U babci Szury na wsi zdechł kot. Kot był zasłużony — wiele miał na koncie zwycięstw nad kocimi panna…

Dziś w moim pamiętniku zapiszę coś wyjątkowego. Rano w naszej wsi umarł mój ukochany kot Bazyliszek. Był to kot niezwykły na jego koncie mnóstwo zwycięstw nad lokalnymi kotkami, niejednego rywala przegonił, a myszy w stodole tępione przez niego można by liczyć przez lata. Ale co tu dużo mówić, lata swoje miał dwadzieścia już przeżył bez poważniejszych chorób, starutki już był kocurro.

Zawinęłam Bazyliszka w białe płótno, wzięłam łopatę i poszłam za ogród pochować go w godziwym miejscu. Mój mąż, Kazimierz Bronisławowicz, szamotał się gdzieś w kącie podwórza przy piwnicy coś tam wzmacniał, naprawiał i pod nosem przeklinał.

Złożyłam ostatnie pożegnanie ukochanemu kotku, zasypałam dołek i wyszłam na ścieżkę. Łopatę, brudną od gliny, niosłam w ręku. Wtem podeszła do mnie sąsiadka pani Genowefa, kobieta miastowa.

Dzień dobry, Aleksandro Zygmuntowno! przywitała się Genowefa, a z grzeczności zapytała: Co tam porabiasz z rana?

A, właśnie westchnęłam. Kazio mój się już na tym świecie namęczył, Bóg go zabrał. Wypłakałam się i za ogrodem go pochowałam.

Genowefa aż stanęła zaskoczona, bo przecież wczoraj widziała Kazimierza przy sklepie, gdzie kupował cukier, Mocnego i ćwiartkę wódki.

Ale jak to? zdziwiła się. Twój Kazik umarł? Tak nagle? Wczoraj go jeszcze widziałam, żwawy był!

A tak, wczoraj jeszcze hulał po podwórku przytaknęłam. Zadowolony był cały dzień, nawet całą makrelę zjadł. Jeszcze wieczorem się z nim trochę pobawiłam w łóżku

Oczy Genowefy robiły się coraz większe.

A dziś rano już mój Kazik posmutniał, zachorzał dokończyłam. Położył się na ławce, coś tam pomamrotał i ducha wyzionął.

Genowefa odruchowo przeżegnała się.

No to się porobiło mruknęła. Był Kazik nie ma Kazika. A ta łopata to po co ci była niby?

No przecież za ogrodem go pochowałam, mówiłam już! powtórzyłam. Do czystego płótna zawinęłam, znacznik z gałązki wetknęłam, żeby nie zapomnieć.

Genowefa, znająca bardziej miejskie porządki, nie wszystko łapała z naszych wiejskich zwyczajów. Zdziwiło ją, że tak po prostu pochowałam Kazimierza za ogrodem, a gałązką oznaczyłam miejsce.

Aleksandro, ty to masz serce, naprawdę wymruczała skołowana. Sama pobiegłaś i pochowałaś! Ale tak w ogóle, nie trzeba by no, kogoś z urzędu zawiadomić, żeby potwierdził zgon?

Tym razem to ja spojrzałam na Genowefę jak na przybysza z innego świata.

Aleś powiedziała! roześmiałam się. Kazio orzeł był, nie powiem ale kto za każdym Kazikiem milicjanta będziesz wołać? Milicja nie zdąży za wszystkimi! Zaraz by prokuratora trzeba wzywać!

Genowefa zamilkła. Przerzuciłam łopatę na drugie ramię.

Może i w mieście takie macie zwyczaje powiedziałam pojednawczo. Wy mądrzy, macie prokuratora, doradców, urzędników A u nas na wsi po prostu umarł Maksym, to trudno. Weź łopatę i kop. Za ogrodem miejsca w bród.

No tak wymamrotała Genowefa. Czuję, że jeszcze wiele muszę się o waszej wsi dowiedzieć. Ale czemu za ogrodem, w chaszczach? A nie na cmentarzu, jak człowieka?

Brał mnie już lekki gniew na Genowefę.

A gdzie mam go włożyć, jak wyziębł? burknęłam. Na cmentarz z prawosławnymi ludźmi? Za bogato! Odkąd pamiętam, zawsze za ogrodem chowamy.

Genowefa ostrożnie przysiadła na klocu. Na moją łopatę patrzyła z niepokojem niemal jej nogi drżały.

Ale jesteś, sąsiadko wychrypiała. Wszystkich za ogród taszczysz! I ilu tam masz swoich poza Kazimierzem?

No, trochę się ich zebrało zastanowiłam się. Przed Kazikiem był Michałek. Łagodny z charakteru, choć w duszy łobuz. Nocami się skradał, pod bok się kładł a do rana pościel mokra jak po burzy. Uff, ileż ja go karciłam! A jeszcze dawniej Szymonek ten to był przytulny, potulny. Ale i na niego przyszła pora umarł. Wiele ich przewinęło się przez moje ręce.

Z impetem wbiłam łopatę w darń jakby kropkę postawić.

Teraz leżą wszyscy jednym rzędem za ogrodem. Kazio, Michałek, Szymonek chłopacy moi. Ale nic to, Tonka już zapowiada młodego na dniach podrzucić. Aż ich dla mnie braknie?

Nie wiem, co pomyślała Genowefa, bo akurat zza moich pleców wyłonił się Kazimierz Bronisławowicz umazany ziemią, wściekły jak burza.

Śmierci mi życzysz, stara gałęzio?! zaryczał na mnie. Zasypało mnie tam jak naleśnika, wołałem, szamotałem się Ledwo się wydostałem, a ty tu sobie gadu-gadu!

Wyrwał mi z rąk łopatę i dodał:

Dawaj to narzędzie! Idę wykopać buty ćwiartka też mi tam została!

Genowefa po tych słowach spokojnie zsunęła się z kloca i omdlała. Ćwiartka z piwnicy przydała się więc idealnie.

Rate article
Fajna Tajna
U babci Szury na wsi zdechł kot. Kot był zasłużony — wiele miał na koncie zwycięstw nad kocimi panna…