Mężczyzno, proszę przestać za mną chodzić! Już mówiłam panu, że jestem w żałobie po mężu. Niech mnie pan nie śledzi! Zaczynam się pana bać! krzyknęłam w końcu.
Pamiętam, pamiętam… Ale mam wrażenie, że tę żałobę nosi pani również po sobie. Proszę wybaczyć nie dawał za wygraną mój… adorator.
Odpoczywałam w sanatorium. Pragnęłam tylko ciszy i śpiewu leśnych ptaków, a nie nachalnych zalotów obcych panów. Niedawno zmarł niespodziewanie mój mąż. Musiałam dojść do siebie, pojąć tę niepowetowaną stratę.
Z mężem, Jackiem, rozpoczęliśmy niedawno remont mieszkania, skrupulatnie odkładaliśmy złotówki, niczego sobie nie żałując. Nagle Jacek źle się poczuł, pogotowie nie zdołało pomóc. To był drugi zawał serca. Zostałam wdową, bez najbliższej osoby i bez wyremontowanego mieszkania, za to z dwójką nastoletnich synów. Ręce mi opadały. Jak sobie poradzić z tą stratą?
W pracy przyznano mi wyjazd do sanatorium. Sprzeciwiałam się nie chciałam nawet wychodzić z domu. Jednak koleżanki nie ustąpiły:
Nie jesteś pierwszą wdową i nie będziesz ostatnią. Masz dzieci. Musisz żyć! Jedź, Marysiu, odetchnij, uporządkuj myśli.
Pojechałam, choć niechętnie.
Minęło czterdzieści dni od śmierci Jacka. Ból nie ustępował.
W sanatorium dostałam pokój z wesołą dziewczyną Gosią. Była istną chodzącą radością. To irytowało mnie jeszcze bardziej. Nie chciałam dzielić się z Gosią swoim smutkiem. Po co młodej dziewczynie taki bagaż? Zaraz znalazł się przy niej konferansjerrozśmieszacz. Jak to bywa w sanatoriach, wszyscy są tu samotni, świeżo rozwiedzeni lub owdowiali. Mnie nie nabierze… Przestrzegałam Gosię przed tym dowcipnisiem. Pewnie już żonaty drugi albo i trzeci raz.
Gosia śmiała się:
Oj, nie strasz mnie, Marysiu! Nie jestem taka naiwna…
I nie taka naiwna wieczorami znikała na randki. A ja przez tydzień nie wychodziłam z pokoju czytałam bez zrozumienia, gapiłam się na telewizor bez skupienia.
Któregoś ranka obudziłam się z jakby lepszym nastrojem. Wyjrzałam przez okno bajka! Pomyślałam, że przejdę się po lesie, posłucham ptaków, pooddycham powietrzem. I wtedy na ścieżce spotkałam nieznajomego.
Oczywiście, widywałam go na stołówce. Nie spodobał mi się ten niski, łysy mężczyzna z bezczelnym spojrzeniem. Był ode mnie o głowę niższy. No nie Ale muszę przyznać był zawsze elegancki, ogolony, ubrany jak spod igły. Wieczorami kłaniał się mi z przesadną uprzejmością. Kiwałam głową, z czystej grzeczności. Aż pewnego wieczora przysiadł się do mojego stolika.
Nudzisz się, pani? zapytał z aksamitnym tembrem głosu.
Nie odpowiedziałam chłodno.
Nie oszukuj, proszę. Smutek maluje się na twojej twarzy. Może mogę jakoś pomóc? ciągnął nieznajomy.
Zgadł pan. Smutek po zmarłym mężu. Czy to wszystko? odsunęłam się od stołu, dając do zrozumienia, że koniec rozmowy.
Przepraszam, nie wiedziałem. Współczuję. Ale może się poznamy? Zbyszek jestem pośpieszył z przedstawieniem się.
Widać było, że Zbyszek boi się, że ucieknę.
Maria powiedziałam z niechęcią i odeszłam.
Zbyszek, jak się okazało, codziennie dosiadał się do mnie przy każdym obiedzie i przynosił mały bukiecik niezapominajek, które rosły tu wszędzie. Nie ukrywam, było mi nawet trochę miło. Rozwijać tej znajomości nie zamierzałam.
Zbyszek nie rezygnował. Zaczął przyłączać się do moich spacerów. Co więcej, zaczęłam zakładać buty na płaskim obcasie, żeby różnica wzrostu nie była tak widoczna. A Zbyszek jakby go to nic nie obchodziło czuł się pewnie i naturalnie. Domyśliłam się, że kobiet przyciągał głosem. Taki baryton rzadko się zdarza. Widać wpadłam w zastawione przez niego sidła.
Zbyszek zabierał mnie na wieczorne tańce, bywaliśmy razem w mieście po owoce… Próbował kilkukrotnie zaprosić mnie do swojego pokoju, ale byłam nieugięta.
W końcu Zbyszek zagaił:
Marysiu, jutro wracasz do domu. Może wieczorem wpadniesz do mnie… na herbatę? Co ty na to?
Muszę się zastanowić odparłam wymijająco.
Nadszedł ostatni wieczór w sanatorium. Postanowiłam nie robić Zbyszkowi przykrości i odwiedzić go, choć wiedziałam, czym się to skończy…
Stół był pięknie udekorowany, zastawiony smakołykami. Pewnie pożyczył zastawę ze stołówki, pomyślałam z uśmiechem. Nagle zjawiło się szampan.
Spróbujemy, Marysiu? Nie wiem, jak jutro się z tobą pożegnać. Zostaw mi swój adres. Na pewno przyjadę powiedział Zbyszek smutnym głosem.
