Weźcie go, gdzie chcecie, róbcie z nim, co tylko chcecie, nie dam już rady!
Pewnej zmiany, kiedy w strażnicy w Warszawie w tle szumiały klaksony, podsłuchałem rozmowę kolegi przy automacie z kebabem. Mówił rozżalony:
Weźcie go, gdzie chcecie, róbcie z nim, co tylko chcecie, nie dam już rady!
Zainteresował mnie ten okrzyk. Zapytałem, o kim mowa. Odpowiedział, że oddaje psa owczarka niemieckiego.
Dlaczego? zapytałem.
Bo to już nie ma sensu machnął ręką. Nocą wyje, z łańcucha się wyrywa, sierść ma jak mgła, w podwórzu brud, a dom nie pilnuje.
Poczułem żal wobec czworonoga. Zadzwoniłem do taty, Jana, i zapytałem, czy nie potrzebuje psa na strzeżenie działki przy Krakowie. Po chwili tata oddzwonił i powiedział, że możemy przywieźć go do domu.
Nastał Dzień X. Wsiadliśmy do naszego starego Fiata, wsadziliśmy bandaż, na wszelki wypadek, by móc przywiązać pyska, bo jedziemy po dziką bestię.
Kiedy dotarliśmy na osiedle przy ulicy Słonecznej, przywitał nas kolega i pies podarty, wątły, sierść rozczochrana, krwawiące rany na głowie i podarty pazur. Oczy miał takie smutne, jakby zaraz miał wylać łzy.
Pies wskoczył do samochodu sam, spokojny, bez żadnej agresji. Z tyłu, obok niego, usiadł mąż mojej siostry, Piotr, i całą drogę leżał cicho.
W domu postanowiliśmy najpierw kupić mu obrożę i smycz, a potem go wykąpać. Mama, Maria, i siostra, Katarzyna, wyłaniały się zza rogu, obserwując nas ostrożnie, jakbyśmy przywieźli potwora z horroru.
W drodze mama zaczęła gotować kaszę z mięsem. Gdy jedzenie jeszcze się ochładzało, podaliśmy mu kawałek chleba. To, co bolało bardziej niż rany, była jego żarłoczna pogoń za tym suchym kąskiem.
Normalna waga owczarka to około 35 kilogramów, a on ważył zaledwie 20. Gdy postawiliśmy mu miseczkę, połknął ją w mig i położył się na wyznaczonym miejscu.
Po chwili mama wzięła miskę, by ją umyć, trzymając ją za plecami. Nagle poczuła, że ktoś delikatnie wyciąga ją z rąk. To był Cezar tak nazwano psa. Chwycił miskę zębami, odłożył ją na swoje miejsce i położył się obok, jakby mówił: To moje, zadbam o to sam.
Nie planowaliśmy zostawiać dorosłego, pięcioletniego kocura w mieszkaniu myśleliśmy, że mama się sprzeciwi. Lecz serce jej zadrżało, a oddać tak wiernego psa już nikt nie mógł.
Po kąpieli i szczotkowaniu Cezar przemienił się w prawdziwego bohatera. Następnego dnia zaniosłem go do weterynarza w Krakowie. Tam wyjaśnili, jak leczyć rany, kupiłem leki i w ciągu kilku tygodni zrobiłem wszystkie szczepienia. Nie obwiniałem poprzednich właścicieli kto wie, może naprawdę uciekał i wszystko to przytrafiło mu się na ulicy.
Gdy pies całkowicie wyzdrowiał, przeszliśmy kurs tresury. Lato spędzaliśmy na wsi, w domu letniskowym przy Bieszczadach tam Cezar był prawdziwym stróżem: żaden nieznajomy nie zbliżył się do płotu. Nikt nie ryzykował, bo 40 kilogramów żywej siły budzi respekt.
Od tego czasu minęło osiem lat. Cezar przeszedł dwie operacje najpierw przepuklinę pachową, potem komplikacje po niej. Bóle stawów, rozwój artrozy, ale leczyliśmy go, wspieraliśmy, dbaliśmy. Dziś jest już staruszkiem. Ojciec nazywa go czułym synkiem, a mama rozpieszcza jak dziecko.
Nie rozumiem, jak można było nie kochać takiego psa i go oddać. W nim bezgraniczna lojalność i delikatność. Tak, opieka nad zwierzęciem wymaga sił, ale już nikt z nas nie wyobraża sobie domu bez niego. Gdy tata nie ma w domu albo ktoś z nas wyjeżdża, Cezar smutny nie je, czeka w drzwiach.
Kilka lat po przybyciu Cezara, odszedła nasza kotka, która mieszkała w rodzinie ponad osiemnaście lat. Los postanowił inaczej: w naszym podwórzu najemcy porzucili kociaka. Sąsiedzi go dokarmiali, dopóki nie zrozumiałem, że nie zostawię małego stworzenia na listopadowy mróz. Teraz ta sprytna i zadziorna kicia o imieniu Ela mieszka z nami.
Ludzie, bądźcie łagodniejsi wobec zwierząt. Czują wszystko ból i miłość. Po prostu wybierzcie miłość.



