Stałam się utrapieniem własnego męża?
Przez osiem lat wszystko płynęło niczym zmrużone oko na dziewiątym roku nagle wszystko zaczęło drażnić Wojciecha, a najbardziej… sama Nadia.
Wracał do domu późno, zjadał kolację, mamrotał coś niezrozumiale pod nosem, po czym rozwijał laptopa i do samej nocy tłukł potwory w strzelankach. Jeśli w ogóle zerkł na Nadię, to spojrzeniem jakby miał bolesną próchnicę od czubka głowy po pięty. Coraz częściej i bardziej sucho oznajmiał, że dziś przenocuje u mamy.
Pewnego razu Nadia nie wytrzymała, zadzwoniła do teściowej:
Pani Ireno, czy Wojciech u pani nocuje?
Na to Irena z najsłodszym głosem odparła:
Dobra żona, Nadio, zawsze wie, gdzie kręci się jej mąż.
Nadia kupiła nawet książkę Jak zatrzymać męża, przy kasie zagadując sprzedawczynię, jakby to niby dla koleżanki. Ta spojrzała na nią z taką politującą pogardą, że Nadię przeszył dreszcz. W końcu jednak pojęła, że coś z książką musi być nie halo ileż to mężów trzeba zatrzymać, by się dorobić aż takiego doświadczenia? I skąd się biorą nowi kandydaci na mężów, skoro starzy zostali już zatrzymani?
Sto pięćdziesiąt stron porad o tym, jak wciągnąć chłopa do domowego ciepełka, jaką bieliznę wyciągnąć na specjalne okazje, jak interesować się jego światem. Nadia nawet nauczyła się drożdżowego ciasta nie szło jej dotąd wcale. Ale Wojtka w domowe pielesze ciasto nie przyciągnęło. Wychodzi więc, że lepiej byłoby to ciasto wyrabiać w tej zmysłowej bieliźnie. Albo paradować tak u teściowej, gdzie wedle legendy przebywa jej mąż.
Próba współuczestniczenia w życiu męża skończyła się katastrofą: Nadia już za pierwszym podejściem przeszła poziom w grze, na którym Wojciech miesiącami się męczył. Nie poprawiło to rodzinnej atmosfery.
Wybrała się do galerii po kozaki na zimę, wróciła z tłustym szczeniakiem za tę samą kwotę. Spojrzała na niego i coś w niej zadrgało: całe życie marzyła przecież o psie, prawdziwym, nie jakiejś tam torebkowej psiapsiółce.
Kobieta przedstawiająca się jako hodowczyni:
Pani się zna na psach? Nie? To jest golden retriever.
Kiedy Nadia wątpiła w złoty kolor sierści, hodowczyni wyjaśniła pobłażliwie:
Oj, wyrośnie, wyzłoci się! To teraz pies bardzo na topie, szlachetny, ojciec i matka mistrzowie papiery mam! I oddaję praktycznie za darmo.
I podała cenę.
Nadia nie miała przy sobie tyle gotówki, ale dobra kobieta przystała na tyle, ile miała.
Przecież ktoś powinien się cieszyć, że wracasz. Kozaki nie będą ci z wdzięcznością patrzyć w oczy, nie zawirują ogonem, nie przyniosą w zębach kapcia.
Mąż, właśnie tego wieczora przycumowany do rodzinnego brzegu, spytał:
Co to ma być?!
Golden retriever, z rodowodem odpowiedziała Nadia, niedrogi, tu mam dokumenty.
A w dokumentach szczeniak występował jako czystorasowy polski buldog. Telefon do hodowczyni okazał się numerem do Zakładu Usług Komunalnych, gdzie na pytania o psach reagowano dość niecenzuralnie.
Masz oczy?! Pokaż mi, gdzie tu retriever albo buldog? Ile dałaś? Ile?! No żeby tak rozum postradać!
Szczeniak nie polubił wrzasków Wojciecha, więc warknął groźnie, ale… zamiast ryku powstała rozległa kałuża.
Boże, z kim ja żyję! westchnął Wojciech i wrócił do komputera, patrząc na Nadię, jakby samą ją miał chęć odstrzelić.
Rano okazało się, że szczeniak błyskawicznie się zaaklimatyzował: w nocy zafundował mężowi fontannę w sportowych butach i nadgryzł parę półbutów.
