PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA
Wiesz co Obudziłam się kiedyś w nocy i już nie mogłam zmrużyć oka do rana. Albo zły sen, albo jakieś dziwne, nieokreślone uczucie rozdarło mi serce. Nagle zrobiło mi się tak ciężko, łzy same popłynęły po policzkach. Kompletnie nie wiedziałam czemu tak się czuję. Czułam, że nadchodzi coś złego, coś nieuchwytnego, jakby zbliżała się jakaś wielka bieda.
Podeszłam do łóżeczka do mojego malutkiego synka. Staś spał spokojnie, śmiał się przez sen i zabawnie cmokał ustami. Poprawiłam mu kołderkę i poszłam do kuchni. Za oknem była zupełnie czarna noc.
Stasia, znowu nie śpisz? usłyszałam nagle za sobą głos Marcina.
Znowu… I dalej nie wiem co mi jest, Marcin wyszeptałam cicho.
Pewnie to ta słynna depresja poporodowa próbował rozładować napięcie.
Przecież Staś już ma prawie pół roku i wcześniej nic takiego nie czułam. A teraz nagle
Różnie bywa, hormony, nerwy! Nie stresuj się. Wszystko wróci do normy, zobaczysz.
Ale ja naprawdę się boję, Marcin przytuliłam się do niego z całych sił.
Wszystko będzie dobrze powiedział z czułością, obejmując mnie mocno.
Minęły trzy tygodnie i dostałam telefon z przychodni, że mamy przyjść do naszej pediatry na rozmowę. Mieliśmy z Stasiem półroczną kontrolę, wszystko niby jak zawsze: badania, konsultacje. Ale kiedy pielęgniarka zadzwoniła, czułam, że coś jest nie tak.
Stało się coś złego? zapytałam niepewnie.
Pani Stasiu, proszę się nie martwić, pani doktor wszystko wyjaśni usłyszałam w odpowiedzi.
W przychodni jak zawsze była kolejka i to nie pomagało nerwom. Gdy weszłyśmy do gabinetu, czułam jak serce wyskakuje mi z piersi.
Proszę usiąść powiedziała cicho lekarka. Pani Stanisławo, musimy wykonać dodatkowe badania.
Co się dzieje?! wyrwało mi się. I w tej samej chwili poczułam, że te moje czarne myśli zaraz się potwierdzą.
Wyniki Stasia są niepokojące. Białych krwinek jest zdecydowanie za dużo, inne wskaźniki też. Trzeba szybko powtórzyć badania, najlepiej w specjalistycznej placówce.
Gdzie? zapytałam ledwo słyszalnie.
W wojewódzkim centrum onkologii dziecięcej odpowiedziała lekarz.
Nie pamiętam nawet, jak wróciłam do domu. Marcin już na mnie czekał, bo napisałam mu wiadomość od razu urwał się z pracy i był w domu, zanim weszłam.
Stasia, co się stało?! zapytał, widząc mnie totalnie roztrzęsioną.
Łzy ciekły mi ciurkiem, już nawet ich nie próbowałam wycierać.
Jedziemy na badania do onkocentrum wyszeptałam już pogodzona z losem.
Ale przecież może to nic strasznego, na razie badania, spokojnie… próbował mnie uspokoić.
To nie tylko badania wyjęczałam. Czułam, że coś się stanie. Po prostu nie wiedziałam co, ale czułam że coś złego nas czeka.
Przytuliłam mocno Stasia, śpiącego jeszcze beztrosko. On jeszcze nie wiedział, że jego świat właśnie się zmienia.
– Ostra białaczka powiedział starszy profesor, przeglądając papiery. Musimy natychmiast zacząć leczenie.
Płakałam bez końca, nie mogąc pogodzić się z tym, co słyszę. Chemia odbywała się bez mojej obecności, Staś był na OIOM-ie, a ja po drugiej stronie drzwi.
Proszę już iść do domu próbowała mnie przekonywać pielęgniarka. I tak dziś nie wejdzie pani do syna!
Nie mogę Po prostu nie wytrzymam bez niego.
Marcin i ja jesteśmy małżeństwem od ośmiu lat. Długo nie udawało mi się zajść w ciążę: wyniki, konsultacje, leczenia Nic nie znajdowali, a takie szczęście przyszło dopiero po ośmiu latach. To był najpiękniejszy a jednocześnie najbardziej niepokojący czas w moim życiu: Marcin dosłownie nosił mnie na rękach, nie pozwalał mi dźwigać nawet kubka wody. Ostatni miesiąc ciąży spędziłam w szpitalu, bo była groźba przedwczesnego porodu. Pół roku temu urodził się Staś. Imię dostał po tacie Marcina, który zginął parę lat temu w wypadku samochodowym.
Stasia, nie powinno się nazywać dziecka imieniem osoby, która odeszła tragicznie! mówiła babcia, kiedy dowiedziała się o naszym wyborze.
