Moi mama i tata
Mama była naprawdę piękna. Mówię była, bo pół roku temu odeszła, przeżywszy tatę tylko o dwa tygodnie. I choć oboje byli już dobrze po osiemdziesiątce, zawsze miałem wrażenie, że żyli za krótko. Bo przecież to byli m o j a m a m a i t a t a.
Tak więc mama była pięknością. To widziałem sam bo choć byłem synem, to jednak zawsze mężczyzną. A tata przez całe życie nie przestawał mi o tym przypominać. Nawet gdy mama złościła się na moje szkolne niepowodzenia czy jakieś inne sprawy, tata przychodził do mojego pokoju, ciężko siadał obok, tak samo jak ja wciskał dłonie między kolana, wzdychał, milczał długo, po czym kończył naszą niemą rozmowę słowami:
Synku nie złość się na naszą mamę. No, nakrzyczała, nagadała ale i my z tobą też nie jesteśmy bez winy. Ona przecież jest dziewczynką. A nam obu jest potrzebna jak powietrze. Może byś poszedł, przeprosił ją?
A ja, już nabierałem pełnej piersi powietrza, by wybuchnąć i gniewnie spojrzeć na tatę. On przewidywał ten wybuch, wyciągał rękę do przodu z otwartą dłonią, jakby zamykał mi usta, i mówił spokojnie, lecz stanowczo:
Nawet nie waż się mówić nic złego o mojej żonie!..
Wtedy od razu miękłem. Bo bardzo kochałem tatę. I mamę również. Bardzo, bardzo.
Może dlatego, że znałem historię, jak zostali małżeństwem. Tata opowiadał mi, w tajemnicy przed mamą. A mama oczywiście w sekrecie, ale już przed tatą.
Mama studiowała wtedy na Uniwersytecie Jagiellońskim, była na pierwszym roku. I miała wychodzić za jakiegoś Andrzeja. Pewnego dnia Andrzej przyszedł na spotkanie z kolegą Staszkiem, który dopiero co przeprowadził się do Krakowa i nie wiedział, co sam ma ze sobą zrobić w tym wielkim mieście cały wieczór. Andrzej więc zabrał go na spotkanie z dziewczyną, czyli, w sumie, już prawie swoją narzeczoną.
Andrzej przedstawił Staszka mojej jeszcze przyszłej mamie. Staszek był moim jeszcze przyszłym tatą.
We trójkę spędzili cały wieczór: byli w Plantach, a potem, żeby nie płacić za bilety, oglądali z dachu altanki w parku jakiś bardzo śmieszny film w letnim kinie pod chmurką. Pomysł z dachem wymyślił mój tata (Andrzej sam by na to nigdy nie wpadł!). A na ten dach to właśnie tata zaciągnął mamę, bo już wtedy był szerokich barków i silny. Zupełnie nie jak Andrzej, którego nigdy nie widziałem, ale jakoś czułem, że był, jakby to teraz powiedzieć cherlakiem, nie to co mój tata.
Andrzej przez cały wieczór żartował, recytował poezje, opowiadał, jak będą z mamą mieszkać, gdy skończą akademię. A tata milczał, słuchał i jak mama mówiła cicho sapał pod nosem.
Gdy już się rozstawali, tata, trzymając w swoich dużych i ciepłych dłoniach maleńką dłoń mamy, powiedział:
Jadwiga! Nie potrzebny ci on. Wyjdź raczej za mnie.
Mama się przestraszyła i z zaskoczenia zapytała:
Ale kiedy?
Tata był bardzo skupiony tak myślę i od razu odpowiedział:
Jutro.
I żeby całkiem zaskoczyć mamę (i Andrzeja przy okazji!), dodał:
Urodzi nam się syn. Będziemy go bardzo, bardzo kochać. I przez to jeszcze mocniej pokochamy siebie nawzajem. Nazwiemy go Wiktor, jak dawnego piastowskiego księcia
Dobrze, zgodziła się mama od razu. I zaraz potem się pobrali.
Andrzej był świadkiem od pana młodego.
Tata i mama skończyli uniwersytet i zaraz potem razem wyjechali do Wałbrzycha, bo zgodnie z dyplomami zostali geologami-geodetami. Tam, w Sudetach, dostali pierwsze w życiu własne mieszkanie zrobione na polecenie szefa kopalni z dawnej komórki przy miejscowym domu kultury, pełnej wszelakich gratów.
W odpowiednim czasie przyszedł na świat upragniony Wiktor. To ja właśnie. I kochali mnie oboje bardzo, bardzo, jak tata obiecał mamie.
Tata załatwił w miejscowej stadninie starą klacz Amelię, żeby zabrać mamę i mnie ze szpitala do domu.