Zapomnisz już pojutrze. Znam was, facetów. Ale powiedz za co pijemy, Zbyszku? byłam już gotowa na wszystko.
A za co, Marysiu? Za miłość! uniósł kieliszek Zbyszek.
Rankiem obudziliśmy się przytuleni. Boże, czemu się tyle wzbraniałam? Tyle straconego czasu! Jak dziewczyna, zakochałam się. A dziś trzeba się pakować i wracać do domu…
Pożegnałam się z Gosią. Siedziała na łóżku i płakała.
Co się stało, Gosiu? zapytałam.
Jestem w ciąży, Marysiu. Nie wiem, z kim łkała dziewczyna.
Ten konferansjer zawinił? chciałam się dowiedzieć, kto jest ojcem.
Sama nie wiem. Poznałam tu jeszcze jednego… Mieszkał w sąsiednim ośrodku. Żonaty zaczęła się tłumaczyć nie taka naiwna.
Och, Gosia. Dzwoń do rodziców, niech przyjadą, może wyjaśnią. A póki co, idziemy do dyrektora sanatorium. Może coś ustalimy tłumaczyłam jej spokojnie.
Gosia wybiegła z płaczem z pokoju. Niestety, młodość swoje musi przeżyć…
Pakowałam się do drogi. Nie chciało się wyjeżdżać. Przez te dwadzieścia cztery dni wszystko tu stało się bliskie. A zwłaszcza Zbyszek…
Podjechał autobus. Zbyszek odprowadził mnie z bukietem niezapominajek. Łzy napłynęły mi do oczu, objęłam go ciepło. To już koniec – przelotny romans minął. Serce ścisnęło się z żalu. Gdyby mnie zawołał, rzuciłabym wszystko…
Mieszkaliśmy z Zbyszkiem w różnych miastach. Pozostawała tylko korespondencja. Kiedy czekałam na kolejny list, dostałam… wiadomość od żony Zbyszka. Pisała, że o nas wie. Że i tak nic z tego nie będzie, bo ona ma trzydzieści lat, a ja czterdzieści. Nie odpisałam. Po co?
Pół roku później, zupełnie niespodziewanie, zjawił się u mnie Zbyszek. Moi synowie bardzo się zdziwili, ale taktownie się nie wtrącali.
Zbyszek? Przypadkowo przejazdem? spytałam (marzyłam usłyszeć: Przyjechałem do ciebie na zawsze).
Przypadkowo raczej nie… Możesz mnie nie wyrzucać, Marysiu? zapytał niepewnie.
Chłopcy zniknęli w swoim pokoju.
Wejdź. Co cię sprowadza? List od żony przywiozłeś? ironizowałam.
Wybacz, Marysiu. Pisałem do ciebie, ale żona znalazła list… To moja wina. Przyznaję się. Rozwiodłem się zaczął tłumaczyć się Zbyszek.
Nie wiedziałam, że jesteś żonaty… Gdybym wiedziała, nic by nie było. Co dalej? nie rozumiałam jego zamysłów.
Chodź za mnie, Marysiu zaproponował niespodziewanie.
Nie wiem. Przecież mam dzieci. Sam widzisz. Jak zareagują? Nie mogę tak z dnia na dzień miałam wątpliwości, choć cieszyła mnie propozycja.
Dzieci to skarb. A ja mam dziesięcioletnią córkę powiedział nagle Zbyszek.
Córkę? Opuściłeś ją? spytałam.
Ależ skąd, Marysiu! Chcę ją odebrać. Matka trochę sobie popuszcza… Będziemy żyć razem, wszyscy zaskoczył mnie narzeczony.
Poczekaj, Zbyszek. Ja nawet nie znam twojej córki, a już zrobiłeś ze mnie jej matkę. Ty za szybko, za szybko. Daj mi się zastanowić. Porozmawiam z chłopcami, wtedy zobaczymy. Chodź, ugotuję ci coś, panie młody z przyczepką zaśmiałam się.
Idealnej rodziny nie udało się stworzyć. Były kłótnie, ciche dni, wyjścia z domu jak to w rodzinie. Każdy ma inny charakter. Nie każdy umie ustąpić w sprzeczce.
Czas mijał nieubłaganie.
Mój starszy syn, Andrzej, i córka Zbyszka Joanna pobrali się, a potem obrócili się przeciwko nam. Wypominali dawne żale, całe mnóstwo pretensji. Według nich nie powinniśmy niszczyć dawnych rodzin Zbyszek nie powinien odchodzić od żony, a ja mimo bycia wdową nie powinnam układać sobie życia na nowo. Wynajęli mieszkanie i odcięli się od nas.
Razem z Zbyszkiem tylko wzruszaliśmy ramionami, a miłość nasza trwała.
Rok minął.
Dzieci nie wracały. Asia dzwoniła do Zbyszka tylko na urodziny.
Trzy lata później, Asia i Andrzej zaprosili nas z Zbyszkiem do siebie. Trochę nas to zdziwiło, ale poszliśmy.
Okazało się, że Asia i Andrzej mają synka. To był nasz wspólny wnuczek. Radości nie było końca! Podczas obiadu poprosili nas o wybaczenie. Zrozumieli, że życie przynosi różne niespodzianki i trzeba umieć przebaczać, szanować rodziców, bo dali nam życie. Synka nazwali Mirosławem, aby w rodzinie panował pokój.
Tak oto z Zbyszkiem doczekaliśmy się naszego nowonarodzonego szczęścia. I nauczyliśmy się, że w życiu nie można zamykać się na nowe uczucia. Bo nawet po największej burzy zawsze może wyjrzeć słońce a szczęście może narodzić się na nowo, jeśli tylko potrafimy przebaczać i kochać.



