Słuchaj, mam dla Ciebie taką historię, że aż sama czasem nie wierzę, że to się przydarzyło właśnie mi. Wyobraź sobie, że pewnego wieczoru mój mąż wyszedł do sklepu w Warszawie i już nie wrócił. Mieszkaliśmy wtedy razem z dziećmi kątem u jego mamy, pani Haliny, przez dobre pięć lat.
Oczywiście od rana pobiegłam na policję na Żoliborzu, żeby zgłosić zaginięcie, a tam usłyszałam, że zgłoszenie przyjmą dopiero po trzech dniach. No to zgłosiłam i… trzy lata czekałam, codziennie łudząc się, że może jednak któregoś dnia, jak w filmie, usłyszę znajomy klucz w zamku.
Zanim jeszcze zniknął, już bywało ciężko mieszkać z teściową powiem Ci szczerze, ona wcale mnie nie lubiła, a raczej, można powiedzieć, z cicha nienawidziła. Ale po zniknięciu mojego męża kompletnie jej odbiło. Opowiadała sąsiadkom, że to moi kochankowie utopili jej syna w jeziorze pod Piasecznem.
Zaciskałam zęby i liczyłam, że jej przejdzie, ale gdzie tam! A w okolicach rzeczywiście są stare żwirownie, głębokie na ponad stu metrów. Jasne, że czasem ktoś się za mną obejrzał, ale o żadnych romansach nawet nie myślałam. Rodzina była dla mnie święta.
Natomiast z każdym miesiącem było między nami gorzej. Potrafiła się przyczepić dosłownie do wszystkiego: że łyżka źle leży, że kubek nie na swoim miejscu. Moja cierpliwość pękła zaczęłam szukać opcji na zamianę mieszkania.
A ona, wyobraź sobie, powiedziała:
Do lepszego mieszkania cię nie wpuszczę! Nie masz co marzyć, morderczyni!
A jak tylko pojawiło się coś ciekawego, to wymyślała kolejne powody: trzecie piętro za wysoko, bo nogi ją bolą, pierwsze młodzież będzie po nocach hałasowała, drugie to nie moja dzielnica, sklep daleko.
W końcu trafił się lokal dokładnie naprzeciwko drugie piętro, wszystko jak należy i sklepy pod nosem, dzielnica znajoma, dzieci szkoły nie muszą zmieniać. Ale kolejny foch: Z okna będę widziała stare mieszkanie, skąd mój syn zaginął. Doprowadziła mnie do takiego stanu, że zgodziłabym się już na jakąkolwiek norę, byle by ta gehenna się skończyła i dzieci nie musiały tego słuchać.
No i stało się tak, że wzięłam cokolwiek pierwsze piętro w starej kamienicy tuż na skraju cmentarza na Bródnie.
Z Haliną pożegnałyśmy się jak najgorsi wrogowie, jakbyśmy nie spędziły razem tylu lat. Nawet na wnuki nie spojrzała. Właściwie miała gdzieś, że codziennie będą słyszeć marsze żałobne albo płacz ludzi na pogrzebie. Zamiast placu zabaw krzyże i pomniki.
Wiadomo było, że to klasyczna zemsta. Ale przecież ja nie miałam nic wspólnego ze zniknięciem mojego męża…
Musiałam jakoś urządzić się z dzieciakami od nowa. Pierwsze co zrobiłam kupiłam w Pasmanterii grube zasłony, żeby nie oglądać konduktów żałobnych pod samym oknem. Zasłony uszyłam w jeden wieczór, zawiesiłam i zaczęliśmy żyć jak w piwnicy bez słońca.
Miesiąc po przeprowadzce gotowałam rano chłopakom kaszę. Nagle słyszę trzask na klatce schodowej. Wybiegam a tam sąsiadka, pani Renata, leży na schodach, noga wykręcona, nie może wstać, zakupy wszędzie latają. Pomogłam jej do siebie, posprzątałam zakupy, a ona tylko płacze.
Chciałam już dzwonić na pogotowie, ale odparła, że nie z bólu płacze. Po chwili mówi:
To mieszkanie to przeklęte miejsce! Tu każdego dnia komuś się coś złego przydarza. Wszystkim, którzy mieszkają przy cmentarzu, ciągle się coś psuje w życiu!
