Gdy miałam siedemnaście lat, mój tata się zwinął jakby wyparował, chociaż niestety, nie było w tym nic magicznego. Mama harowała na dwa etaty, a pieniędzy jak na lekarstwo. Zaciskaliśmy pasa, aż się już nie miał gdzie zaciągnąć. Pomarańcze i czekolada pojawiały się u nas tylko wtedy, gdy już karp odtańczył swój ostatni taniec na Wigilię. Nigdy nie miałam śmiałości, by o coś poprosić mamę sama próbowałam dorabiać, żeby nie przysyłało się na mnie kosztem innych. Młodsza siostra też na pokładzie więc z mamą razem stawałyśmy na rzęsach, żeby czuła się jak księżniczka z disneyowskich bajek, a nie jakaś szara mysz z Ursynowa.
No, ale śmierć taty to dopiero był początek naszych “przygód”. Mama pewnego dnia wylądowała w szpitalu z powodu udaru. Od tamtej pory już nie stanęła na nogi. Otrzymała rentę z ZUS-u, ale, prawdę mówiąc, te złotówki szybciej odpływały niż przypływały. Jakoś się trzymałyśmy i próbowałyśmy sobie tłumaczyć, że jeszcze się wszystko poukłada.
Musiałam zrezygnować ze studiów już tylko ja zdobywałam grosz dla całej naszej trójki. Opieka nad chorą mamą i siostrą była trudniejsza niż próba nauczenia się japońskiego w tydzień. Pomoc od bliższych i dalszych znajomych owszem, ale przecież Polka nie prosi o wsparcie, tylko zakasuje rękawy! Przed chorobą mama była serdeczna i szczera, po udarze zaczęła przypominać wojowniczkę z czasów sarmackich bardziej walczyła z życiem niż z nami, ale wszystkim się obrywało.
Najpierw zaczęło się wzdychanie nad jej ciężkim losem, potem już regularne tyrady, jak to słabo gotuję, słabo sprzątam, za dużo wydaję na siebie jakby chodziło o pierścionki z diamentem, a nie o nowe rajstopy z bazaru. Starałam się przechodzić nad tym do porządku dziennego, bo zdrowie mamy było ważniejsze niż moje ego. Ale jednak… boli, kiedy robisz, co możesz, a dostajesz tylko narzekania.
Znajomi powtarzali zatrudnij pielęgniarkę, zmień robotę, zacznij żyć. Miałam okazję, nawet kilka! Ale jak tu zostawić mamę z obcą babą z ogłoszenia? Przecież mama miała córki, a nie wykwalifikowane opiekunki. Nie byłam gotowa na taki krok.
Narzekań z każdym miesiącem przybywało jak mandatów wystawianych na nielegalnym parkowaniu. Wieszała na nas psy o każdy zakup, nawet jak kupowałyśmy najtańszą herbatę z promki w Biedronce.
Milczałam. Chyba zbyt długo, wytrzymywałam i maskowałam łzy humorem. Ale dopiero choroba sprawiła, że coś się we mnie przestawiło.
Dopadł mnie wściekły ból głowy, gorączka i kaszel taki, że sąsiedzi zaczęli nas pytać, czy to czasem nie gruźlica. Przewracałam się całą noc z boku na bok, rano powiedziałam koniec! idę do lekarza. Moja siostra, cała w stresie, przytuliła mnie i wybiegła do szkoły. Najbardziej przejęta była ona. Mama? Stwierdziła, że grypę można przeczekać pod kołdrą, a pieniądze lepiej odłożyć na jej leki, bo to ona jest bardziej chora. Standardowa litania o tym, jak to zabijam ją swoim egoizmem.
Słuchałam jej, podskórnie płacząc, bo już naprawdę nie miałam siły wymyślać dobrych wymówek. Przecież dla mamy rzuciłam studia, tyrłam na kilku etatach, podczas gdy inni chodzili na randki w kawiarence na Marszałkowskiej. I wybuchłam. Powiedziałam wszystko, co mi leży na sercu, nawet to, co nie przystoi dobrze wychowanej dziewczynie z Mokotowa.
Okazało się, że miałam zapalenie płuc. Lekarz chciał mnie zatrzymać w szpitalu, ale miałam w głowie tylko jedno nie zostawię siostry samej z mamą. Kupiłam więc leki, spakowałam torbę i ruszyłam do Moniki, mojej przyjaciółki od zawsze.
Monika przyjęła mnie jak przedwojenną ciocię z kresów najpierw nakrzyczała, że chodzę po mieście z gorączką, potem podała herbatę z malinami. W końcu poprosiłam ją o pomoc w znalezieniu pielęgniarki i… dorzuceniu dachu nad głową. Monika od razu powiedziała, że mogę u niej zamieszkać, byle nie zostawiać rzeczy w przedpokoju.
Wróciłam do domu po parę gratów. Mama już na mnie czekała, jakby wiedziała, że zwiałam na chwilę. Zaczęła krzyczeć o pieniędzach, jakbyśmy wygrali w totka i nie chciały się podzielić. Nakarmiłam ją, powiedziałam “do widzenia” i zamknęłam drzwi. Wiedziałam, że już tam nie wrócę na dłużej.
Monika spełniła moją prośbę w tempie warszawskiego pendolino. Znalazła pielęgniarkę Wiktorię, która zajęła się mamą, a ja zmieniłam pracę i nie odwiedzam już rodzicielki. Może brzmię jak wyrodna córka, ale zrobiłam wszystko, co było możliwe. Za “dziękuję” nigdy się nie doczekałam. I powiem szczerze czy to wszystko było warte tych łez? Chyba czas pomyśleć w końcu o sobie.
Co miesiąc przelewam mamie złotówki na opiekę i jeszcze nawet zostaje na ekstra pierogi na święta. Wiktoria czasem mówi, że mama już ledwo nas kojarzy, nie pamięta o urodzinach. Choć ja i siostra nigdy nie zapominamy, żeby zadzwonić. Najważniejsze jednak, że zaczynamy nowe życie. Razem z siostrą wynajmiemy niedługo mieszkanie, bo wsparcie w rodzinie to skarb, zwłaszcza gdy los gra z tobą w kości, a ty masz już tylko dwa oczka w zanadrzu. I jak mówi siostra: “Rodziców trzeba szanować, ale nie kiedy zabijają cię codziennie po kawałku”.
Życie bywa ironiczne, ale w końcu powinno się śmiać. Przynajmniej czasem.