Babciu, to tylko przesądy, nie róbmy z igły widły! odparłam wtedy. Byłam tak szczęśliwa, nie chciałam, żeby nic przyćmiło ten czas
Siedziałam przy łóżeczku Stasia. W ciągu miesiąca schudł, wybladł, buźka była biała jak papier, głębokie cienie pod oczami. Płakałam bezgłośnie już nawet nie próbowałam wycierać łez. Do sterylnej sali wpuścili mnie tylko dlatego, że prawie wyważyłam drzwi szefowi oddziału: argumentował, że z tak niską odpornością każda infekcja to śmiertelne zagrożenie. Ale bez Stasia już wariowałam. Kiedy w końcu pozwolili mi do niego wejść, spał wyczerpany, a ja patrzyłam na niego, próbując zapamiętać każdą rysę twarzy.
Takich operacji nie przeprowadzamy usłyszałam następnego dnia od ordynatora, doktora Wysockiego.
A gdzie? zapytałam zdeterminowana.
W Izraelu. Tam mają szansę uratować pani dziecko. Ale to potwornie drogie.
Znajdziemy pieniądze. Proszę przygotować niezbędne dokumenty.
Dokumentację wysłaliśmy do izraelskiej kliniki hematologicznej. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko: są gotowi operować, ale koszt to ponad 1 100 000 złotych.
Stasia, nawet jak sprzedamy mieszkanie i auto, to nie uzbieramy nawet połowy mówił Marcin. Już wystawiłem ogłoszenia, ale sprzedaż nie idzie tak szybko.
Nie mamy nawet dwóch miesięcy! płakałam. Musimy coś wymyślić.
Pieniądze zbieraliśmy wszędzie: u siebie w pracy, u Marcina, w lokalnej fundacji, zbiórki w sklepach, przez znajomych. Gmina dała część, pomagali wolontariusze. Udało się zebrać nieco ponad połowę. Czas się kończył nie mogliśmy dłużej czekać.
Stasia, lećcie, co się jeszcze uda, będę wam przesyłał z Polski. Może trafi się kupiec na mieszkanie mówił mąż.
Czułam, że cała nasza wioska nam kibicuje, ale taka suma tu to kosmos.
Po załatwieniu wszystkich formalności wyjechałam ze Stasiem do Izraela. Zebrane pieniądze nie wystarczały. Staś zaczął standardowe przygotowania, badania, procedury. O reszcie kwoty starałam się nie myśleć. Liczyłam na cud. Za miesiąc miał skończyć roczek.
W sąsiedniej sali była inna polska mama z synkiem, trzyletnim Kubą. Okazało się, że mieszkają niedaleko Poznania. Zebrali całą potrzebną kwotę, ale ich sytuacja była bardziej skomplikowana białaczkę wykryto u Kuby późno, więc leczenie się ślimaczyło, zabieg przekładali już kolejny raz.
Nie płacz, Stasia, na pewno jeszcze będzie dobrze! Zwiedzisz z Stasiem cyrk, zoo My byliśmy z Kubą w poznańskim zoo, szalał za niedźwiedziami, pół godziny obserwował jednego czarnego jak zaczarowany. Jeszcze nie wiedziałam, że jest chory. W zoo pierwszy raz poleciała mu krew z nosa, a ja nie umiałam zatamować. Przerażona byłam. Później powtórzyło się kilka razy. W końcu poszliśmy do lekarza Trzeci stopień, za późno… Jak mogłam nie zauważyć wcześniej! szlochała Marcelina.
Marce, dasz radę! Pójdziemy z dzieciakami razem do zoo! przytuliłam ją najmocniej jak potrafiłam.
Ale ja przecież widziałam, że coś jest nie tak! Chudł, był smutny, przestał jeść, ciągle jakieś rozstroje! I nie poszłam zaraz do lekarza! Moja wina! Nawet mama mi mówiła coś jest nie tak! Nie chciałam wierzyć! płakała już rozpaczliwie.
Nie umiałam jej pocieszyć. W takich sytuacjach głupio brzmią wszystkie słowa
Kilka dni później Kubie się pogorszyło, trafili na OIOM. Marcelina nie mogła wejść do niego, więc siedziała pod drzwiami i nieprzytomnie płakała.
Marce, chodź, położysz się chociaż chwilę, odpoczniesz prosiłam ją.
Muszę tu być, Kuba mnie czuje! Jemu będzie łatwiej wiedząc, że jestem! usłyszałam.
On i tak wie, że jesteś przy nim. Chodź…
Ale ona się nie ruszyła. Pielęgniarka podała jej zastrzyk uspokajający: już nie płakała, tylko wpatrywała się w jedno miejsce, czekając i licząc na cud.
Marcin zadzwonił pod wieczór. Kołysałam Stasia na rękach każdą wolną chwilę spędzałam z nim, nie wiedziałam przecież ile nam ich zostało.
