Zakochałam się, gdy miałam zaledwie 15 lat. Nazywał się Piotr, był wspaniały. Wysoki, szczupły, wysportowany. Gwiazda naszej szkoły, wszystkie dziewczyny za nim biegały, a on wybrał mnie. Wszyscy uważali mnie za szczęściarę.
Zaraz po ukończeniu szkoły Piotr wziął udział w lokalnych zawodach sportowych, gdzie nabawił się kontuzji. Świat sportu został przed nim zamknięty. Wspierałam go najlepiej jak potrafiłam, obiecałam, że nigdy go nie opuszczę. Pobraliśmy się, zamieszkaliśmy razem. Jednak mój ukochany coraz bardziej się zmieniał.
Kontuzja i brak możliwości trenowania spowodowały, że załamał się i coraz częściej sięgał po alkohol. Starałam się od niego odejść, ale nie mogłam, ciągle miałam w głowie obietnicę, ciągle go kochałam, a może to już było tylko przywiązanie i litość?.
Potem urodził się syn. Och, jak mi było ciężko, nie miałam żadnej pomocy. Mąż zaczął znikać na kilka dni, ponieważ płacz dziecka go męczył. Nie miałam nawet z kim zostawić małego. Rodzice mieszkali w innym mieście i nie mogli przyjechać, nie miałam przyjaciół, od dawna nie mam kontaktu z teściową.
Czasami prosiłam sąsiadkę, aby zajęła się Antkiem, płaciłam jej trochę, bardzo się z tego cieszyła. Miałam więc czas, aby dorobić trochę, bo zawsze brakowało pieniędzy. Znalazłam pracę na pół etatu.
Ta sąsiadka miała chłopaka, który od czasu do czasu był z nią podczas opieki nad Antkiem. Nie miałam nic przeciwko. Pewnego dnia Piotr zobaczył, jak ten chłopak bawi się na placu zabaw z naszym dzieckiem. Zaczął mi grozić, mówił, że go zdradzam z jakimś gówniarzem i zostawiam z nim Antka.
Po tej kłótni, wydawało mi się, że świat mi się wali. Nie chcę już z nim być. Planuję spakować rzeczy i przenieść się do rodziców, do innego miasta, w przeciwnym razie, gdy znów będę musiała zwrócić się o pomoc do sąsiadki, mój mąż zrobi im coś złego.