Staram się ją uspokoić, mówię, że przesadza, mieszkam już tu miesiąc i da się żyć. Faktycznie, te marsze żałobne nie należą do najprzyjemniejszych, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić.
A ona po chwili tylko rzuciła:
Ja ci nie będę tłumaczyć, sama się wszystkiego dowiesz.
I naprawdę, od tego dnia zaczęło się dziać Najpierw syn przydepnął sobie hantel na stopę, skończyło się gipsem. Później u córki ból brzucha, okazało się zapalenie żołądka. Ale najgorsze dopiero miało się wydarzyć.
W środku nocy obudził mnie dziwny, świdrujący dźwięk, jakby ktoś drapał paznokciami szybę. Spojrzałam na zegarek równa druga. Bez sensu, ale musiałam podejść do okna, jakby ktoś mnie wzywał. Odsunęłam zasłonę i dosłownie mnie sparaliżowało! Tuż za oknem, może metr ode mnie, stała kobieta w moim wieku. Twarz miała sino-błękitną od jasnego światła księżyca, a w wyrazie twarzy było coś strasznego: pogarda i złośliwy uśmieszek.
Zamarłam totalnie ze strachu, nie mogłam ani krzyknąć, ani się ruszyć. Stałam przyklejona do firanki, dopóki ona nie odwróciła się i nie odpłynęła powoli w stronę cmentarza. Potem jakoś zasnęłam dopiero nad ranem, wycieńczona.
Dręczyło mnie to cały dzień. Nawet nie miałam odwagi nikomu powiedzieć, bo pomyśleliby, że świruję.
Zaczęłam desperacko szukać wytłumaczenia czy to nie matka mojego męża wynajęła kogoś, żeby robił mi psychiczny cyrk? Albo jakaś firma pogrzebowa chce mnie wykurzyć, żeby kupić moje mieszkanie za grosze i zrobić z niego sklep z wieńcami? Coraz częstsze nieszczęścia zupełnie nie pasowały do zwykłych zbiegów okoliczności.
Dwa dni później w pracy dowiedziałam się, że mnie zwalniają chociaż mam dzieci nikogo to nie obchodziło. Albo odchodzę sama, albo dyscyplinarka. Co robić? Napisałam sama tę rezygnację.
Parę dni później, kiedy wracałam autobusem do domu, odkryłam, że nie mam portfela ostatnie pieniądze, pewnie wyciągnięte w zatłoczonym autobusie. Rozpłakałam się kompletnie.
Chwyciłam za nasze obrączki popatrzyłam na nie ostatni raz i poszłam do lombardu na Pradze. Tam proponują jakieś śmieszne grosze. Wychodząc, zobaczyłam gościa z kartonem Kupię złoto. Pokazałam mu obrączki dał półtorej tysiąca złotych więcej niż w lombardzie. Wzięłam kasę i ruszyłam w stronę przystanku.
Gdy tak szłam, młody chłopak przebiegł obok i upuścił jakiś zawiniątek. Krzyknęłam za nim, ale już był za rogiem. Podniosłam paczkę, a tam gruba sterta banknotów po pięć tysięcy (!).
W tej samej chwili pojawiła się kobieta, jakby wyszła z powietrza cyganka.
Ot, znalazłyśmy sobie kasę! mówi i z uśmiechem wyrywa mi pół paczki. Do policji nie ma co, bo jeszcze wszystko zabiorą. Podzielmy się!
Wręczyła mi resztę pieniędzy i zniknęła. Ledwo przestałam się zastanawiać, schowałam banknoty do kieszeni, ale powiem Ci, mimo wstydu, czułam radość tych pieniędzy naprawdę mi brakowało.
Ale ta radość trwała tylko chwilkę. Po kilku krokach za rogiem stał już tamten chłopak razem z łysym dryblasem z kijem bejsbolowym. Podobno znalazła pani moją paczkę!. Oddałam pieniądze. Ale tu nie wszystko! nawet nie chcieli słuchać historii o cygance. Oskarżyli, że część kasy oddałam wspólniczce, zabrali dosłownie wszystko nawet to, co miałam za obrączki.
Tak się tym przejęłam, że jak wróciłam do domu to chyba płakałam przez godzinę. Przypomniały mi się słowa sąsiadki, że ten dom jest pechowy. Tak źle jeszcze nigdy mi w życiu nie było.