Stasia, przelałem ci prawie 30 tysięcy, chwilowo nie mamy więcej. Dzisiaj oglądała mieszkanie młoda para, spuściłem z ceny, powiedzieli, że się zastanowią dwa dni.
Dobrze odparłam cicho.
W tym momencie z korytarza dobiegł potworny krzyk. Telefon wypadł mi z ręki, Staś się przebudził i rozpłakał, pogłaskałam go po głowie i znów zasnął. Położyłam go, po czym wybiegłam na korytarz już wiedziałam, co się stało, choć to się nie mieściło w głowie. Marcelina klęczała pod drzwiami OIOM-u i rozdzierała sobie serce krzykiem. Pielęgniarki biegały wokół niej, próbowały ją czymś napoić, dać kolejny zastrzyk. Była nie do utulenia. Patrząc w jej oczy, zobaczyłam ból większy, niż wszystko, co do tej pory znałam.
Marce Trzymaj się, zostałaś tu, żyj dalej dla Kuby płakałam razem z nią.
Po co mam żyć?! Mój synek umarł! To moja wina! Jak mam z tym żyć?! szlochała do utraty tchu.
Stałam przy niej, aż dostała zastrzyk, potem pomogłyśmy jej wrócić do sali. Lekarz powiedział tylko:
Niech odpocznie. Jeszcze się napłacze
Tamtej nocy nie zmrużyłam oka. Siedziałam przy Stasiu i patrzyłam na niego, jakby chciałam mu się napatrzeć na całe życie
Rano przyszła Marcelina. Była jakby starsza o dziesięć lat, wyciszona, z pustką w oczach. Rozmawiałyśmy długo bez słów, tylko się przytulając.
Niech wam się wszystko uda, Stasia. Macie szansę, musicie ją wykorzystać. Ja muszę się zająć Kubusiem, pogrzeb, potem 9 dni, 40 Postawię mu pomnik, a potem Przeczytasz, jak już wyjadę, nie mam siły mówić podała mi kopertę.
Dobrze… szepnęłam.
Kiedy wyszła, ogarnął mnie jeszcze większy smutek. Stasia zabrali na zabieg.
Otworzyłam kopertę:
Kochana Stasiu! Bardzo pragnę, żeby Twój Staś żył. Niech żyje i za mojego Kubę: niech rośnie, uczy się, cieszy każdym dniem, gra w piłkę i jeździ na nartach. Idźcie koniecznie do poznańskiego zoo i pozdrów ode mnie wielkiego, czarnego niedźwiedzia! łzy zalewały mi twarz, musiałam je wytrzeć, żeby doczytać do końca Macie szansę na życie. W kopercie są pieniądze na operację. Kubie już nie pomogą, a może Stasiowi dadzą zdrowie!
Płakałam długo ze szczęścia i z bólu, bo pieniądze przyszły za cenę, której nie chce się doświadczać…
Marcin, nie sprzedawaj mieszkania! mówiłam mu przez telefon następnego dnia. Musimy mieć gdzie do Polski wracać.
Ale a pieniądze?
Mamy wszystko, będzie dobrze.
Wreszcie i mąż się uśmiechnął po raz pierwszy od wielu dni, bo coś w moim głosie wyraźnie dodało mu odwagi. Byłam tego właśnie pewna.
Operację zrobiono dzień po urodzinach Stasia miał dokładnie rok. Tak jak Marcelina, siedziałam pod drzwiami OIOM-u, ale tym razem rokowania były dobre. Po jakimś czasie mogłam już do niego wchodzić, potem przenieśli nas razem na jedną salę. Czekał nas jeszcze miesiąc izolacji i kilka miesięcy rehabilitacji, ale to już był pikuś najważniejsze, że operacja się udała. Staś powoli wracał do sił: bawił się, jadł, zaczął się nawet uśmiechać. Kiedy po raz pierwszy wykrztusił z siebie coś na kształt mama, znów się popłakałam. Stał się cud.
Miedź! pokazywał palcem na wielkie czarne zwierzę w klatce.
Nie miedź, tylko medwiedź, czyli niedźwiedź! śmiałam się, poprawiając go.
Poszliśmy wtedy do zoo w Poznaniu, tego, o którym opowiadała Marcelina. Podeszłam do wybiegu i wyszeptałam: Cześć, misiu, od Kubusia…
Staś biegał, śmiał się, jadł lody, jeździł na barana u Marcina i wszystko było jak należy. Jego świat znowu był pełen kolorów i nowych wrażeń. Szpital był już tylko wspomnieniem. Ale czasem, gdy budziła mnie nocna cisza, podchodziłam do jego łóżeczka i nasłuchiwałam spokojnego oddechu. Strach odchodził Teraz przed nami było życie za siebie i za małego Kubusia, który podarował Stasiowi drugą szansę.



