Kobiece losy. Mariola
Gdy odeszła babcia Antonina, Mariola pogrążyła się w jeszcze większym smutku. Teściowa uważała ją za zupełnie nieprzystającą do gospodarstwa dziewczynę. Za chuda, za słaba do pracy, a i nie wiadomo, czy z takiej narodzi się jakieś dziecko.
Wszystko Mariola znosiła, a gdy już czuła, że nie daje rady, uciekała do swojej ukochanej babuni. Babcia Antonina była dla niej kimś najdroższym zastąpiła jej i ojca, który przepadł bez wieści, i matkę, która po dziesięciu latach zmarła na suchoty.
Jak tylko Daniel spojrzał na sierotę, sam Bóg wiedział, co w nim się zadziało. Przystojny, silny, dom miał pełną spiżarnię, a zobaczcie, zakochał się w ubogiej, bezrodnej pannie! Teściowa Danieli, pani Władysława, tak za jej plecami właśnie mówiła: żebraczka.
Mariola starała się dogodzić teściowej, jak tylko mogła. W domu kręciła się jak fryga, do każdej roboty rwała się bez szemrania. Ale nic to nie dawało! Nie była dobra, i już.
Dopóki Daniel był w domu, jeszcze jakoś się trzymała. Jak mąż ruszał do sąsiednich wiosek, chciało się aż uciekać z domu.
Wytrzymaj, Mariolko pocieszała ją babcia czas zagoi rany.
Ale babci już nie było, a z każdym rokiem pani Władysława coraz mocniej nie znosiła synowej.
Nie po jej myśli wyszło, że syn przyprowadził bezrodną pannę! Wszystko miała już zaplanowane: piękną, zdrową i z bogatej rodziny chciała przyjąć do rodziny, by majątek starczył do prawnuków.
Ale nie! Uparł się Daniel. Taki już był gospodarz jak się patrzy, charakter ojca odziedziczył, słowa nie dało mu się przestawić.
Daniel gospodarzem był naprawdę dobrym. Po śmierci ojca wszystko wziął w swoje ręce, powiększył nawet majątek, wprowadził nowe porządki. Matkę szanował, ale nigdy nie pozwalał sobą pomiatać. Co powiedział, to było święte!
Mariolę kochał do szaleństwa. Jak ją zobaczył, drobną, jasnowłosą… Twarz blada, oczy niebieskie, mały zadarty nos przepadł. Gotów był jej niebo przychylić.
Ale majątek się nie przydał Mariola odpowiedziała miłością. Widziała, że chłopak ma czyste serce. Sama też zakochała się na zabój.
O matce słyszała. Wiedziała, że teściowa ma trudny charakter i do tego jest chciwa. Ale widząc, że Daniel ma swoje zdanie, zgodziła się na zaręczyny.
Przeprowadziła się do domu męża. Znosiła wszystko od teściowej. Jak już przymknie ją smutek albo łzy, leciała do babci, żeby wypłakać się komuś bliskiemu. Siadała na podłodze przy jej kolanach, głowę kładła na kolanach i szlochała jak pobity szczeniak. Stare, ciepłe ręce babci gładziły jej włosy, szeptały nad nią modlitwy, prosiły Matkę Boską o opiekę dla sieroty.
Siedziały tak czasem godzinami, aż smutek powoli ustępował, a życie zaczynało znowu nabierać sensu.
Nie miała już do kogo biec. Babcia zmarła w ciszy, spokojnie odeszła we śnie.
Mariola płakała jak bóbr sama została na świecie.
Ludzie mówią, że czas leczy rany. To nieprawda. Niby się zapomina, ale wystarczy, że duszę ściśnie, a wracają wspomnienia ciepłych, dobrych rąk i Mariola znów płacze jak dziecko.
Czas płynął, a w domu Daniela robiło się coraz goręcej. Władysława dręczyła synową nieustannie. Trzeci rok darmozjadka siedzi, a wnuków nie widać.
Mariola najbardziej się tego bała. Wiedziała, jak matka szeptała synowi do ucha, że pewnie coś z nią nie tak: żadnych dzieci dla syna nie będzie.
