Dlaczego miałabym przynosić swoje jedzenie?
Siostra i brat mojego męża wraz ze swoimi rodzinami przez pięć lat spędzali u nas każde Boże Narodzenie. Wszystko, od gotowania przez nakrywanie stołu, aż po sprzątanie, robiłam sama. Oni po prostu korzystali z uroków świąt. Ale w zeszłym roku pękłam zarówno psychicznie, fizycznie, jak i finansowo nie dawałam już rady.
Postanowiłam więc przynajmniej spróbować podzielić się obowiązkami.
Ostatnio jednak moja teściowa uznała, że są już wszyscy za starzy, czas jest ciężki i bardzo by chciała znów przeżyć święta całą rodziną u mnie.
Zadzwoniłam więc do szwagra i szwagierki i powiedziałam, że mama bardzo chce rodzinne święta u nas. Na początku byli zachwyceni, ochoczo potakiwali, że mama ma rację i że oczywiście się zgadzają.
Dopiero wtedy wtrąciłam, że tym razem musimy podzielić się obowiązkami każdy przynosi coś swojego, gotujemy wspólnie, ustalamy co kto bierze na siebie.
Dla jasności, zadeklarowałam się, że przygotuję podstawowe dania, dwa ciepłe posiłki i upiekę tort.
A oni niech się zajmą dwiema sałatkami, rybą, mięsem, serami, owocami i napojami. Niech każdy przyniesie coś swojego do picia, jak to w polskich domach bywa.
Gdy tylko wymieniłam tę listę, euforia w ich głosach wyparowała szybciej niż schabowy ze stołu w niedzielę. Zaczęli się tłumaczyć, że nie mają czasu, że pracują, że najpierw trzeba kupić, potem ugotować, a poza tym nie widzą sensu wnoszenia jedzenia do czyjegoś domu. Lepiej już zorganizować święta u siebie.
No to pytam: “A co z mamą?” I zgadnijcie, co usłyszałam Że zadzwonią do niej z życzeniami i to wystarczy.
Podsumowując, nikomu nie chce się dzielić ani zakupów, ani obowiązków kulinarnych. Oczywiście, teściowej jeszcze o tym nie powiedziałam. I zupełnie nie wiem jak jej to przekazać, bo pewnie się okropnie obrazi.
No i co teraz zrobić? Może znów całą tę świąteczną logistykę i Bigos Wielopokoleniowy powinnam sobie zostawić na głowie? Pewnie tak, bo w końcu Polska matka do wszystkiego przywyknieW końcu postanowiłam zadzwonię do teściowej i powiem prawdę, choćby miała się obrazić. Zadzwoniłam, przygotowana na burzę. Ale gdy już powiedziałam całą prawdę, cisza po drugiej stronie trwała dłużej niż wigilia u samotnych. Potem usłyszałam ciche westchnienie.
Może rzeczywiście już nie te czasy, córko. Lepiej spędzić święta skromniej, ale szczerze niż udawać rodzinę przy stole, gdy nikt nie ma na siebie ochoty.
I wtedy zrozumiałam, że nie o bigos chodziło ani o świąteczną zastawę. W końcu poczułam ulgę bo te święta zamiast pod ciężarem rosołu czy makowca, spędzę lekko. Może nie w pełnym gronie, ale z tymi, którym naprawdę zależy. Uśmiechnęłam się do siebie na myśl, że być może wreszcie to będą moje pierwsze prawdziwe, spokojne święta. I bez wstydu dodałam do listy zakupów tylko jedno swoją własną radość.



