Albo mama, albo nikt
Zosiu, musielibyśmy dokupić jeszcze jeden bilet do teatru.
Spojrzałam znad talerza. Kolacja nawet nie zdążyła jeszcze ostygnąć, a Marek już siedział przy stole z telefonem w dłoni, stukając w ekran z takim skupieniem, jakby negocjował ważny kontrakt.
Jeszcze jeden? Ktoś dodatkowy z nami idzie?
Nawet nie oderwał ode mnie wzroku.
Mama bardzo chce. Wczoraj jej powiedziałem, że idziemy, i od razu się zapaliła.
Dłoń opadła mi na blat ze szklanką po wodzie, którą niby przypadkiem postawiłam tak, by nie było widać mojej miny. Twarz skrzywiła mi się sama z siebie, nie panowałam nad tym, zresztą nawet nie próbowałam. Ważne, żeby Marek nie zauważył, bo nie mam już ani ochoty, ani sił tłumaczyć, o co mi chodzi
No pewnie. Mama chce. Oczywiście, że chce. Pani Danuta zawsze chciała.
Stojąc przy zlewie, nalewając wodę do szklanki, przed oczami przeleciały mi zdjęcia ze ślubu. Wszystkie dwieście czterdzieści, które fotograf nagrał na pendrivea przewiązanego kokardką. Trzy wieczory przeglądałam potem te zdjęcia, szukając chociaż jednego, na którym bylibyśmy sami, tylko we dwoje, bez ciotek, babć, wujków czy kuzynów. Nie znalazłam.
Na każdym prawie majaczyła pani Danuta: a to poprawiała synowi krawat, a to obejmowała go za ramię, a to stała między nami i uśmiechała się szeroko do aparatu, jakby to był jej własny ślub. Wtedy jeszcze myślałam, że to przypadek, taki po prostu uchwycony moment. Teraz już byłam pewna, że nie.
Od pierwszego dnia zachowywała się tak, jakbym była współlokatorką Marka z przypisaną funkcją gotowania obiadu. Mieszkanie należało zresztą do mnie, kupione za własne oszczędności. Ale pani Danuta przychodziła kiedy chciała, bez zapowiedzi, z własnymi przekonaniami na każdy temat. Firanki nie takie. Garnek nie ten. Mięso za słone. Marek schudł. Marek blady. Marek za mało je.
Upiłam łyk wody i odstawiłam szklankę
Każde wyjście powtarzało się do bólu. Kino w zeszłym miesiącu? We troje. Łyżwy w święta? We troje. Nawet do tej maleńkiej kawiarni na Nowym Świecie, do której chciałam iść sama, by spokojnie porozmawiać Marek, nie wiedzieć czemu, zaprosił swoją mamę. Ta usiadła między nami przy maleńkim stoliku, zamówiła herbatę z cytryną i przez czterdzieści minut opowiadała o swoim ciśnieniu i sąsiadce, która zalała jej sufit…
Teatr. Sztukę wybieraliśmy specjalnie ja na nią czekałam półtora miesiąca, upolowałam bilety na trzeci rząd w loży. Miało być tylko dla nas, tylko nasz wieczór.
Zosiu, czemu nic nie mówisz?
Marek w końcu oderwał się od telefonu i spojrzał na mnie.
Rozumiesz, mamie przecież jest samotnie dodał tonem tak dobrze już znanym i powtarzanym setki razy. Czy on sam już słyszał to, ile razy powtarza te słowa?
Skinęłam tylko głową.
Dobrze. Kup.
Co było do dodania? Próbowałam już rozmawiać, nie raz. Za każdym razem Marek robił się urażony, znikał do swojego pokoju, milczał do wieczora, a rano dzwoniła pani Danuta i dotkniętym tonem pytała, czy wszystko u nas w porządku. Zamknięte koło, z którego już dawno przestałam szukać wyjścia.
Marek się uśmiechnął z wdzięcznością i znów schował się w telefonie
Trzeci rząd faktycznie był świetny, nie żałowałam pieniędzy wydanych na bilety. Widać było każdą twarz, każdy detal scenografii, ale podziwiałam to sama. Marek od razu odwrócił się do matki i więcej już się nie odezwał.
Pani Danuta zajęła miejsce po prawej stronie syna i natychmiast zaczęli dyskutować o programie, potem o holu, potem jeszcze o jakimś znajomym, którego podobno zauważyła przy szatni. Ja siedziałam z drugiej strony i patrzyłam tępo na scenę, chociaż spektakl jeszcze się nie zaczął. W przerwie Marek poszedł z mamą do bufetu, ja zostałam. Nikt mnie nie zaprosił, nie zamierzałam się narzucać. Wrócili, a pani Danuta referowała synowi pierwszy akt z takim zaangażowaniem, jakby on spędził ten czas na innej planecie. Przerzucałam program i myślałam, że trzeci rząd w loży zupełnie nie był wart tych wydanych złotówek.
Do domu wracaliśmy w trójkę. Najpierw odstawiliśmy panią Danutę przeszłam dziesięć minut w samochodzie, podczas gdy Marek odprowadzał ją do mieszkania, pomagał zdjąć płaszcz, cierpliwie słuchał powtarzających się monologów. Wrócił zadowolony, rozluźniony, z satysfakcją na twarzy.
No, było super, prawda?
Odpowiedziałam tylko skinieniem i odwróciłam się do okna. Nie chciałam już nic mówić, więc wymówiłam się zmęczeniem, choć wcale nie chciało mi się spać. Rozmowa z Markiem tego wieczoru wydawała się bezcelowa, bo każde moje słowo odbiłoby się od ściany i wróciło do mnie.