Daniel zbywał matkę, ale wieczorne szmery i plotki robiły swoje. W wiosce gadali, że uroda i fortuna Daniela skończą się razem z nim, bo dziedzica nie doczeka.
Daniel się złościł, ale jak tylko wracał do domu i widział swoją ukochaną, wszystkie troski znikały. Nosiłby ją na rękach.
Może to Bóg wysłuchał modlitw Marioli, a może prawdziwa miłość uczyniła cud, bo oto zaszła w ciążę.
Władysława aż piekła w środku ze złości. Za to Daniel kochał Mariolę coraz bardziej.
Teściowa krążyła po domu jak kruk. Ledwie zobaczyła Mariolę na ławce, zaraz się rzucała:
Siedzisz, leniwa?! Myślisz, że jak ci brzuch rośnie, to już nic nie musisz robić? syczała na synową.
Ależ, mamo tłumaczyła nieśmiało Mariola tylko na chwilę przysiadłam, od rana biegam.
O! Biega ona, jasne! odburkiwała Władysława Służby my tu nie mamy, nie jesteś żadną panią! Woda w wiadrach czeka, mąż wróci, a wszystko puste! Jak nie dajesz rady, to się wynoś, chora żona do niczego mi nie jest potrzebna!
Bez słowa Mariola brała nosidło i wiadra, szła do studni. Sprowadzała ciężkie wiadra, a starsze sąsiadki tylko głowami kręciły zza płotów: Już zupełnie Władysława oszalała, i brzuchata, i wciąż jej mało, nie pożałuje!.
Przyszedł czas, urodziła Mariola synka. Ale szczęścia nie było. Chłopiec urodził się bardzo słaby, bez siły ojcowskiej, co rusz tracił dech, siniał i wyglądał jakby miał umrzeć lada chwila.
Sama jesteś jak marność, to i dziecko takie samo z pogardą syknęła Władysława, patrząc krzywo na wnuczka.
Ależ mamo, toż to wasza krew, dziedzic waszego Daniela! płacząc, mówiła Mariola.
Żeby tylko ten dziedzic dożył, do dziedziczenia! szydziła teściowa Niedługo przyjdzie robić trumnę.
Mariola roniła łzy, a Władysława z satysfakcją wbijała kolejne szpile. W głowie miała myśl: jeśli dziecko umrze, Daniel zostawi biedną żonę, wtedy podsunie mu jakąś zdrową pannę.
Daniel po pracy wracał, żałował żonę, dawał jej odpocząć, sam brał synka na ręce na jednej dłoni się mieścił. A dziecię jakby czuło ojcowskie wsparcie, robiło się spokojniejsze, cichło.
A nawet jeśli chory, nic nie szkodzi, pokażemy wszystkim naszą siłę, myślał Daniel.
Przyszła pora chrztu, nazwali chłopca Włodzimierzem. Ale malec nie chciał rosnąć, wciąż był słabiutki.
Aż raz Daniel musiał jechać za pracą do innej wsi, rzeką, na długo.
Nie wrócę prędko, dbaj o Włodka, nie myśl o niczym, nikogo nie słuchaj… mówił, całując żonę w czoło.
Teściowa poczuła, że teraz będzie miała dziewczynę bez żadnej ochrony.
Mariola zamiast przy synku czuwać, cały czas musiała pracować: wodę nosić, drewno rąbać, bydło doglądać, bez przerwy, bez wytchnienia! A po nocy półprzytomna, bo Włodzimierz marudził, spać nie dawał, a rano już trzeba było do zwierząt.
Wiedziała, że wykańcza się zupełnie, a i dziecko coraz częściej traci oddech.
Już jesień nadeszła, błoto wszędzie, pora, żeby wracał mąż i postawił matkę do pionu. Ale nie wracał.
I dobrze robi! rzuciła Władysława Po co wracać do chorych? Może tam znajdzie sobie jakąś zdrowszą.
Wbiła w Mariolę te słowa, poczuła się panna jeszcze gorzej. A Władysława wyczuła, że trafiła na właściwą nutę.
