Tuż przed samym Sylwestrem żona zafundowała Januszowi niespodziankę, aż chciało się płakać. Za nimi dwadzieścia wspólnych lat, które wydawały się szczęśliwe. Ładna córka, która już wyszła za mąż i obdarzyła ich wnuczkiem. Czego chcieć więcej? Żyj i ciesz się.
A jednak nie wszystko układało się tak różowo. Janusz przez lata harował dla rodziny, jako kierowca tira jeździł po całej Europie, czasem przez miesiące nie pojawiał się w domu, byleby niczego rodzinie nie zabrakło. A tymczasem jego ukochana żona miała romans za jego plecami od dawna, a jemu wciskała bajki przez telefon: Tęsknię, czekam, poduszka od łez mokra…. Wszystko wyszło na jaw nagle, jak w dowcipie: I wrócił mąż wcześniej niż zwykle z trasy….
Nie robił awantur, po cichu zebrał rzeczy, papiery, wszedł do auta i ruszył. Zatrzymał się dopiero za miastem. Ręce mu się trzęsły, nie mógł pojąć jak to się stało.
Wszystko do domu, wszystko dla rodziny. Wysyłał żonę i córkę na wakacje, samochód kupił, remont zrobił w mieszkaniu. Jak przyszło wydać córkę za mąż, wyprawił wesele jak się patrzy. Z każdej trasy przywoził prezenty, dzwonił kilka razy dziennie, tęsknił, a ona w tym czasie bawiła się za jego plecami. No i wierz tu kobietom!
Wiadomo, różnie w życiu bywa, facetom też zdarza się grzeszyć. Wielu na trasie ma koleżanki. Ale on się trzymał, kochał żonę, dbał o uczucia. Wyszło, że na próżno.
Odpalił samochód, ale nie wiedział dokąd jechać. Myśli plątały się w głowie, złość mieszała się z rozczarowaniem. W końcu postanowił jechać do rodzinnej wsi. Niby trzysta kilometrów drogi, trudno, lepiej dalej od domu od byłego domu i byłej już żony.
Telefon szalał. Dwadzieścia nieodebranych, żona i córka wydzwaniały. Janusz wyłączył telefon, nikogo nie chciał słyszeć. Ta zdrada była jak kubeł lodowatej wody.
Przed oczami przesuwało mu się całe życie: jak wychodzą z urzędu, jak odbiera córkę z porodówki, jak odprowadza do pierwszej klasy, jak wraca z tras z bukietem kwiatów… Wszystko dobre, wszystko piękne i jasne. Jak to się stało, że nie zauważył, nie dopilnował, że żona już go nie kocha.
Teściowa, niech spoczywa w pokoju, nie raz ganiła swoją córkę: Nie w pieniądzach szczęście. Stracisz męża. Niedobrze, że go miesiącami w domu nie ma. Tak się rodziny rozpadają. Miała rację.
Babcie z osiedla też coś szeptały, ale nie uwierzył. Nigdy nic nie poczuł, nie podejrzewał. A teraz po prostu jedzie, gdzie oczy poniosą.
Nie wiadomo nawet, czy dom w rodzinnej wsi jeszcze stoi. Dziesięć lat tam nie był. Może i wieś już pusta. A on jedzie, zimą, na święta. Fantastyczny prezent od żony pod choinkę, nie spodziewał się.
W przydrożnym sklepie nakupił produktów, jakby świat się kończył; ładował wszystko do koszyka, jakby tam sklepów nie było. I dobrze zrobił. Zjechał z głównej drogi na boczną, prowadzącą przez pola i lasy. Kiedyś wsie były tu jedna za drugą, dziś świecą nieliczne światełka. Zaczęło padać, zawiał wiatr, śnieg sypie. Ale Janusz dobrze pamięta trasę, kochał swoją wioseczkę.
Mama nigdy nie dała się namówić do przeprowadzki do miasta, dożyła swoich dni samotnie we własnym domu. Jedynak, urodzony późno, zawsze ją wspierał i rozumiał ciężko jej było opuścić to, co znała całe życie. Ale nie chciała zmieniać, Wszystko tu swoje, tam zgniję w tych waszych miastach. Lepiej nie ruszaj mnie z miejsca. I już tam została. Odprowadził ją na cmentarz, dom zabił dechami i od tej pory nie przyjeżdżał.
Zawierucha rozszalała się, zostało dziesięć kilometrów. Ostatnie światełka gasną w oddali. Za zakrętem jego wieś wreszcie się ukazała. Z trudem przejechał przez znajomą ulicę. Wiele okien pustych, domy pozabijane deskami. Tylko jeden przy drodze tli się światłem.
To jego dom rodzinny. Ogrodzenie przechylone, deski wbite przez niego jeszcze trzymają się w oknach. W śniegu przedzierał się do furtki. Brama uchylona, wszedł na ganek. Odnalazł schowany klucz. Tu mało kto zamykał na klucz, tylko jak Janusz odjeżdżał. Wielka kłódka wyglądała śmiesznie na starej, lekkiej furtce, którą łatwo byłoby zdjąć z zawiasów.
