A co tata na to powie? Stylowe ubrania dla ojca

Wojciech wszedł do mieszkania i od razu poczuł niepokój panowała niepokojąca cisza. Czyżby spali? pomyślał. Z kuchni wyłoniły się blade twarze żona Renata i ich córka Zosia, patrzące, jakby właśnie zobaczyły zjawię. Na rękach Zosi spoczywał mały kociak, drżący w półmroku.

W piwnicy, w której przeważał stale przytłumiony półmrok, kociak już nie bał się ciemności. Przyzwyczaił się do niej, wiedząc, że wkrótce wróci matka, nakarmi go i obliza od czubka ogona po całą pyszczek, a potem położy się obok i mrucząc zaśpiewa kołysankę. Tym razem jednak matka zwlekała to nie było jej zwyczajowe zachowanie.

Kociak, choć wciąż mały, nauczył się wyczuwać upływ czasu w podziemnych zakamarkach. Zazwyczaj, gdy matka odchodziła, zwijał się w kłębek, zakrywał nosek łapką i zasypiał słodko. Gdy się budził, matka już była przy nim lub przybywała, zanim poczucie głodu dało się we znaki. Dziś minęły już dwie godziny od przebudzenia, a matki wciąż nie było. Zgubiła się? Zostawiła go? choćby myśl taki niepadł na małe stworzonko. Na pewno coś się stało. Gdyby miał rację, mogło to oznaczać tylko jedno: nie długo mu pozostało.

Woda w piwnicy nie brakowało stare rurki pękły tuż przed jego narodzinami, tworząc stale mokrą kałużę. Jedzenia natomiast brak. Matka codziennie wyruszała na łowy, by zdobyć pożywienie. Kotek wstał z ciepłej kartonowej skrzynki, podszedł do ściany i spojrzał w górę, gdzie jedyne małe otwór wpuszczał ledwie słabe światło. Z zewnątrz wokół otworu rosły zarośla, a promień był tak słaby, że niemal nie odróżnić go od mroku.

Zatrzasnął tylnie łapki i próbował podskoczyć, by doskoczyć do otworu, przez który przychodziła i odchodziła matka, ale nie udało mu się. Był jeszcze za mały. Próbowano dziesięciokrotnie, a każda próba kończyła się niepowodzeniem. Gdy po raz kolejny spadł na cztery łapki, drzwi piwnicy otworzyły się z przerażającym skrzypnięciem. Nie zdążył się schować, tylko stał jak wryty, licząc na niewidoczność.

Pierwsza weszła staruszka, mieszkanka kamienicy, po niej wąski korytarz wpadły dwaj mężczyźni pracownicy zarządu budynku.

No patrzcie, kto tu się ukrywa! Mówiłem, że w piwnicy kotka z kociętami się rozroduje. Łapcie je i wyprowadzajcie na ulicę! ryknął jeden z nich.

On jest przecież sam odparł pracownik.

Teraz sam, za pół roku będzie dwadzieścia! Nie przyszedłeś tu dyskutować, łapcie! wtrąciła staruszka, a w tle rozbrzmiało imię Walentyna Stepanowa, bo tak nazywała się opiekunka lokalu.

Mężczyźni biegali wąską piwnicą, starając się złapać malucha, przerywając pracę na krótkie przerwy na papierosa. Dopiero gdy dołączyła Walentyna, udało się schwytać kociaka.

Bez Walentyny Stepanowej nic nie zrobicie! naganiła mężczyzn, które jednocześnie była ich matką.

Kociaka wyrzucili z piwnicy, drzwi zamknęli na klucz, a otwór w ścianie, przez który matka wchodziła, zakleili tak dokładnie, że nawet mucha nie przeniknęłaby.

Wypad, wypad! krzyknęła staruszka. Nie wracaj już tutaj, nie chcę cię widzieć!

Kotek uciekł na bezpieczną odległość, przyglądając się swojemu domowi, w którym się urodził, i łzami rozmył się ze smutku. Nie miał już gdzie mieszkać, a matka zniknęła.