Codziennie coraz to podkopywała wiarę dziewczyny:
Żal ci Daniela? zapytała kiedyś Chłopak i tak żyć już nie będzie, a ty sama też się zamęczysz. Może lepiej, żebyś go zwolniła z tego ciężaru.
Gdzież ja pójdę z dzieckiem, mamo? Za chwilę zima, Włodzimierz słaby…
Nawet jeśli się pogorszy, żadna strata powiedziała chłodno Skoro nie żył naprawdę. Będzie cię mniej bolało, i Daniel będzie mógł zbudować sobie prawdziwą rodzinę, dzieci zdrowe mu się urodzą, nie jedno.
Mariola nie wierzyła własnym uszom. Toż to matka! Czy można tak ranić drugiego człowieka? Nie było jej żal, gdyby naprawdę Włodzimierz umarł?!
A jakby na potwierdzenie tych myśli, dzieciak zaczął się krztusić i znów siniał.
Przemyśl, Mariola, rzuciła Władysława, wychodząc z pokoju na cudzym nieszczęściu szczęścia nie zbudujesz.
Minęło z pół miesiąca. Pierwszy śnieg spadł, wichry przeszły przez wieś. Mariola zbolała, zczerniała, teraz już czasem przygadywała teściowej, gdy ta źle o synku mówiła. Jednak co z tego, kiedy żyło się pod cudzym dachem i bez wsparcia męża. Bolały ją słowa Władysławy, że już nie jest potrzebna Danielowi, może dlatego od niej uciekł.
Nie przyszło jej do głowy, że Daniel mógł mieć jakiś wypadek tak bardzo teściowa zawróciła jej w głowie, że winę widziała tylko w sobie.
Sama nie żyje, i mężowi nie daje mamrotała Władysława. I czara goryczy się przelała.
Mariola bez słowa spakowała skromny tobołek, owinęła Włodzimierza w ciepłe chusty i wyszła z domu.
Cały ten czas Władysława stała nieruchomo, bojąc się spłoszyć decyzję synowej. Była spokojna, bo wiedziała, że jeszcze przed miesiącem przyszła wiadomość, że choć napadnięto na transport jej syna i był ranny, to jednak Daniel żyje i leczy się w szpitalu w Krakowie. Ale Mariola nie musiała nic o tym wiedzieć. Władysława powie mu potem, że Włodzimierz umarł, a żona uciekła z rozpaczy.
Na drugi dzień rozpuściła we wsi plotkę, że Mariola zwariowała po śmierci dziecka i uciekła w noc, nikt nie wie gdzie. Sama przed sąsiadkami płakała i żaliła się, że robiła, co mogła.
Wieś po kilku dniach przestała mówić, przyszła zima, ludzie siedzieli w domach.
***
Długo wędrowała Mariola, polami i przez skraj lasu. Szła i bała się żeby tylko złych ludzi nie spotkać. Ze siebie się już nie bała, serce była wypalone. Ale za synka trzęsła się z niepokoju.
Nad ranem, w oddali pojawiły się dachy wsi.
Nie liczyła, że ktoś ją przygarnie ale może ktoś da kawałek chleba, pozwoli ogrzać dziecko przez chwilę.
Ulice były puste, kominy dymiły białym dymem do nieba. W zimie rzadko kto wychodzi z domu, tylko po wodę.
Poszła do studni, przysiadła na ławce.
Nadchodzi kobieta z wiadrami. Wysoka, rumiana od wiatru, spogląda srogo. Mariola skuliła się pod jej spojrzeniem.
Kobieta nabrała wody, spojrzała na Mariolę i pyta:
A ty czyja? Cała zsiniała, zmarzłaś?
Jestem niczyja szepnęła Mariola Przechodzę tylko, do sąsiedniej wsi idę skłamała.
A w tej wsi do kogo? indagowała dalej kobieta.
Tatę mam tam wymyślała dalej Mariola.