Wtedy się zaczęło. Wszystko w Nadii mężowi było obrzydłe: twarz, ubranie, dusza, myśli, a nawet to, że zarabiała dwa razy więcej niż on żeby jeszcze tym go upokorzyć. Dzieci też przecież nie mają.
Wojtuś, to przecież ty mówiłeś, że nie chcesz dzieci pisnęła Nadia.
No bo jakie dzieci może mieć głupia baba?! Takie same tępe barany jak ona! Spójrz na siebie kto by się na ciebie połakomił?!
Szczeniak wysłuchał, poczłapał do Wojciecha i próbował ugryźć go w kostkę.
Nadię z żalu za nienarodzonymi dziećmi aż ścisnęło w gardle, patrzyła więc tylko, jak mąż pakuje swoje rzeczy do walizki.
Trzydzieści lat. Życia nie ma. Skończone. Kropka. Koniec podróży.
Dalej żyć nie było po co, ale szczeniak nie zna takich wymówek. Siedzi, przerzucając w pysku skarpetę Nadii, udając biednego, głodnego i poza planszą miłości psa. Ma w nosie jej bóle i czarne myśli. On chce jeść, pić, usłyszeć, jaki to z niego cudak i żeby podrapać mu brzuch.
Psiak nazwany przez Nadię Goś rósł jak na drożdżach, choć na obrońcę, mimo baskervilowskiego wyglądu, się nie zanosiło. Nie rozwinął się w nim ząb żadnego instynktu obronnego, a jego chęć gryzienia i łapania zamieniła się w instynkt oblizywania i tulińca.
Wieczorami Nadia zabierała Gośka na długie spacery. I tak dospacerowała do przygody: w grudniu zaczęli coś ryć na podwórkach, śnieg mieszał się z deszczem, wszystko były rozmoczone, i wreszcie Goś wpadł w świeżo wykopaną dziurę. Zaskowyczał żałośnie. Nadia rzuciła się za nim, dobrze, że nóg nie połamała. Dół głęboki, brzegi śliskie, glina, dochodzi północ, a telefon w domu.
Początkowo wstydziła się wołać o pomoc, ale po kilku nieudanych próbach wydostania się zaczęła wrzeszczeć na cały głos: Ratunku! W końcu przybłąkało się do dołu dwóch gotów, upiornych w światłach latarni. Zamiast jednak urządzać jakąś ofiarę czy pogrzeb, zadzwonili po strażaków i nie opuścili jej tam samej, wybuchając co rusz czarnym śmiechem.
Najpierw wyciągnięto Gosię, który z wdzięczności wylizał po kolei wszystkich, włącznie z gotami. Potem Nadię, zziębniętą aż do szpiku kości, których już się nie wstydziła.
Wściekły dowódca akcji wydał wyroki wszystkim: głupiemu psu, bezmyślnej Nadii, opieszałym pracownikom zarządu i nieudolnym kopaczom. Dostało się też rządowi. Goś takich słów jeszcze nie słyszał, więc radując się biegał wokół komendanta, w końcu lądując głową prosto w jego nosie i zostawiając ślad zębów oraz krwi.
O pierwszej w nocy obrazek był jak spod pędzla Beksińskiego: upaćkany, lecz szczęśliwy Goś, Nadia cała w gliniastym okładzie, ubłoceni strażacy, posiniaczony komendant i gotyckie bliźniaki.
Pani powinna tego potwora wychowywać! wycedził komendant.
Staram się, ale wie pan, on ciężkogłowy.
Jak ja wtrącił jeden z gotów do drugiego i zawył zdrowym śmiechem.
Ja mieszkam tam, w tym bloku, zapraszam się umyć dygocząc zaoferowała Nadia.
Idź, idź, krzyczeli strażacy do komendanta, bo wyglądasz jak Hannibal Lecter.
Może sama powinnam wykopać sobie dół? Zanim ci z administracji się zabiorą, wieczność w panieństwie spędzę skwitowała potem przyjaciółka Nadii.
P.S. Dzieci Nadii nie są geniuszami. Ot, wesołe, bystre dzieciaki Szymek i Lidzia. W pierwszej klasie trzeba było opowiedzieć o rodzinie.
Nasz tata ratuje świat! A nasza mama pracuje komputerem! oznajmił rezolutny Szymek.
A cichutka Lidzia dodała tylko:
A nasz pies umie oglądać telewizję!