Co zrobić? Gdzie iść? Myśli kociaka ustąpiły na dalszy plan, gdy rozejrzał się szeroko otwartymi oczami po nowym, nieznanym świecie. Dotąd jego królestwo ograniczało się do ponurej piwnicy, cieknącej rury i małego otworu w ścianie. Teraz odkrył inny wymiar pełen światła, zapachu trawy, ludzi, ptaków i dziwnych zwierząt o okrągłych łapach i płonących oczach.

Widział koty przypominające jego matkę, ale nie mógł jej wśród nich odnaleźć. Miauczał najpierw cicho, potem głośniej, aż w końcu wydał się okrzykiem. Czy matka go usłyszy? Niestety, nic się nie stało. Koty odwracały się, patrzyły ze współczuciem, a potem odwracały się dalej.

Ty wciąż tu? krzyczała Walentyna Stepanowa, która od dzieciństwa nie lubiła kotów. Nikt nie znał przyczyny jej niechęci, ale wydawało się, że po prostu taką była.

Kotek nie miał wyboru musiał uciekać, nie wiedząc dokąd. Najważniejsze było oddalić się od tego miejsca. Za zamkniętym przejściem nie było już drogi powrotnej. Biegł, tak szybko, jak tylko mógł, przeskakując pomiędzy drzewami, krzakami, ludźmi, samochodami i budynkami. Głowa wirowała od natłoku wrażeń i musiał się zatrzymać.

Dorośli patrzyli, uśmiechając się, dzieci wskazywały palcami i błagali rodziców, by zabrali go do domu, lecz ich prośby nie słyszano. Jedna matka zapytała syna:

Czy zrezygnujesz z gier na tablecie? Jeśli tak, zabierzemy go do domu!

Nie! odpowiedział chłopiec, gryząc w loda na patyku. Kotek spojrzał na niego i sam poczuł głód. W powietrzu unosił się zapach pięciu gwiazdek restauracji Jak u babci. Z jego wnętrza wydobywały się aromaty smażonego mięsa, gotowanej ryby i ostrygi. Kotek nigdy tego nie smakował, ale pragnął spróbować.

Stojąc przed czarną, wysoką bramą prowadzącą na kuchnię, zobaczył lekko uchyloną metalową drzwi, która zdawała się wzywać go do środka. Przeskoczył w wąską szczelinę i znalazł się wśród stosu kartonowych pudełek, które stały się jego chwilowym schronieniem.

Wtedy do kuchni weszli dwaj mężczyźni. Jeden, właściciel lokalu, zawołał:

Józefie, gotujesz cudownie, ale kuchnia musi być w porządku!

Nie mam czasu, Józefie odparł kucharz. Pomoc już szuka się, ogłoszenia w gazetach już leżą. Daj mi dziesięć minut, a przyjdę i wszystko sprawdzę. Nie ryzykujmy kontroli!

Młody kucharz, łysy i niski, ruszył sprzątać kartony. Wyrzucił jedną z nich na asfalt przy koszu na śmieci, gdy usłyszał ciche miau. Podniósł karton i zobaczył, że w środku ukrywa się kotek.

Mam nadzieję, że to nie szczur mruknął Józef, nie lubiąc gryzoni. Kotek spojrzał na niego, a Józef, nie będąc zwolennikiem zwierząt domowych, najpierw się zdziwił, potem jednak zrozumiał, że ma do czynienia z głodnym stworzeniem.

Zabrał karton na kuchnię i podzielił się z kociakiem duszoną indykiem w domowym sosie, drobno posiekaną. Małe stworzenie pożarło posiłek w mig, a Józef poczuł ulgę, że nie zostawił go na pastwę losu.

Jednak dziesięć minut później wrócił szef, spojrzał gniewnie:

Co to za karton? Zostaw go na śmietniku natychmiast! To naruszenie higieny!

Wciągnął karton, a z niego dobiegł zły miau. Szef wściekle krzyknął:

Kot na mojej kuchni? Zwolnię cię od razu! To rażące naruszenie przepisów sanitarnych!