W taką pogodę psa by pod dach przyjęli, a ciebie wysłali z dzieckiem w dal…
Mariola nie wytrzymała i rozryczała się w głos, chowała dłonie zziębnięte przez mróz, nie mogła dojść do siebie.
Chodź, idziemy do mnie poleciła kobieta, pomagając jej wstać.
W izbie było ciepło, ogień trzaskał w piecu, pachniało ziołami. Zsiadła Mariola na ławce, dopiero teraz poczuła zmęczenie.
Kobieta rozebrała ją z płaszcza, odebrała dzieciątko.
Akulina jestem przedstawiła się, rozpakowując malca z pieluszek.
Matko Boska! Malutki, jaki słabiutki! zawołała Ochrzciliście go?
Tak… Włodzimierz mu na imię… szepnęła Mariola i padła bez przytomności.
Nie wiadomo ile czasu minęło. Obudziła się w nieznanym łóżku, przykryta kołdrą. Synka nie było! Zaczęła przerażona szukać, nigdzie nie ma ani kobiety, ani chłopca. Już miała wybiegać, gdy drzwi się otworzyły i Akulina weszła z powiewem zimna.
Obudziłaś się? spytała. A gdzie to się wybierasz?
Gdzie jest mój synek? wykrzyknęła Mariola.
Spokojnie, głuptasko uśmiechnęła się kobieta Trzy dni byłaś nieprzytomna, cały czas majaczyłaś. Malca zniosłam do lasu, do mojej matki.
Ale po co? przeraziła się Mariola.
Dla zdrowia odparła krótko Akulina Ale ty mi opowiedz jak tu trafiłaś.
Usiadły do stołu. Akulina nalała naparu z ziół. Mariola wylała całą prawdę: o wielkiej miłości, o śmiertelnej nienawiści teściowej, o słabym synku. Każde słowo to był wyrzut bólu.
Akulina słuchała bez przerywania.
Zamiary Boże są niepojęte powiedziała w końcu. Nie zamartwiaj się, Mariolu. Twój syn będzie zdrowy. A i los się do ciebie uśmiechnie, skoro trafiłaś do mnie. Obyś tylko nie straciła światła w duszy, bo z nim znajdziesz drogę z każdej ciemności.
Pozwól mi zobaczyć synka, pani Akulino, jedyne na co mam siłę, to jego miłość…
Zaprowadzę cię, ale wrócimy same odpowiedziała kobieta.
Nie strasz mnie, nie mogę stracić dziecka!
Ubieraj się i chodź, wszystko zrozumiesz.
Wyszły z domu, Akulina ruszyła ku lasowi.
Przypadkiem byłam pod studnią, zaczęła Akulina Zwykle cały rok matka mieszka w lesie, ja tylko z wiosną wracam do ludzi. Coś mnie tknęło, by wyjść wtedy do izby…
Szły długo, aż wśród drzew rozsunęła się polana, a na niej stała chatka.
Akulina otworzyła drzwi, wpuściła Mariolę.
W środku zwykła wiejska chata. Przed nimi wyszła stara kobieta, drobna, sucha, powiedzieć, że matka Akuliny trudno.
Zapraszam, miła, obejrzyj swoje dziecko, śpi sobie w kołysce, nie budź go.
Rozebrała się Mariola, podeszła do kołyski: leżał tam Włodzimierz, jakby już zdrowiej i rumieńszym się stał.
Rumieńszy jest, rumieńszy zachichotała staruszka, jakby czytała jej myśli. Mariola spojrzała zdumiona.
Siadaj i słuchaj powiedziała kobieta Ja jestem babka Agata. W okolicy mam opinię wiedźmy, stąd mieszkam w lesie, z dala od ludzi.
Mariola otwierała szeroko oczy.
Nie bój się! Ludzie gadają co chcą. Twoja teściowa to więcej czarownica niż ja, a do kościoła chodzi.
Agata patrzyła na nią uważnie.
Coś wiesz na temat choroby twojego syna? Wiesz, skąd te duszności?
Mariola milczała.
