Moi rodzice
Mama była naprawdę piękną kobietą. Była bo odeszła pół roku temu, przeżywszy tatę tylko o dwa tygodnie. Choć oboje byli już dawno po osiemdziesiątce, mam nieodparte wrażenie, że stanowczo za krótko było nam dane wspólne życie. W końcu to byli moi tata i mama, a to zupełnie co innego niż po prostu rodzice.
Mama miała w sobie coś szczególnego. Dostrzegałem to nawet ja, choć byłem jej synem, ale przecież mężczyzną. Tata przez całe życie mi o tym przypominał. Nawet kiedy mama denerwowała się na mnie za jakieś szkolne wpadki czy inne psoty, tata przychodził wtedy do mojego pokoju, siadał ze smutnym westchnieniem obok mnie, tak jak ja ściskał dłonie między kolanami, milczał, a potem kończył naszą cichą rozmowę tak:
Słuchaj, synku, nie bądź zły na naszą mamę No, nakrzyczała, zrugała, ale przecież i my obaj nie jesteśmy łatwi. A ona to przecież dziewczyna. Obu nam jest potrzebna jak powietrze. Idź, poproś ją o wybaczenie.
A ja? Nabierałem powietrza, gotowy wybuchnąć, gniewnie błyskałem oczami w stronę taty. On przewidywał tę moją reakcję wyciągał rękę przed siebie, dłoń odwrócona do mnie, jakby zamykał mi usta, i mówił zdecydowanym, ale stanowczym tonem:
Nawet nie próbuj źle mówić o mojej żonie!
Wtedy odpuszczałem. Nie śmiałem powiedzieć nic złego, bo bardzo kochałem tatę. Mamę też ogromnie kochałem.
Wiedziałem, jak się poznali i jak zostali małżeństwem. Opowiadali mi, każde w tajemnicy przed drugim.
Mama studiowała na pierwszym roku Uniwersytetu Jagiellońskiego. Miała wtedy narzeczonego Jurka. Pewnego razu Jurek przyszedł na randkę ze swoim kolegą Zbyszkiem, który właśnie przyjechał do Krakowa i nie bardzo wiedział, jak się odnaleźć w wielkim mieście. Jurek więc zaprosił go, aby razem poszli na spotkanie z jego dziewczyną, czyli już prawie narzeczoną.
Jurek przedstawił Zbyszka mojej przyszłej mamie, a Zbyszek, jak pewnie się już domyślacie, był moim przyszłym tatą.
Cały wieczór spędzili we trójkę. Poszli na spacer do Plant, potem wspięli się na dach altany, żeby bez biletu obejrzeć jakiś zabawny film w letnim kinie pod gołym niebem. To tata wymyślił z dachem (Jurek sam by na to nie wpadł!). To on pomógł mamie wejść na górę, bo już wtedy był silny i postawny. Jurek choć nigdy go nie widziałem był ponoć, jak się dziś mówi, aszkietą, zupełnie nie jak mój tata.
Jurek żartował, czytał wiersze, snuł wizje wspólnej przyszłości z mamą po skończeniu uniwersytetu, a tata milczał, tylko słuchał i cicho pod nosem coś sobie mruczał (tak mówiła mama). Pod koniec spotkania tata trzymał jej małą, ciepłą dłoń w swoich wielkich, mocnych rękach i powiedział:
Grażynko, on ci niepotrzebny. Wyjdź za mnie.
Mama aż się przestraszyła tym zaskoczeniem i zapytała:
Kiedy?
Tata był skupiony jak nigdy i od razu odpowiedział:
Jutro.
A żeby już ostatecznie zdeklasować Jurka, dorzucił:
Będziemy mieli syna. I będziemy kochać go oboje najmocniej na świecie. A przez to siebie nawzajem jeszcze bardziej. I nazwiemy go Mikołaj jak święty biskup
Dobrze powiedziała mama, i tak zostali małżeństwem.
Jurek był świadkiem na ich ślubie, od strony pana młodego.