Józef, choć nie chciał zostawić kociaka głodnego, nie miał wyboru. Wziął karton i poszedł w stronę kosza, sprawdzając, czy maluch jest cały. Położył go ostrożnie obok.

W kuchni wrócił do przygotowań, ale myśli o kociaku nie opuszczały go. Rozważał, czy nie schować go w szafce i zostawić tam do wieczora, ale obawiał się, że szef go odkryje. Pracował dalej, bo pensja w złotówkach była dobra i nie chciał stracić wszystkiego.

Jednak w tym samym czasie podziwieni kelnerzy przynosili zamówienia. Jeden z nich, w podniszczonych spodniach, podszedł do kosza, wyciągnął trochę resztek i niechcący wrzucił je do kartonu, w którym krył się kociak. Nie zauważył go i zaniesł karton z powrotem do piwnicy, skąd przed chwilą wyrzucono go.

Tam, przy brudnym koszu, Walentyna Stepanowa podniosła karton i z gniewnym okrzykiem:

Ty nieudaczny! Nie wracaj tu już nigdy! trzaskała laską, a jej głos niósł się po całej ulicy.

W tym momencie z klatki schodowej wyszła dziewczynka Ania, której matka wysłała ją wyrzucić śmieci. Przechodząc obok staruszki, Ania usłyszała:

Dzieciaku, nie mógłbyś jeszcze wziąć ze sobą ten karton?

Ania, znając Walentynę, ale nie lubiąc jej, zgodziła się pomóc, by nie słuchać kolejnych pretensji. Gdy wyrzuciła worek, usłyszała drapanie wewnątrz. Otworzyła karton i zobaczyła kociaka. Serce jej zabiło mocniej to spełnienie marzeń.

Wzięła malucha i pobiegła do domu. Mama, stojąc w progu, zapytała: A co powie tata?. Ania jednak nie chciała rozstawać się z kotkiem i obiecała, że go nie odda.

W tym samym momencie Wojciech skończył zmianę, przebrał się i wybiegł na zewnątrz. Wieczór zapadał, a sylwetki kartonów przy koszach wciąż były widoczne. Przeszukiwał je jeden po drugim, ale kociaka nie znalazł. Włączył latarkę w telefonie i wydał dźwięk:

Kiszkiskis!

Na wołanie wybiegły dwa koty, strażnicy przy koszach, lecz kociaka wśród nich nie było. Rozczarowany, Wojciech wrócił do domu, myśląc:

Cóż za człowiek ja jestem córka kociaka już od trzech lat pyta, a ja sam go wyrzuciłem na ulicę

Sumienie go dręczyło, a myśl o filiżance wódki nie przyszedł mu do głowy nigdy nie pił, rodzice go tak uczulili.

Wysłał SMS do żony Lary: Wrócę za chwilę, musimy porozmawiać.

Następnego ranka Wojciech znów wszedł do mieszkania, a cisza była jeszcze bardziej niepokojąca. Czyżby spali? pomyślał. Z kuchni wyszły blady Renata i Zosia, a w ramionach Zosi siedział już ten sam kociak, którego kiedyś karmił soczystą indykiem. Wojciech podbiegł do córki, przytulił kociaka i łzy leciały strumieniami.

Renata i Zosia nie wykrzywiły ust nie spodziewały się takiej reakcji od ojca, który wcześniej ostrzegał o poważnej rozmowie.

Michał, chciałeś coś powiedzieć zaczęła Lary, ostrożnie.

Ja? Coś powiedzieć? Nie odpowiedział Wojciech, nie mogąc powstrzymać łez, i zaniósł kociaka do kuchni, by przygotować mu kolejny obiad.

Tak w rodzinie Nowaków pojawił się kotek, który w ciągu dnia był Aneksem, a po południu Anią, a nocą matką. Cała rodzina go pokochała. Teraz miał nie tylko dach nad głową, ale i serca, które go kochają.

Rate article
Fajna Tajna
A co tata na to powie? Stylowe ubrania dla ojca