Następne dwa miesiące minęły dokładnie tak, jak się spodziewałam. Pani Danuta wpadała w odwiedziny regularnie, Marek coraz więcej czasu spędzał z nią, a ja coraz częściej zostawałam sama w swoim własnym mieszkaniu słuchając, jak śmieją się w kuchni, dyskutują, planują. Wspólne kolacje stawały się rzadkością, a weekendy zamieniały się w rutynowe odwiedziny u teściowej albo kolejne wyjście w trójkę. Zasypiałam pierwsza, budziłam się każdego dnia z tym samym ciężarem pod żebrami, który przez poprzednie dwa miesiące stał się już niemal swojski.
W połowie marca w pracy dostałam premię sporą, jak na nasze warunki. Trzy dni chodziłam z myślą, zanim się zdecydowałam. Piętnaście dni w Turcji. All inclusive. Morze, słońce, normalny hotel, świetne opinie. Tydzień wyławiałam najciekawszy pakiet, przeglądałam fora, sprawdzałam odległość do plaży. To miał być nasz czas, szansa, by pobyć razem, przypomnieć sobie, jak to jest być parą.
Marek, zarezerwowałam nam wakacje powiedziałam wieczorem, gdy usiedliśmy do kolacji, i położyłam przed nim wydruk rezerwacji. Turcja, piętnaście dni w czerwcu. Morze, plaża, wszystko w cenie. Wydałam premię, ale warto.
Przejrzał dokument, spojrzał na mnie. Na jego twarzy pojawił się cień radości i skinął głową.
Super, świetny pomysł, Zośka.
Odetchnęłam z ulgą. Może jeszcze nie wszystko stracone. Może wystarczy zniknąć razem na chwilę, żeby wszystko się ułożyło. Pierwszy raz od tygodni spałam spokojnie.
A następnego dnia Marek wrócił z pracy, usiadł do stołu, poczekał, aż rozłożę kolację na talerze i powiedział powoli, między jednym a drugim kęsem kotleta:
Zośka, powiedziałem mamie o Turcji. Ona też chce jechać, możesz zamówić jeszcze jedną wycieczkę?
Widelec zastygł mi w powietrzu. Powoli odłożyłam go na stół i spojrzałam na męża, próbując rozgryźć, czy żartuje, czy naprawdę nie słyszy tego, co właśnie powiedział.
Nie przemilczałam, nie tym razem.
Nie, Marek. Nie pojadę na urlop z twoją mamą.
Przestał żuć i spojrzał na mnie jakby usłyszał coś niewłaściwego, jak przekleństwo w kościele.
Zośka, ale wiesz Jest jej samotnie, nie była na morzu od trzech lat. No czego ci szkoda?
Wstałam od stołu, podeszłam do okna i zacisnęłam dłonie na parapecie tak mocno, aż zbielały mi knykcie. W środku narastało coś gorącego i niepowstrzymanego coś, co kumulowałam przez wiele miesięcy.
Niech jedzie z koleżankami! Ma ich pięć, Marek! Pięć koleżanek, z którymi co tydzień pije herbatę! Niech leci z nimi nad morze, a nas w końcu zostawi w spokoju!
Zośka, to moja matka, jak ty
Wiem, że to twoja matka! Odwróciłam się, a cała wypracowana powściągliwość pękła. Wiem doskonale, bo jest z nami dwadzieścia cztery godziny na dobę! Do kina, na łyżwy, na spektakl, na kolację Zawsze. Jestem w tych relacjach drugą żoną, Marek, czy to do ciebie dociera?!
Marek odsunął talerz i wstał, skrzyżował ramiona.
Jesteś pozbawiona serca, Zośka. Nie wiesz, jak samotnie jest jej samej.
Nie wiem! Podeszłam bliżej, oczy mi płonęły. I nie muszę! Jesteś moim mężem! Chcę pojechać z tobą na romantyczne wakacje, być wreszcie razem, we dwoje! A nie patrzeć, jak godzinami gadacie o jej lekarzach, kiedy ja opalam się sama, niepotrzebna nikomu.
Marek zmrużył oczy i cofnął się pół kroku.
Jesteś złośliwa. Wiesz co? Albo mama jedzie z nami, albo ja nigdzie nie jadę.
Zastygłam. Patrzyłam na niego długo i uważnie, aż coś we mnie pękło cicho, nieodwołalnie.
Dobrze. Jadę bez was.
Przeszłam obok niego do sypialni, wyciągnęłam walizkę spod łóżka i rzuciłam ją na kołdrę. Marek pojawił się w progu po chwili.
Zośka, przestań, porozmawiajmy spokojnie.
Zawsze rozmawiamy spokojnie, Marek, a każda rozmowa kończy się twoją mamą. Zdjęłam sukienkę z wieszaka, starannie złożyłam w walizce. Składam papiery o rozwód. Mam dość życia w trójkącie, w którym jestem zbędna.
Marek zamilkł, oparł się ramieniem o framugę. Po twarzy zobaczyłam, że zaczyna docierać: ja już nie dyskutuję, ja podjęłam decyzję.
Dwa miesiące później leżałam na leżaku przy basenie w tym samym hotelu w Turcji, który wybierałam przez tydzień. Słońce rozgrzewało ramiona, znad morza ciągnął ciepły słony wiatr, a w dłoni topniał zimny drink, na którym pojawiały się kropelki rosy. Obok mnie nikt nie narzekał na ból głowy, nikt nie marudził na przeciągi, nikt nie opowiadał o sąsiadach. Nie było nikogo i było cudownie. Zamknęłam oczy, upiłam łyk i pomyślałam, że trzeba było się z tym uporać dużo wcześniej, zamiast przez dwa lata udawać, że dorośli naprawdę istnieją.