Otworzył zamek i zapalił latarką. Znalazł włącznik, światło w dużym pokoju buchnęło. Wszystko jak zostawił tylko zimno, pusto i cicho bez matki.
Przyniósł drewno z sieni, zawsze tam był zapas suchych szczap. Rozpalił piec kaflowy. Drwa zapłonęły, jakby tylko czekały na ten moment. Ogień rzucił ciepło po zakamarkach. Wiadra znalazł i czerpał wodę z pompy, która, ku jego zdziwieniu, wciąż działała. Nastawił wodę na herbatę i do kociołka.
Po chwili woda zawrzała, Janusz nalał ją do miski i wziął szmatkę, by ogarnąć z kurzu. Od dziecka nauczony pracy, nigdy nie bał się nawet kobiecych zajęć.
Po czterdziestu minutach izba pachniała świeżością i ciepłem. Wyłożył na stół zakupy: pokroił kiełbasę, ser, chleb, otworzył konserwy, usmażył jajecznicę. Stare zegary, które nakręcił, wybiły jedenastą.
No to zaraz będzie Nowy Rok. Czas zacząć nowe życie. Jak, nie wiem, ale jak mawiała moja mama rano człowiek mądrzejszy. Jutro pomyślę. Dziś trzeba pożegnać stary rok.
Wyciągnął zakupiony alkohol, ale nie zdążył się napić w okno nagle ktoś zapukał głośno i ostro. Aż podskoczył ze strachu.
Czyli ktoś tu jeszcze mieszka, nie wszyscy wyjechali pomyślał i poszedł otworzyć drzwi. W progu stanęła kobieta. Strząsnęła śnieg z chusty, spojrzała na Janusza przestraszonymi, zaszklonymi oczami.
Nie wiem nawet jak pan się nazywa, jestem tu dopiero od trzech miesięcy. Mam problem: synek ciężko chory. Nie ma tu już felczera, wieś się wyludniła, może zostało z dziesięć domów. Podejrzewam, że to wyrostek. Mnie też tak bolało, jak byłam mała. Jak zobaczyłam światło, przyszłam, synkowi coraz gorzej.
Janusz już zakładał kurtkę, naciągał czapkę.
Czekamy na co? Jedziemy! Trzeba łopatę zabrać, bo drogi zawiane. Ledwo sam tu dojechałem.
Wicher ucichł. Janusz wziął na ręce płaczącego niespokojnie w gorączce chłopca, ruszyli od razu. Szczęśliwie dotarli do szosy. Tam droga była trochę przejechana, choć parę razy musieli odśnieżać aż do powiatu.
Po półtorej godzinie przyjechali do szpitala. Wezwali chirurga. Kobieta miała rację małego zabrano od razu na stół operacyjny. Była druga w nocy.
No to Nowy Rok już przyszedł…
Przepraszam, że panu święta popsułam…
Proszę nie mówić głupstw! Najważniejsze, żeby dziecko doszło do siebie.
Siedzieli na korytarzu, kobieta ukradkiem ocierała łzy, cały czas patrząc w drzwi bloku operacyjnego. Minuty dłużyły się niesamowicie. W końcu wyszedł lekarz:
Dobrze, że zdążyliście. Jeszcze trochę… Teraz wracajcie do domu.
Wolimy tu poczekać do rana, droga daleko.
Jak chcecie. Szczęśliwego Nowego Roku. Niedługo chłopiec będzie przetransortowany na salę i wtedy pani go zobaczy.
Całą noc czuwali pod salą. Potem Romę (tak miała na imię kobieta) wpuszczono do syna. Mały Romek doszedł do siebie.
Roma została z dzieckiem, Janusz ruszył do wsi. Rozpalił piec, zjadł i zasnął. Po południu odwiedził nowych sąsiadów. Romek był już w dobrym humorze, choć przykro mu było, że nie powitał Nowego Roku i nie spotkał się z Mikołajem.
On zawsze przychodzi, chowa mi prezent pod choinką. Teraz pewnie nie dotarł. Wiem, że wchodzi przez drzwi, nie przez komin jak w bajkach. Już jestem duży, rozumiem.
I niepotrzebnie się martwisz. Ja, jak byłem mały, Mikołaj chował prezenty po kątach i na ganku zostawiał, i w sieni na ławce. Nie chciał, żeby go widzieli. Może i twój prezent gdzieś się schował. Jak wyjdziesz ze szpitala, to poszukaj.
Byłoby super… Cały rok byłem grzeczny, prawda mamo?
Roma tylko kiwnęła ze łzami w oczach.
Romciu, doktor nie pozwala mi tu z tobą zostać, każą jechać do domu. Nie boisz się? Z dziećmi tu nie będziesz sam.
Nie boję się, jestem duży. Pojedź, poszukaj prezentu, bo śnieg zasypie i nie znajdziesz.
