Mój związek z byłą zakończył się hukiem na sali sądowej w centrum Warszawy. Nie chcę nikogo oskarżać, bo przecież w każdej relacji winni są oboje tak mówią u nas, między ludźmi, przy kawie na dworcu.
Ale nie ma co ukrywać: moja druga żona, Barbara, wpadła w ramiona innego. Nie był to byle kto właściciel nowo otwartej kawiarni przy Nowym Świecie, zamożny, elegancki, z manierami jak z serialu TVP. Najpierw kryła się ze wszystkim, przemykała się z nim ulicami jak cień, ale potem straciła wszelki wstyd i paradowała z nim po Starówce, jakby cały świat miał im zazdrościć.
W końcu stanęła pewnego listopadowego wieczora w drzwiach w rękach papiery i rzuciła: Skarbie, składam pozew o rozwód. Chcę połowę mieszkania! Liczyła na moją wściekłość że będę szlochał, klął, zabarykaduję drzwi. Ale mieszkanie kupiłem za własne, ciężko zarobione złotówki, kiedy jeszcze studenci grywali szlagiery na Krakowskim Przedmieściu. Barbara nie dołożyła się do tego mieszkania nawet jednym groszem. Przez dwa lata je tylko zamieszkiwała jak gość i nagle śmie domagać się połowy?
Nie mrugnąłem nawet okiem. Nie próbowałem powstrzymywać jej od wizyt na ulicy Marszałkowskiej niech idzie do sądu. Wiedziałem, że przegra i jeszcze zostanie z opłatą sądową. Już raz zostałem oparzony sprawa z pierwszą żoną, Ewą, ciągnęła się przez trzy lata w zasmradzonych korytarzach sądu. Tamten rozwód był jak polska zima długi, szary, pełen wyczerpania. Każda rozprawa kończyła się awanturą.
Ewa w końcu postawiła na swoim. Znalazła przebiegłego mecenasa spod Woli, który wywalczył jej połowę mojego majątku. Odeszła, a razem z nią mieszkanie po moim ojcu jedyne, co mi zostało po rodzinie.
Nauczyłem się na błędach. Przed ślubem z Barbarą miałem już nowe mieszkanie własnoręcznie odnowione, z dębową podłogą, którą polerowałem wieczorami. Ale zapisałem je na mojego brata, Grzegorza. Jemu wierzę bardziej niż sobie oddałbym mu klucz do serca.
Gdy przyszły papiery rozwodowe, wyszło, że nie jestem właścicielem żadnego majątku. Po pierwszym rozwodzie żadna kobieta nie złamie mi życia i nie wyciągnie ode mnie własności. Już nigdy przysięgłem sobie, patrząc przez okno na ulewę, która dudniła o parapet, jakby Warszawa płakała razem ze mną.