Po cmentarzach, będąc z brzuchem, nie wolno chodzić! Ty do babki na grób codziennie biegałaś! Przykleił się do ciebie duch zmarłego, po porodzie przylgnął do dziecka. Wyssał mu życie. Ale to można odwrócić.
Zbladła Mariola, osunęła się na ławkę.
Nie martw się powiedziała Agata kilka dni i go uzdrowimy.
Podeszła starsza kobieta, położyła jej ręce na głowie i gładziła włosy. Mariola poczuła się kojąco, jak u swojej babci.
No, zbierajmy się powiedziała Akulina Czas powracać.
Tak zaczęło się nowe życie. Po tygodniu babka Agata oddała matce Włodka rumianego, zdrowego, jak aniołek.
Mariola czuła się w domu Akuliny zupełnie bezpieczna i potrzebna.
Powiedz mi, ciociu Akulino, czemu babcia Agata uciekła do lasu? Nie ma już takich znachorek! zapytała Mariola.
Dawno to było zaczęła Akulina Matka pomagała ludziom jak mogła, za darmo. Ale jak trzech niemowląt zmarło jednego roku, ktoś powiedział, że to ona. Tłum niszczył nam dom, dopiero tata uspokoił sąsiadów. Później lekarz potwierdził, że dzieci zmarły na choroby. Ale rana została. I matka przestała pomagać dorosłym, a dzieci tylko w lesie leczyła. Rodzice zostawiali niemowlęta na progu, czekali aż wyjdzie i zabierze. Gdy dziecko wracało zdrowe, rodzice dziękowali w milczeniu.
Jak babka Agata leczyła dzieci? pytała Mariola.
Akulina uśmiechnęła się:
Lepiej mniej wiedzieć, lepiej spać! Ale diabli jej nie pomagają.
Tymczasem, we wsi rodzinnej Marioli, nadszedł czas: Daniel wrócił do domu. Wpadł do izby, a tam cisza, żadnych rzeczy ukochanej, śladu po dziecku. Stoi, nie wie co zrobić.
Wybacz mi, synku płakała Władysława Nie upilnowałam żony. Umarł mały, a Mariola zwariowała. Wybiegła z ciałkiem w ramionach i przepadła.
Daniel słuchał, a w głowie dźwięczało mu tylko: Przepadła, przepadła…
***
Długo przeżywał stratę, cała zima minęła w otępieniu. Wiosną wrócił do pracy, choć w sercu rana nie goiła się.
Władysława starała się jak mogła, ściągała mu coraz to nowe kandydatki na żonę. Aż raz Daniel tak huknął, że o mało nie spadła z ławki.
Nie śmiej myśleć o nowym małżeństwie! Nawet jednej nie potrafiłem ochronić!
Dni płynęły w szarości, Daniel zamknął się w sobie, nie rozmawiał z nikim. Pracował od rana do nocy, a wieczorami tulił się do wspomnień.
Minął rok, drugi na ukończeniu. Władysława coraz bardziej bała się syna, jakby żył, a był już martwy duchem. Nie takiej przyszłości chciała! Czuła ciężar winy na sercu. Zrozumiała sama wprowadziła życie swojego syna w ciemność. Ale już nie mogła nic zrobić, nie starczyło jej odwagi do wyznania prawdy. Przestała sypiać, serce coraz bardziej łomotało. Wkrótce zachorowała i zmarła tuż po lecie. Nie powiedziała synowi, co wydarzyło się tego jesiennego wieczoru.
Daniel został zupełnie sam. Za dnia jeszcze znośnie, nocami ciemność ogarniała go cała. W końcu postanowił po czterdziestym dniu po śmierci matki przygotuje stypę sąsiadom, a wieczorem zakończy swoje życie.
***
No i co tu robisz? odezwała się babka Agata Za życia sumienia nie miałaś, to czemu po śmierci miałoby się pojawić?!
W kącie ciemnego pokoju stała cień czarny dym, który zawodził i płakał.
Nie chcę z tobą rozmawiać burknęła wiedźma narozrabiałaś, sama sobie radź!
Nie zobaczy… szepnęła cień.
Sama wiem, że nie zobaczy! Przecież nie wróżka ona, tyle przez ciebie cierpiała.