W nocy znowu obudziło mnie to przerażające skrobanie w szybę. I znowu stałam jak zahipnotyzowana przy oknie widzę znowu tę samą kobietę! Ledwo trzymałam w sobie krzyk, żeby dzieci nie obudzić. Gapiłyśmy się na siebie bez słowa, aż machnęła głową w stronę cmentarza i odeszła. Ja opadłam na podłogę ze strachu i przesiedziałam w kącie do rana.
Następnego dnia puk, puk sąsiadka Renata stoi w drzwiach z rachunkiem za czynsz. Czułam jak mi się oczy szklą. Powiedziała, że zajrzy do administracji, jak nie mam na opłatę, to za mnie zapłaci. Wtedy już nie wytrzymałam, rozbeczałam się jej w ramionach. Opowiedziałam jej wszystko: o Halinie, o chorych dzieciach, utracie pracy, pieniądzach i tych nocnych wizytach.
Przytuliła mnie mocno i powiedziała: Chodź, umyj twarz, pójdziemy na cmentarz, coś ci pokażę.
Za dziesięć minut stałyśmy przed jakimś grobem. Spojrzałam na zdjęcie na pomniku to ta sama kobieta, co do mnie nocami przychodziła!
To ona? zapytała Renata.
Ledwo kiwnęłam głową.
Wzięła mnie za rękę i odeszłyśmy stamtąd.
Dopiero wtedy opowiedziała mi, że sama widziała ducha tej kobiety. Zaraz potem zginął jej syn, mąż ją zostawił, zachorowała na cukrzycę, a potem jeszcze mnóstwo innych złych rzeczy jej się przydarzyło.
I tak… przez następne dni duch się już nie pojawił. Ale im dłużej nie wracał, tym bardziej ciągnęło mnie, żeby odwiedzić jej grób. To uczucie było coraz silniejsze, więc w końcu uległam. Bać się już prawie nie bałam był piękny, słoneczny dzień.
Stanęłam przy jej grobie. Wyglądał na zapomniany, zarósł chwastami. Widać, że chyba nikt go nie odwiedza. Zabrałam się za porządkowanie: wyrwałam trawę, zebrałam liście, starając się nie patrzeć na zdjęcie. Ale po chwili podniosłam oczy.
Za dnia nie wyglądała już tak strasznie była wręcz ładna, choć z nutką smutku. Chciałam zadać jej pytanie: Czego ode mnie chcesz? Co robię nie tak? Violetta (!) tak miała na imię dlaczego mnie nachodzisz? Przecież sama jestem nieszczęśliwa!
I tak się rozgadałam, jak do starej koleżanki o wszystkim: o mężu, dzieciach, teściowej, tej męczącej codzienności. Z każdym słowem czułam coraz większą ulgę. Gdy wychodziłam, pożegnałam się jak z bliską osobą po latach. Poczułam, że jej krzywda polegała na stracie życia, a moją krzywdą była utrata nadziei dałam się złamać.
W nocy śniła mi się Violetta. Weszła do pokoju nie jako duch, ale piękna kobieta z pomnika, ubrana odświętnie. Usiadła na łóżku i powiedziała:
Słuchaj i zapamiętaj. Nie masz żadnej winy. Twój mąż popadł w długi, hazard, karty. Sprzedali go za granicę jest przetrzymywany, odurzany narkotykami i nigdy go nie znajdziesz. Sprzedaj to mieszkanie agencji pogrzebowej i przeprowadź się jak najdalej od cmentarza. W tym ci pomogę. Niedługo spotkasz nowego mężczyznę, który pokocha twoje dzieci jak własne.
Obudziłam się zapłakana, ale wszystko pamiętam do dzisiaj: jej głos, sukienkę, broszkę z zielonym oczkiem…
Trzy dni później, naprawdę, przyszli do mnie ludzie z firmy pogrzebowej pytają o sprzedaż mieszkania pod biuro…
Zgodziłam się, a agencja nieruchomości szybko znalazła całkiem ładne mieszkanie na Mokotowie, praktycznie za te same pieniądze.
Dziś mieszkamy w świetnej dzielnicy, dzieci mają szkołę pod nosem. Spotkałam wspaniałego faceta, który pokochał nie tylko mnie, ale i moich chłopaków.
I wiesz co? Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak przepowiedziała mi moja przyjaciółka z cmentarza.
Często o niej myślę jakbym dalej była jej coś winna.