Później oboje skończyli studia i dostali przydział do pracy na Śląsku. W dyplomach mieli wpisane: geolog geodeta. Tam, w Mikołowie, przydzielono im pierwsze własne mieszkanie, które kierownik kopalni kazał przygotować z pomieszczenia gospodarczego przy domu kultury, zagraconego wszelkim rupieciem.
Po czasie przyszedłem na świat ja wyczekiwany Mikołaj. I kochali mnie najmocniej na świecie, jak obiecał tata.
Wyprosił na stadninie starą klacz, żeby zawieźć mamę i mnie ze szpitala do domu.
Gdy podjeżdżaliśmy pod naszą komórkę (to już tata opowiadał), na progu domu kultury stał Jurek z ocynkowaną wanienką dla noworodka. Zdobył ją przez znajomości. I ta wanienka stała się moją pierwszą kąpielą, a przez pewien czas (tak mówiła mama) nawet łóżeczkiem. Mama wykładała ją wielką pierzyną, którą dostała od swojej mamy na wiano, przykrywała prześcieradłem i tam mnie kładła. Gdy przychodził czas kąpieli, poduszkę układano na łóżku rodziców, a ja ruszałem do pluskania. Tata spieszył się z pracy, żeby ceremonia kąpieli myślicie, że napiszę czerwonego konia? Nie syna! nie odbyła się bez niego. On trzymał moją głowę (tak opowiadała mama), a ona przeprowadzała rytuał obmywania książęcego ciała.
No cóż: księciem nie zostałem, ale geologiem, tak jak rodzice, chyba całkiem niezłym.
Co ciekawe, moja żona też geolog. Poznaliśmy się w pracy, po studiach. Mamę od razu urzekła moja Natalia. Tatę również. Gdy przychodziliśmy do nich albo oni do nas, wychodziłem z tatą na balkon zapalić i słyszałem:
Wiesz, synu, mam wrażenie, że życie dało mi szczęście dwa razy: pierwszy gdy spotkałem naszą mamę, a drugi gdy poślubiłeś Natalię. Dbaj o nią, bo ona jak i nasza mama to wciąż dziewczyna
Tata odszedł nagle, nocą. Mama od razu się zbudziła i zrozumiała, że już go nie ma
Po jego śmierci bardzo szybko zaczęła się starzeć, coraz częściej o wszystkim zapominała. Zapomniała nawet, że nie ma już taty. Gdy zabraliśmy ją do siebie, ciągle przesiadywała przy oknie, wypatrując go, jak wraca z pracy. Do ostatniego dnia przygotowywała swoje słynne kotlety, takie, jakie Zbyszek lubiłW ostatnich dniach przed odejściem, mama nagle jakby wybudziła się ze swojego zamglonego świata. Pamiętam, jak siedzieliśmy razem na starym tapczanie, a ona ścisnęła moją dłoń. Wpatrzona w zachodzące za oknem światło, powiedziała cicho, ale pewnie:
Ja już się nie boję, Mikołaju. Tata czeka na mnie. Jak wtedy, na dachu altany. My się nigdy nie rozstaliśmy
I tylko po jej uśmiechu poznałem, że znów widzi swojego Zbyszka.
Po pogrzebie poszedłem na balkon, ten sam, z którego tak często rozmawiałem z tatą. Świeże powietrze pachniało wilgotną ziemią. Z zamkniętymi oczami usłyszałem w myślach dobrze znane słowa: Dbaj o swoją dziewczynę, synu. To największy skarb.
Teraz wiem, że rodzice dali mi coś więcej niż wspomnienia. Połączyli linii żyć i marzeń, prostych gestów i wielkich słów. Ich miłość była jak mapa czasem zapisana zagadkowymi znakami, czasem oczywista jak najprostszy azymut.
Kiedy patrzę na Natalię i naszą córkę bawiącą się na podłodze, przez chwilę czuję ich obecność tuż obok. I myślę, że kiedyś, za wiele lat, opowiem tej małej o dziewczynie, która nie bała się wskoczyć na dach, i o chłopaku, który już na pierwszym spotkaniu powiedział jej: Wyjdź za mnie. Bo nie ma cenniejszej historii do przekazania niż ta o miłości, która nie kończy się nawet wtedy, gdy wszystko inne już przeminie.