Roma z Januszem wyszli.
Dzięki, że wymyślił pan taką bajkę. Naprawdę nie kupiłam mu prezentu, pieniędzy brak. Uciekliśmy z miasta praktycznie z niczym. Mąż pijak, bił mnie, nawet Romka… Uciekłam w nocy, tu pod lasem jest dom po mojej ciotce. Zmarła i przepisała mi przed śmiercią. Mąż o tym domu nie wie, bo już by go sprzedał dla wódki. I tak tu żyjemy, od zera.
Janusz pojechał do sklepu.
Trzeba kupić chłopakowi porządną zabawkę, bo jeszcze przestanie wierzyć w Mikołaja.
Kupił auto, dorzucił słodycze, wrócili razem do wsi. Roma młoda, dziesięć lat młodsza od Janusza. Nie chciała przyjąć prezentu.
Nie możemy tego przyjąć, to za drogo! Dlaczego ma pan wydawać na nie swoje dziecko?
Bo czasem człowiek chce sprawić radość. Przynajmniej kogoś w Nowy Rok uszczęśliwię.
Przez tydzień Janusz mieszkał we wsi. Nie miał czasu na nudę to śnieg odgarniał, to drewno hakował, to piec rozpalał. Pomagał też Romie. No i do Romka trzeba było chodzić, bo pierwszy raz leżał w szpitalu sam bez mamy.
Rany się dobrze goiły. W końcu wypisali chłopca. Całą drogę pytał o prezent, smucił się, że ślady Mikołaja śnieg już zasypał.
Prezent był dobrze schowany. Romek przeszukiwał sień i w końcu w zakamarku znalazł upragnioną zabawkę.
Nie zapomniał o mnie! zawołał radośnie. Mikołaj naprawdę istnieje! W szpitalu Wiktor mówił, że to bzdura, a u nas pieniędzy nie ma, żeby kupić taką zabawkę. Wiesz jaka ona droga, mamo?
Janusz tylko się uśmiechnął. Dawać prezenty to jednak ogromna przyjemność.
Z okazji powrotu Romka Roma zaprosiła Janusza na kolację.
Dziękuję ci, Roma. Dawno nie zaznałem domowego ciepła.
A rodzina?
Była, ale już nie ma. Może, porozmawiamy o tym innym razem.
Wieczór minął szybko. Romek pobawił się, zasnął z uśmiechem.
Gdybym miał wybierać, nie chciałbym odchodzić, ale czas wiedzieć miejsce. Żegnam, jutro ruszam w trasę.
A możemy na pana czekać? Romek dopyta rano.
Powiedzcie mu pozdrowienia. Nie wiem jeszcze, czy przyjadę. Wszystko się w życiu pomieszało, sam nie wiem co dalej. Ale polubiliście mnie i ja was też… Do zobaczenia.
Janusz odjechał. Długo go nie było. Krążył po kraju przez trzy tygodnie. Często jednak wspominał nowych znajomych; utkwiły mu w sercu.
Po trasie zajechał do miasta, odwiedził córkę, przywiózł wnuczkowi prezenty. Do żony nie zajrzał, tylko napisał, że składa papiery rozwodowe.
Co dalej nie wiedział. Zyskał tydzień wolnego, nie miał pojęcia gdzie jechać. Przenocował u córki, potem znów ruszył do wsi. Ciągnęło go tam, nie mógł zapomnieć o Romie.
Romek czekał na niego pod płotem, jakby wiedział, kiedy Janusz wróci. Wyciągnął rękę, przywitał się po męsku.
Długo pana nie było. Mama tęskniła za panem.
Tak ci powiedziała?
Nie. Ale jestem duży, widzę wszystko. Często podchodzi do okna, kiedy przez wieś ktoś przejeżdża. Idź pan do domu, musicie pogadać, ja się jeszcze przejdę.
Janusz wszedł do domu, Roma go pozdrowiła, odwróciła się do garnka na piecu.
Myślałam, że już pan nie wróci. Co tu robić na tym odludziu…
Cóż, musiałem wszystko przemyśleć. Dwadzieścia lat z żoną to nie byle co. Ale nie zapomniałem o tobie. Myślisz, że dasz mi szansę?
Roma spojrzała mu w oczy, a potem wtuliła się w jego ramiona…
Zamieszkali razem. Latem Janusz odremontował dom po matce, podłączył wodę, naprawił banię. Urządzili się. Kupili kury, kozę, założyli ogródek. Dom Romy wynajęli na działkę letnikom. Okolica piękna, chętnych na odpoczynek nie braknie. Życie zaczęło się układać. Romek nie odstępował Janusza na krok i szybko zaczął go nazywać tatą.
Życie jest przewrotne. Nigdy nie wiadomo, co cię spotka, jakim cię zaskoczy prezentem. Stąd starsi zawsze powtarzają życie przeżyć to nie to samo co przejść przez łąkę.



