglądały dokładnie tak, jak się tego spodziewała. Irena pojawiała się regularnie, Michał coraz więcej czasu spędzał z matką, a Zofia coraz częściej zostawała sama we własnym mieszkaniu, nasłuchując rozmów i śmiechu z kuchni. Wspólne kolacje przydarzały się coraz rzadziej, a weekendy zamieniały się w obowiązkowe wizyty u teściowej lub wypady zawsze we troje. Zofia kładła się spać jako pierwsza, budziła z codziennym ciężarem w żołądku, który przez te dwa miesiące aż spowszedniał.
W połowie marca w pracy dostała sporą premię przeliczając: jakieś dziewięć tysięcy złotych. Trzy dni chodziła z tą myślą w głowie, zanim się przełamała. Piętnaście dni w Turcji. Wszystko w cenie. Morze, słońce, porządny hotel z dobrymi opiniami. Przez tydzień wybierała ofertę, sprawdzała pokoje, czytała fora, liczyła ile metrów do plaży. To miała być ich szansa oddech, reset, by znów poczuć się parą.
Michał, zarezerwowałam nam wczasy powiedziała wieczorem, kiedy zaczęli jeść, i położyła przed nim wydruk rezerwacji. Turcja, piętnaście dni, czerwiec. Morze, plaża, pełny all inclusive. Całą premię wydałam, ale naprawdę warto.
Michał zerknął na kartkę, uniósł wzrok i pojawił się na jego twarzy cień radości.
Super, Zośka. Bardzo fajnie.
Zofia odetchnęła. Może nie wszystko jeszcze stracone. Może wystarczy im się wyrwać, być razem z dala od wszystkiego i odnaleźć siebie jeszcze raz. Tamtej nocy spała spokojniej niż przez ostatnie tygodnie.
A już następnego dnia Michał wrócił z pracy, usiadł do stołu, poczekał aż Zofia rozłoży kolację i dość zwyczajnym tonem, gdzieś między jednym a drugim kawałkiem mielonego rzucił:
Zośka, powiedziałem mamie o Turcji. Ona też by chciała z nami pojechać, możesz dokupić jeszcze jedną wycieczkę?
Widelec zamarł jej w pół drogi do talerza. Zofia bardzo powoli odłożyła go z powrotem i spojrzała na męża, próbując odgadnąć, czy to żart, czy naprawdę nie słyszy, co właśnie powiedział.
Tym razem postanowiła nie milczeć.
Nie, Michał. Nie pojadę na wakacje z twoją mamą.
Michał przestał żuć, spojrzał na nią jakby coś bardzo niestosownego powiedziała, jakby przeklęła w kościele.
Zośka, no co ty? Przecież jej tak smutno, sama na morzu nie była od kilku lat. Żal ci?
Zofia wstała, podeszła do okna, przytuliła dłonie do parapetu i tak je ścisnęła, aż pobielały jej palce. Czuła w środku gorącą, niepowstrzymaną złość, która narastała miesiącami i teraz w końcu wybuchła.
Niech jedzie z koleżankami! Ma ich pięć, Michał, pięć regularnie siedzą u niej na herbatce w każdy wtorek, niech jadą razem i dadzą nam wreszcie spokój!
Zośka, ale przecież to moja mama, jak możesz…
Wiem doskonale, że to twoja mama! Zofia odwróciła się do niego, a cała latami ćwiczona powściągliwość pękła. Wiem, bo ona jest z nami bez przerwy! Kino z nią, lodowisko z nią, teatr z nią, kolacje z nią! Mam już dosyć bycia drugą żoną w naszym małżeństwie, Michał, rozumiesz w ogóle?!
Michał odsunął talerz i wstał, skrzyżował ramiona.
Jesteś bez serca, Zośka. Nie rozumiesz, jak to jest być samotnym.
Nie rozumiem! Zofia stanęła tuż przed nim, oczy jej błyszczały. I nie muszę! Jesteś moim mężem! Chcę jechać z tobą na romantyczne wakacje i wreszcie pobyć z tobą sam na sam, a nie leżeć na plaży, patrząc jak z mamą omawiasz jej ciśnienie, a ja leżę obok jak piąte koło u wozu!
Michał zmrużył oczy i cofnął się o krok.
Jesteś wredna. Wiesz co? Albo mama jedzie z nami, albo ja w ogóle nie pojadę.
Zofia zamarła. Spojrzała długo i uważnie, a coś wewnątrz niej cicho i nieodwołalnie się przestawiło.
Dobrze. To pojadę bez was.
Minęła Michała, poszła do sypialni, wyciągnęła walizkę spod łóżka i rzuciła ją na kołdrę. Michał stanął w progu po sekundzie.
Zośka, co ty wyprawiasz? Usiądź, pogadajmy na spokojnie.
Cały czas rozmawiamy na spokojnie, Michał, i za każdym razem kończymy na twojej mamie. Zofia zdjęła sukienkę z wieszaka i starannie złożyła w walizce. Wniosę pozew o rozwód. Nie mogę żyć w małżeństwie, gdzie jesteśmy troje, a ja jestem tutaj zbyteczna.
Michał zamilkł, oparł się o framugę drzwi i po raz pierwszy zobaczył, że Zofia nie krzyczy, nie kłóci się ona podjęła decyzję.
…Dwa miesiące później Zofia leżała na leżaku przy hotelowym basenie, dokładnie w tym tureckim hotelu, który wybrała oglądając zdjęcia i czytając recenzje. Słońce przyjemnie ogrzewało jej ramiona, od morza niosło słone ciepło, a zimny koktajl powoli obsychał kropelkami wody. Nikt obok nie mówił o ciśnieniu ani nie narzekał na przeciąg, nikt nie relacjonował wieczornych telefonów od sąsiadki. Właściwie obok nie było nikogo. I to było najwspanialsze. Zofia przymknęła oczy, upiła kolejny łyk i pomyślała, że z tym wszystkim powinna była uporać się dużo wcześniej, zamiast przez dwa lata poświęcać się dla kogoś, kto nigdy naprawdę nie chciał dorosnąć.