Kiedy we troje podjeżdżaliśmy pod naszą komórkę (tak opowiadał mi tata), zobaczyliśmy, że na progu domu kultury stoi Andrzej, trzymając pod pachą cynkowaną wanienkę dla niemowląt. Zdobył ją po znajomości. Ta wanienka przez długie miesiące była dla mnie i kąpieliskiem, i (jak opowiadała mama) pierwszym łóżeczkiem. Mama wkładała do niej wielką pierzynę, którą dostała jako wiano od swojej mamy, przykrywała prześcieradłem i tam leżałem. Kiedy przychodziła pora kąpieli, poduszka wędrowała na łóżko rodziców, a ja byłem kąpany. Tata śpieszył z pracy, żeby nie przegapić kąpieli syna, oczywiście, nie klaczy (jakby ktoś pomyślał!). Podtrzymywał moją główkę (tak twierdziła mama), a ona sama przeprowadzała rytuał mycia mojego książęcego ciała.
No cóż, księciem nie zostałem, ale geologiem podążając za rodzicami chyba dość niezłym.
Najdziwniejsze, że moja żona też jest geologiem. Poznaliśmy się w pracy, krótko po studiach. Mamę urzekła Basia od razu. Tatę zresztą też. Gdy my z Basią wpadaliśmy do nich, albo oni do nas, i wychodziłem z tatą na balkon zapalić, mawiał:
Widzisz W życiu miałem chyba dwa wielkie szczęścia: pierwsze, gdy spotkałem naszą mamę, a drugie, gdy ożeniłeś się z Basią. Dbaj o nią, ona, jak nasza mama dziewczyna
Tata zmarł niespodziewanie w nocy. Mama zaraz wyczuła, że go nie ma, i się obudziła
Po jego śmierci szybko się postarzała i zaczęła wiele rzeczy zapominać. Zapomniała, na przykład, że taty już nie ma. Nawet, gdy zamieszkaliśmy z nią, zawsze siedziała przy oknie i czekała aż tata wróci z pracy. Do ostatnich swoich dni smażyła swoje wspaniałe kotlety mielone, jak Staszek lubiWieczorami siadałem obok niej, tak jak kiedyś tata siadał przy mnie. Milczałem długo, patrząc na jej splecione dłonie, podobne do tych sprzed lat, gdy trzymały mnie w wanience. Czasem coś do niej mówiłem o pracy, o Basi, o wnukach, które wpadały na chwilę i robiły w mieszkaniu rozgardiasz jak dawniej ja. Mama słuchała tylko przez chwilę, a potem błądziła spojrzeniem po ścianach, jakby czekała, aż zza drzwi wyjdzie tata w swoich starych, wytartych kapciach.
Pewnego dnia wstałem rano i zobaczyłem ją przy stole, w drobnym sweterku tym samym, w którym przyjechała do Wałbrzycha. Uśmiechnęła się do mnie promiennie.
Wiktorku, dziś przyjdzie Staszek. Pieczemy ciasto z wiśniami, pamiętasz? powiedziała z takim przekonaniem, że serce mi się ścisnęło.
Ugotowaliśmy więc budyń, wstawiliśmy wiśniową tartę do piekarnika. W całym mieszkaniu zapachniało dzieciństwem i tamtymi szczęśliwymi latami, gdy mama i tata byli razem. Mama usiadła przy stole, popatrzyła przez okno, uśmiechając się do kogoś, kogo tylko ona widziała. Nie przerywałem jej tej chwili.
Zrozumiałem wtedy, że oni nigdy się naprawdę nie rozstali. Że miłość mam i taty rozświetlała każdy kąt tego starego mieszkania i każdą chwilę naszego życia.
Czas mijał. Pewnego ranka mama zasnęła, jakby wyczekując kogoś we śnie. Było cicho; przy oknie stała filiżanka, a przez uchylone drzwi na balkon wpadał zapach świeżych kwiatów. Pomyślałem mama po prostu wyszła na spotkanie swojego Staszka.
Teraz ja siedzę w naszym domu, z Basią i naszymi dziećmi, i wiem, że wszystko, co najważniejsze, to: kochać bardzo, bardzo tak, jak oni. I czasem, gdy patrzę na śmiech mojej córki, widzę w jej oczach błysk mojej mamy. I już wiem, czemu tata mówił, że nie wolno powiedzieć nic złego o swojej żonie
A wieczorem, kiedy dzieci śpią, słyszę w ciszy głos taty: Dbaj o nią, ona dziewczyna. Po czym wyobrażam sobie, jak rodzice siedzą teraz razem, gdzieś po drugiej stronie wieczornego światła, trzymając się za ręce, czekając, aż wrócę ze swoich spraw jak oni czekali zawsze na siebie nawzajem.
I wtedy czuję, jak bardzo, bardzo ich kocham i jak bardzo jestem kochany.