To nie dla siebie…
Oczywiście! O siebie już za późno. O duszę trzeba było zadbać, póki się żyło. Dobra, pokaż.
Cień spowił babkę Agatę, a jej oczom ukazały się wizje: Daniel stał nad bagnem, za nim tańczyła chmara diabłów, czekały na jego duszę.
***
Mariola powiedziała Akulina oby udało się uzbierać trochę żurawiny dla babci Agaty, ona przygotuje lekarstwo dla dzieci na zimę.
Ja pójdę odpowiedziała Mariola Niechże nie zabraknie zdrowia naszym dzieciom. Jutro od rana ruszę, jeśli tylko posiedzisz z Włodzimierzem.
Z takim aniołkiem to sama przyjemność uśmiechnęła się Akulina.
Pomogła mi Matka Boska, los dał mi ciebie, ciociu Akulino. Jakbym nie spotkała cię tej nocy, dziś by mnie już nie było… powiedziała Mariola ze łzami wdzięczności.
***
Czterdziesty dzień po śmierci Władysławy kutia, bliny, stypa jak się należy, modlitwy na cmentarzu. Po południu ludzie się rozeszli, Daniel został sam. Gdy wszyscy wyszli, poszedł w las.
Szedł, nie wiedząc gdzie. Przed oczami przelatywało mu życie, najdroższa Mariolka i maleńki Włodzimierz. Stara matka narzucająca swoją wolę, zbyt szybko zmarły ojciec. Życia szczęśliwego patrzył, właściwie nie zaznał za wcześnie wszystko na jego barkach. Żony nie ocalił.
Czarna rozpacz leży mi na duszy, chcę już wszystko skończyć, myślał i szedł do bagna w głębi lasu.
Bagno zaczęło podmywać mu nogi, stawał, coraz głębiej tonął.
Nagle usłyszał śpiew głos cichy, kobiecy, znajomy. Biała postać mignęła wśród drzew, głos stawał się wyraźniejszy.
Mariolka? wyszeptał Idę do ciebie, kochana.
I nagle zobaczył ją wyraźnie. Stała na uboczu, patrzyła na niego między nim a nią już tylko bagno.
Uciekaj! Żyję! krzyknęła, widząc, co się dzieje.
Dopiero wtedy do Daniela dotarło, że jego ukochana stoi przed nim naprawdę. Usiłował wydobyć się z trzęsawiska, ale bagno nie chciało puścić. Mariola rzuciła się, chwytała gałęzie, raniła dłonie, ale w końcu wyciągnęła go na suchy ląd.
Przytulili się, płakali, śmiali się ze szczęścia, z ulgi, z odzyskanej nadziei.
***
Daniel nie mógł uwierzyć w szczęście: żona żyje, syn rośnie zdrowy! Wpadł do izby, porwał synka, łzy płynęły mu po policzkach. Akulina musiała go uspokajać ziołowym naparem.
Rozmawiali długo, wyjawiali sobie i złe, i dobre chwile. Daniel nie puszczał ręki ukochanej. Mariola opowiedziała o rozpaczy i beznadziejności, która ją dławiła.
Złe szybko odchodzi w cień, gdy każdy dzień przynosi miłość i troskę.
Podjęli decyzję nigdy więcej nie wracać w dawne strony. Daniel przeniósł swoje gospodarstwo do wsi Akuliny, która stała się domem i dla Marioli.
Już zawsze blisko była Akulina matka z wyboru, sercem, nie krwią.
***
Grób zarastał chwastami, nikt nie pamiętał, kto tam spoczywa. Nikt nie wiedział, czy znalazła spokój dusza, która własnymi rękami przyniosła tyle nieszczęścia, w pogoni za własną zachłannością.
Życie Marioli i Daniela na nowo zajaśniało bo na świecie nadziei i dobra nigdy za wiele. A jeśli los rzuci w twoją stronę ból i cierpienie, pamiętaj, że serce wolne od zawiści i pełne miłości pozwoli zawsze odnaleźć drogę do światła.



